piątek, 01 grudnia 2017
Jugosłowiański Lech

Trener Franciszek Smuda oparł grę poznańskiego Lecha w sezonie 2008/2009 na obcokrajowcach uzupełniając ich bardzo dobrymi polskimi piłkarzami. Większość wśród poznańskich obcokrajowców stanowili piłkarze wywodzący się z krajów byłej Jugosławii.

Na jesieni 2008 r. w meczach ligowych Lecha wystąpiło pięciu piłkarzy z byłej Jugosławii – Ivan Turina (Chorwacja), Ivan Durdević (Serbia), Zlatko Tanevski (Macedonia), Dmitrije Injać (Serbia) i Semir Stilić (Bośnia i Hercegowina). Do tego dochodzą czterej obcokrajowcy z innych państw: Manuel Arboleda (Kolumbia), Luis Henriquez (Panama), Anderson Cueto i Hernan Rengifo (obaj Peru). Spośród 21 piłkarzy, którzy jesienią zagrali w Ekstraklasie w barwach Lecha tylko dwunastu stanowili Polacy a resztę obcokrajowcy.

Djurdjević_Injać_i_Golik_w_Lechu

Piłkarze z państw byłej Jugosławii w barwach Lecha – Djurdjević, Injać i Golik.

Źródło: igol.pl.

Zimą Lech pozyskał czterech kolejnych graczy z krajów byłej Jugosławii: Chorwata Gordana Golika i trzech Bośniaków: Jasmina Buricia, Harisa Handżica i Fenena Salcinovica, którego wypożyczył do końca sezonu do norweskiego Sandefjord Fotball. A dodać należy, że wśród testowanych piłkarzy był Serb Miodrag Stosić i Brazylijczyk Carlom Mendes „Cadu”. Trener Smuda z dużym dystansem wypowiadał się o nowych nabytkach Lecha wskazując, że to „melodia przyszłości” a nie piłkarze, którzy są w stanie skutecznie rywalizować miejsce w składzie. W ten sposób Franz zasugerował, że miał niewielki wpływ na transfery, o których decydują działacze. Złośliwi przypomnieli jednak, że o Stilicu też wypowiadał się negatywnie. Smuda mówił wtedy, że kupiono kota w worku a on nie miał możliwości sprawdzenia tego piłkarza. Później zmienił jednak zdanie.

Lech w jugosłowiańskim wydaniu sprawdził się, a zwłaszcza czwórka piłkarzy – Burić, Djurdjević, Injac i Stilić. Fotel lidera po jesiennych rozgrywkach ekstraklasy i awans do fazy grupowej, a następnie 1/16 finału Pucharu UEFA potwierdziły, że dobranie akurat tych piłkarzy było właściwe.

Ostatecznie Lech w sezonie 2008/2009 wywalczył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. W kolejnym sezonie pod wodzą Jacka Zielińskiego, Lech sięgnął po Superpuchar i mistrzostwo Polski, a także awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Został zwolniony w listopadzie 2010 r., a jego dzieło (w tym awans do 1/16 finału Ligi Europy) kontynuował Jose Maria Bakero. Kluczowymi piłkarzami Lecha w tym czasie byli oczywiście „Jugole” – Djurdjević, Injać i Stilić.

Lech_przed_meczem_z_MC_listopad_2010

Listopad 2010 r. Lech przed historycznym meczem z Manchesterem City (3:1). W składzie ośmiu obcokrajowców (a w tym Burić, Djurdjević, Injać i Stilić) i tylko trzech Polaków (Bosacki, Peszko i Kikut).

Źródło: onet.pl.

Jak to było w innych klubach?

Kierunek jugosłowiański już kiedyś odniósł w Polsce sukces. W 2002 r. warszawska Legia prowadzona przez Serba Drogomira Okukę sięgnęła po Mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Kluczowymi piłkarzami tego klubu byli wówczas Aleksandar Vuković i Stanko Svitlica. Na ławce siedział Macedończyk Marjan Gierasimovski a w rezerwach kolejny Serb – Goran Njamculović.

Z kolei brazylijska przygoda Legii nie była dobrym rozwiązaniem, co potwierdził sezon 2006/2007 (Elton, Junior i Hugo Alcantara) a jedynie Edison i Roger potwierdzili swoją klasę. Podobnie nienajlepszą okazała się hiszpańska opcja firmowana przez Mirosława Trzeciaka i Jana Urbana. Mikel Arruabarena, Inaki Descarga, Balbino i Tito zawiedli. Jedynie Inaki Astiz okazał się wzmocnieniem klubu na lata.

Do historii przejdzie jednak przede wszystkim „Brasiliana” Antoniego Ptaka, która w sezonie 2006/2007 spuściła szczecińską Pogoń do I ligi (wtedy II ligi). Całego zastępu obcokrajowców tyle, że w Widzewie Łódź próbował także Dariusz Wdowczyk, który zasłynął tym, że w jednym z meczów sparingowych RTS-u wystawił jedenastkę złożoną z samych obcokrajowców. Wtedy nikt nie przypuszczał nawet, że taka sytuacja może mieć miejsce w lidze. Antoni Ptak potwierdził jednak, że może…

Ile znaczyli jugosłowiańscy piłkarze Lecha?

Dmitrije Injać występował w Lechu od wiosny 2007 r. do 2014 r. z przerwą na leczenie kontuzji i grę w Polonii Warszawa. Wystąpił w 156 ligowych meczach i zdobył 5 goli. Ivan Djurdjević związał się z Lechem jesienią 2007 r. aż do wiosny 2013 r., czyli do końca jego kariery. Dał się poznać jako charakterny piłkarz, który stał się prawdziwym lechitą. Zagrał w 105 ligowych meczach i zdobył 4 gole. Semir Stilić od sezonu 2008/2009 zagrał w Lechu przez cztery sezony, w których dużo dawał drużynie, ale po początkowych zachwytach nie zawsze utrzymywał wysoką formę. Pomimo tego wystąpił w 106 ligowych meczach, w których zdobył 18 goli. Wilkie talent, który był łączony z Celtikiem Glasgow robił karierę w… Karpatach Lwów, Gazientepsporze, APOEL Nikozja i Wiśle Kraków. Trochę zapomniany Zlatko Tanevski przez trzy lata (wiosna 2007 – wiosna 2010) wystąpił w 44 ligowych meczach, w których zdobył jednego gola. Później występował jeszcze w GKS Bełchatów i Vardarze Skopje. Natomiast Ivan Turina wystąpił tylko w dwunastu meczach sezonu 2008/2009. Poźniej występował krótko w Dinamo Zagrzeb i przez prawie trzy lata w AIK Solna. Zmarł w 2013 r. najprawdopodobniej z powodu niewydolności serca.

Spośród zawodników ściągniętych zimą 2008 r. jako inwestycja w przyszłość tylko Jasmin Burić okazał się słusznym wyborem. Zadebiutował w lidze w październiku 2009 r. i rozegrał od tamtej pory jako piłkarz Lecha rozegrał 122 ligowe mecze. Gordan Golik rozegrał w Lechu tylko dwa ligowe mecze jesienią 2009 r. Od sezonu 2011/2012 występuje w średnich klubach chorwackich, z półroczną przerwę na ligę serbską. Haris Handżić też nie zachwycił, a jesienią 2009 r. rozegrał tylko jeden mecz. Wiosną 2010 r. wrócił do FK Sarajevo, a później brał m.in. w Liechtensteinie (FC Vaduz), Rosji (FK Ufa), Chorwacji (HNK Rijeka) i na Węgrzech (Debreczyn). Fenenowi Salcinovicowi nie było dane zdebiutować w Lechu. Po wypożyczeniu do Norwegii wrócił do Bośni, a później grał także w HNK Rijeka i Sandefjord Fotball.

Podsumowanie

Jak widać jugosłowiański zaciąg sprawdził się w Poznaniu, a Injać, Djurdjević, Stilić i Burić stanowili o sile „Kolejorza”. Nie sprawdzili się piłkarze (za wyjątkiem Buricia), którzy byli sprowadzani jako inwestycja w przyszłość, zresztą żaden z nich nie zrobił poważnej kariery. Ciekawe, że Lech później zainteresował się bardziej rynkiem węgierskim i skandynawskim.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, igol.pl, onet.pl.

czwartek, 30 listopada 2017
Jak Barcelona miała zostać Ajaxem, czyli nieudany eksperyment

Był rok 1997, a Barcelona pozostawała bez zwycięstwa w Lidze Mistrzów od 1992 r., gdy rozegrano ostatnią edycję Pucharu Europy, a w rodzimej lidze na zwycięstwo czekała już trzy lata. Postanowiono więc, że trenerem zostanie uznawany za najlepszego w Europy – Holender Louis van Gaal. Czy ktoś jednak spodziewał się, że Barcelonę zasili tak wielu piłkarzy z Holandii?

Kto inny, jak nie van Gaal miał pomóc Barcelonie w odniesieniu sukcesu? Holenderski trener z grupą początkowo nikomu nieznanych piłkarzy Ajaxu Amsterdam sięgnął m.in. po Puchar UEFA w 1992 r., a w 1995 r. wygrał Ligę Mistrzów detronizując wielki i faworyzowany AC Milan. W kolejnym sezonie dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym dopiero po rzutach karnych odpadł z Juventusem, a w następnym Juventus okazał się lepszy w półfinale. Tak, to był zdecydowanie trener dla Barcelony.

Van Gaal rozpoczął pracę w Barcelonie, a wraz z nim jego dwóch byłych podopiecznych z Ajaxu, którzy przybyli po nieudanych przygodach z AC Milanem, czyli Michael Reiziger i Winston Bogarde. Van Gaal ściągnął także z Rody Kerkrade swojego rodaka – bramkarza Ruuda Hespa.

Praca holenderskiego szkoleniowca w sezonie 1997/1998 rozpoczęła się od dotkliwej porażki w Superpucharze z Realem Madryt (2:1, 1:4). Później jednak Barcelona wygrała ligę wyprzedzając drugi Athletic Bilbao o 9 punktów, a w finale Pucharu Króla pokonała po rzutach karnych Mallorcę. Cieniem na występy Barcelony w tamtym sezonie kładzie się Liga Mistrzów. Barcelona w grupie z Newcastle, Dynamem Kijów i PSV Eindhoven zajęła… ostatnie miejsce, a hańbą okryła się po dwóch porażkach z Dynamem Kijów – 0:3 na wyjeździe i 0:4 u siebie.

Sukcesy właściwie były, a zabrakło najważniejszego, dlatego posłuchano van Gaala i latem 1998 r. sprowadzono trzech kolejnych Holendrów! Boudewijn Zenden i Phillip Cocu przyszli z PSV Eindhoven, a Patrick Kluivert, który już pracował z van Gaalem w Ajaxie, podobnie jak Reiziger i Bogarde, przyszedł po nieudanej przygodzie z AC Milan. Sezon 1998/1999 Blaugrana rozpoczęła od dwóch niespodziewanych porażek z Mallorcą w meczach o Superpuchar (0:1, 1:2). W ćwierćfinale Pucharu Króla, Barcelona przegrała dwukrotnie z Valenicą (2:3, 3:4). Ligę hiszpańską jednak wygrała z przewagą jedenastu punktów nad Realem Madryt, ale Liga Mistrzów podobnie, jak w poprzednim sezonie była rozczarowaniem, bowiem w swojej grupie Barcelona musiała uznać wyższość Manchesteru United i Bayernu Monachium wyprzedzając tylko Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, w styczniu 1998 r. do Barcelony dołączyło… kolejnych dwóch Holendrów. Bracia Frank i Ronald de Boer przyszli z Ajaxu, z którym największe sukcesy świętowali oczywiście z van Gaalem.

Kluivert_i_van_Gaal_w_Barcelonie

Trening Barcelony – Louis van Gaal instruuje Patricka Kluiverta.

Źródło: marca.com.

Początek sezonu 1999/2000 potwierdzał, że w Barcelonie nie dzieje się dobrze, bowiem w Superpucharze przegrała z Valencią (0:1, 3:3). W Pucharze Króla, Barca odpadła z Atletico Madryt w półfinale. Po porażce w pierwszym meczu 0:3, Barcelona zasłaniała się problemami kadrowymi i brakiem terminów w związku z występami w Lidze Mistrzów, aż w końcu odmówiła gry i została ukarana walkowerem 0:3. W lidze lepsze o pięć punktów było Deportivo La Coruna, a w Lidze Mistrzów Barcelona odpadła dopiero w półfinale. Balaugrana pewnie przeszła dwie fazy grupowe, choć przyznać trzeba, że nie miała godnych siebie przeciwników. W ćwierćfinale, drużyna van Gaala po porażce na Stamford Bridge 1:3, doprowadziła do dogrywki a następnie wygrała 5:1. W półfinale, po porażce w pierwszy m meczu 1:4 z Valencią trudno było o optymizm. W rewanżu Barcelona wygrała 2:1, ale to było zdecydowanie za mało i katalońska drużyna odpadła. To był sezon pełen upokorzeń i goryczy, dlatego rozstanie z trenerem było pewne, czego od dłuższego czasu domagali się kibice machając białymi chusteczkami. Van Gaal zostawił po sobie holenderską kolonię, bowiem  do siedmiu piłkarzy z tego państwa, latem 2000 r. dołączył ściągnięty za rekordowe 40 milionów euro Marc Overmars.

Bracia_de_Boer_w_Barcelonie

Bracia de Boer, czyli przykład holenderskiego zaciągu w Barcelonie.

Źródło: dailymail.co.uk.

Van Gaal po przygodzie w Katalonii został trenerem reprezentacji Holandii, przegrał eliminacje do mundialu w 2002 r., a następnie… powrócił do Barcelony! Co przyświecało decydentom katalońskiego klubu trudno zrozumieć. Jedno z powiedzeń mówi, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a przecież pierwsza przygoda holenderskiego szkoleniowca skończyła się niepowodzeniem. Van Gaal popracował tylko przez siedem miesięcy i pod koniec stycznia 2003 r. jego kontrakt został rozwiązany. W lidze Barcelona grała fatalnie, a w Pucharze Króla skompromitowała się po porażce w 1/32 finału z występującą w trzeciej lidze (Segunda Division B) Novelda CF 2:3. W Lidze Mistrzów było zdecydowanie lepiej. W pierwszej fazie grupowej przeciwko FC Brugge, Galatasaray i Lokomotiw Moskwa, piłkarze van Gaala odnieśli komplet zwycięstw. Drugą rundę grupową rozpoczęli od zwycięstw z Bayerem Leverkusen i Newcastle, ale van Gaalowi nie było dane dokończyć swojego dzieła. Philippe Christanval, środkowy obrońca z Francji, który grał w Barcelonie w latach 2001-2003 powiedział, że po zwolnieniu z obowiązków trenera, van Gaal przyszedł do szatni i „płakał jak dziecko”. „Był twardy, zimny, a tu został zniszczony.” (cyt. za: irishmirror.ie).

Oprócz braku sukcesów w Lidze Mistrzów, Holendrowi zarzucano, że masowo ściągał swoich rodaków, w tym sześciu, z którymi pracował wcześniej w Ajaxie. Łącznie ściągnął ich dziewięciu, a w tym samym czasie na boisku przebywało nawet ośmiu. Do ściągnięcia dziewięciu Holendrów, van Gaal potrzebował tylko trzech lat, podczas gdy w całej dotychczasowej historii Barcelony było tylko sześciu Holendrów (Johan Cruyff, Johan Neeskens, Danny Muller, Ronald Koeman, Richard Witschge, Jordi Cruyff). Ściągniecie holenderskich piłkarzy przez van Gaala było kosztowną inwestycją, bowiem według transfermarkt.pl ich transfery pochłonęły 99,8 mln euro (w tym 40 mln euro za Overmarsa), co jak na tamte czasy było sporą kwotą. Barcelona na transferach tych piłkarzy zarobiła zaledwie14,7 miliona euro, co daje ponad 85 milionów euro deficytu! Co ciekawe, jedynym piłkarzem, za którego Barcelona dostała więcej niż sama zapłaciła był Ruud Hesp. Barca zapłaciła Rodzie Kerkradzie 1,1 miliona euro, a dostała od Fortuny Sittard 1,2 miliona euro. Trzeba przyznać, że z tytułu samych kwot transferowych, holenderski eksperyment był dosyć drogi.

Okres pracy van Gaala w Barcelonie (zwany „holenderskim”) jest znany przede wszystkim z powodu dużej liczby holenderskich piłkarzy w kadrze Blaugrany. Poza tym, kibice pamiętają bolesne porażki z Dynamem Kijów i Valencią. Z drugiej jednak strony, gdy van Gaal był trenerem klub wzbogacił się o dwa mistrzostwa i Puchar Króla. Trofeów mogło i powinno być więcej, ale nie jest też tak, że praca van Gaala to pasmo porażek, upokorzeń i wstydu. Barcelona osiągnęła to na co ją było stać w swoim holenderskim eksperymencie, inną sprawą jest fakt, że okres ten przypadł na świetną grę Valencii, która zgarnęła Barcelonie Superpuchar, półfinał Pucharu Króla i finał Ligi Mistrzów. Próbując osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów władze Barcelony gdzieś się pogubiły i chyba na zbyt wiele pozwoliły van Gaalowi w kwestii kształtowania polityki kadrowej. Pogubił się też trener, który pomimo późniejszych sukcesów z Alkmaar i Bayernem, jest uznawany za tego, któremu w Barcelonie nie udało się i od tej pory zaliczał zjazd, „jadąc” na opinii wypracowanej jeszcze z Ajaxem.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, irishmirror.ie, marca.com, dailymail.co.uk. Holendrzy w Barcelonie, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania.

środa, 29 listopada 2017
Polskie centra pobytowe UEFA Euro 2012 – sukces i… niedosyt

Aż trzynaście z szesnastu uczestników UEFA Euro 2012 na swoje centra pobytowe wybrało ośrodki znajdujące się na terenie Polski. Nawet większość reprezentacji, które fazę grupową rozgrywały na Ukrainie, wybrały Polskę. To sukces, ale z pobytem reprezentacji, zwłaszcza tych najbardziej utytułowanych, wiązano większe nadzieje.

Wydawało się, że pobyt reprezentacji kilkunastu uczestników UEFA Euro 2012 będzie okazją do spotkań, otwartych treningów, może meczy sparingowych i… nie wiadomo czego jeszcze.

Piłkarze byli skupieni i skoncentrowani. Wymagali i oczekiwali zupełnego spokoju, a pracownicy ośrodków podkreślali, że piłkarze nie mieli żadnych specjalnych życzeń. Brak natrętnych fanów i paparazzi pochowanych po krzakach zdecydowanie im odpowiadał. Reprezentacje były odgrodzone szczelnym i wysokim płotem, zasłonięte banerami i obstawione (ubranymi na czarno) ochroniarzami. W takich właśnie warunkach piłkarze szukali odpowiedniego przygotowania do zbliżających się meczów. Na pewno zawiedzeni byli łowcy autografów i kibice liczący na spotkanie, czy zdjęcie z Cristiano Ronaldo, czy Ikerem Casillasem.

Każde wyjście z terenu ośrodka lub wyjazd autokaru reprezentacyjnego były monitorowane przez miejscowych, jak i przez media. Te ogólnopolskie informowały przede wszystkim o pobycie Hiszpanów w Gniewinie i Portugalczyków w Opalenicy. Niekiedy pojawiały się wzmianki o Niemcach, którzy przebywali w Gdańsku, a pozostałe reprezentacje, nawet Anglia, Holandia i Włochy, miały względny spokój. A miejscowi wielokrotnie okazywali sympatię piłkarzom drużyny, która przebywała w ich pobliżu. Traktowali ich jak „swoje” reprezentacje. Dopingowali, wspomagali, trzymali kciuki, ale także przyozdabiali ulice i domy.

Poza treningiem niełatwo było spotkać piłkarzy poza hotelem. Niektórzy, jak Hiszpanie prawie wcale nie opuszczali swojej bazy pobytowej. Hiszpanie zupełnie zamknęli się przed widownią, dlatego część mieszkańców Gniewina narzekała, że piłkarze Hiszpanii nie pojawili się we wsi. Piłkarze innych reprezentacji, jak np. Portugalii, rzadko opuszczali bazę. Podobno zdecydowali się na przejażdżkę rowerową po okolicy, a niektórzy skorzystali z pizzerii. Część miejscowych szukała kontaktu z piłkarzami i z wypiekami na twarzy oczekiwała aż pojawia się w mieście, ale np. jedna z mieszkanek Opalenicy powiedziała: To niesamowite uczucie mieć takie gwiazdy na wyciągnięcie ręki i to w swoim rodzinnym mieście. (cyt. za: wiadomosci.onet.pl).

Zresztą to odgrodzenie się każdej reprezentacji od lokalnej miejscowości i poczucie jakiejś tajemniczości sprzyjało plotkom, które rozchodziły się lotem błyskawicy. Wystarczyło powiedzieć, że ktoś widział, któregoś z piłkarzy i natychmiast podchwycali to inni. Zawodnicy rozpalali nie tylko emocje, ale także wyobraźnię.

Obrazek_UEFA_Euro_2012

Źródło: allthatisgaming.wordpress.com.

Okazją do zobaczenia piłkarzy, a niekoniecznie do spotkania, były otwarte (pokazowe) treningi, które organizowała część reprezentacji. W Krakowie otwarte treningi organizowały wszystkie trzy reprezentacje mające bazy pobytowe w Krakowie lub okolicach – Włoch, Anglii i Holandii. Trening „Oranje” na stadionie „Wisły” obejrzało 25 tys. widzów, rekordowa liczba jak na trening UEFA Euro 2012.

W Opalenicy na otwarte treningi Portugalii przyjeżdżało średnio po dwa tysiące osób. W Gniewinie tłum chętnych tak napierał na bramę prowadzącą na trybuny, że musiała interweniować policja. Niektórzy narzekali, ale nie z tego powodu. Nauczycielka, która zabrała dzieci na otwarty trening w Gniewinie powiedziała: „Mamy reprezentację Hiszpanii, a w ogóle jej nie widać. Piłkarze grali gdzieś daleko, nie reagowali na przywoływania, nie kopnęli choćby jednej piłki w kierunku trybun.” (cyt. za: Newsweek). Ludzie spodziewali się, że Pique, czy Torres podejdą do nich i przybiją „piątkę”, dadzą autograf, czy zgodzą się zrobić zdjęcie.

Zdania mieszkańców były podzielone. Część z nich narzekała na brak kontaktu z piłkarzami, ale część była zadowolona z samego faktu, że piłkarze przebywali w ich miejscu zamieszkania. Z tego też powodu niektórzy uważali, że nic lepszego im się nie przytrafiło. Inni narzekali na niewielki ruch w agroturystyce, choć przyznać trzeba, że mógł on wynikać z powodu zdecydowanie zbyt wysokich cen.

Zyskać chciały też gminy znajdujące się w cieniu miast gospodarzy, a już na pewno te gminy, w których znajdowały się bazy noclegowo-treningowe. Po zakończeniu turnieju ich przedstawiciele cieszyli się z medialnego rozgłosu i liczyli na przyszłe zyski. Wcześniej o takiej reklamie na pewno nie mogli nawet pomarzyć, bo nazwy miejscowości pojawiły się nie tylko w polskich, ale i zagranicznych mediach. Na taką promocję gmin nie było stać.

W ośrodkach, w których gościły największe gwiazdy, czyli Hiszpania, Portugalia i Włochy, turyści i zagraniczne kluby robiły rezerwacje zaraz po finale, a do recepcji kibice dzwonili z licznymi pytaniami odnośnie zachowania swoich idoli w wolnym czasie.

Na zgrupowania do ośrodków w Gniewinie i Opalenicy przyjeżdżali później piłkarze m.in. Amkara Perm, Hapoel Beer-Szewa, Omonii Nikozja, Panathinaikosu Ateny, czy AEK Ateny. Zauważyć jednak trzeba, że akurat w tych ośrodkach to nic nowego, bo już wcześniej ich właściciele mogli liczyć na zagranicznych gości. W Gniewinie niezależnie od UEFA Euro 2012 rezerwacje były zrobione z dużo większym wyprzedzeniem, a organizacja turnieju jedynie umocniła pozycję tego ośrodka. W przypadku pozostałych niekoniecznie Euro wpłynęło na zwiększone obroty.

Zainteresowanie polskimi centrami podczas turnieju UEFA Euro 2012 na pewno świadczyło o poziomie i jakości świadczonych usług. Niektóre z nich dzięki turniejowi zostały wcześniej zmodernizowane lub ulepszone. W połączeniu z medialnym zainteresowaniem, to zdecydowane zyski po polskiej stronie. Narzekać mogli kibice i mieszkańcy miejscowości, w których bazy miały poszczególne reprezentacje. Liczyli na spotkania z piłkarzami, autografy, zdjęcia, ale piłkarze szukali ciszy i spokoju, więc trudno im było wykazać się całkowitą otwartością wobec kibiców. Niemniej otwarte treningi, podziękowania i inne miłe gesty wobec polskich kibiców, nie mogą być zapomniane, choć kibice, jak to kibice oczekiwali dużo, dużo więcej.

 

Źródła: własne, sport.pl, wyborcza.pl, wiadomosci.onet.pl, bip.krakow.pl. M. Święchowicz, Iker za płotem, Newsweek z dnia 18-24 czerwca 2012 r., s. 18-20. Ł. Zalesiński, Euroszansa dla małych, „Rzeczpospolita” z dnia 25 czerwca 2012 r., s. 5. A. Karwowska, Spać jak Ronaldo, czyli interes po Euro, „Metro” z dnia 29 maja 2013 r., s. 2.

wtorek, 28 listopada 2017
Jak Petrescu wyleciał z Wisły Kraków

Były znakomity piłkarz i wówczas początkujący trener – Dan Petrescu został trenerem Wisły Kraków pod koniec 2005 r. Nadzieje i oczekiwania były ogromne, a po dziesięciu miesiącach Rumuna już nie było pod Wawelem. Rozstał się w nienajlepszej atmosferze, choć chyba nie do końca zasłużył na krytykę.

Dan Petrescu jako piłkarz uczestniczył w finałach piłkarskich mistrzostw świata (1994, 1998) i Europy (1996, 2000), zagrał w finale Pucharu Europy (1989), występował na boiskach włoskiej Serie A (FC Foggia, FC Genoa) i angielskiej Premier League (Sheffield Wednesday, Chelsea, Bradford City, Southampton). Z Chelsea sięgnął po dwa Puchary Anglii (1997, 2000), Puchar Ligi Angielskiej (1998), Puchar Zdobywców Pucharów (1998) i Superpuchar Europy (1998). Nic więc dziwnego, że jego przybycie do Polski było dużym wydarzeniem. Nigdy wcześniej w polskiej lidze nie było piłkarza z taką przeszłością i takimi osiągnięciami. Petrescu zapoczątkował nowy trend w polskiej lidze, czyli zatrudnianie znanych byłych piłkarzy, którzy zaczynali poważną karierę trenerską (przykład Nandora Hidegkutiego to odrębna historia). W kolejnych latach zatrudnienie w Polsce znaleźli np. Bakero, Berg, Czerczesow, Latal i Hapal, ale nawet na ich tle sukcesy piłkarskie „Borsuka” budzą szacunek.

Rumun podpisał 8 grudnia 2005 r. roczny kontrakt z Wisłą Kraków z opcją przedłużenia na następny rok. Zgodnie z umową miał zarabiać 25 tys. euro miesięcznie. Ówczesny dyrektor sportowy Wisły Grzegorz Mielcarski podkreślał: najbardziej spodobała nam się filozofia pracy Dana (cyt. za: „Przegląd Sportowy”; wszystkie cytaty pochodzą z różnych wydań „Przeglądu Sportowego”). Petrescu zwracał uwagę, że w jego pracy najważniejsze są trzy założenia szkoleniowe: „organizacja, dyscyplina i ciężka praca”. Nie było mu dane wypełnić kontraktu w całości i został zwolniony 18 września 2006 r.

Dan_Petrescu_na_tle_herbu_Wisły

Dan Petrescu na tle herbu Wisły Kraków.

Źródło: eurosport.interia.pl.

Wisłę poprowadził tylko w 23 meczach, z których 14 wygrał, 6 zremisował i 3 przegrał (bramki 34:14). Bilans w polskiej lidze to 20 meczy, 13 zwycięstw, 5 remisów i 2 porażki (bramki: 32:12). Petrescu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski 2006, start nowego sezonu nie był najlepszy (3 zwycięstwa i 4 remisy), a w pierwszym meczu o fazę grupową Pucharu UEFA, Wisła niespodziewanie przegrała u siebie 0:1 z Iraklisem Saloniki, ostatnim w tamtym czasie klubie ligi greckiej. Ostatnie cztery mecze przed zwolnieniem to wspomniana porażka z Iraklisem i trzy ligowe remisy z rzędu.

Petrescu został zwolniony za niezadowalające wyniki i brak porozumienia z piłkarzami, a dosłownie za zbyt ciężkie treningi. Gdyby scharakteryzować jego pracę w Wiśle popierając się na wypowiedziach piłkarzy i opiniach dziennikarzy wystarczyłoby powiedzieć - krzykacz, gwiazdor i po prostu słaby trener. Jakub Błaszczykowski powiedział natomiast, że to najgorszy trener z jakim pracował.

Piłkarze anonimowo mówili, że trener zgrywał wielką gwiazdę i traktował wszystkich z góry. Petrescu nie ukrywał, że nienawidzi przegrywać. Mówił, że nie widzi nic złego w pewności siebie dodając, że dzięki niej osiągnął więcej niż wszyscy piłkarze Wisły razem wzięci. „Ja swoją mentalność wyniosłem z Anglii. Wiem, jak wygląda zawodowy futbol (…) Mentalnie jestem Brytyjczykiem. Zawsze chcę więcej, nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co mam.”. Odnośnie traktowania innych z góry mówił: „Zachowywałem się normalnie. W pracy dawałem z siebie 120 procent. Przychodziłem do klubu rano, wracałem wieczorem i non stop harowałem (…) nie to, że odpuszczałem.”.

Piłkarze twierdzili, że Rumun przeprowadzał ciężkie treningi i podobno nie personalizował ich. Marek Konieczny, który w tamtym czasie był kierownikiem drużyny Wisły mówił jednak: „To nieprawda, bo piłkarze byli podzieleni na trzy grupy pod względem wydolnościowym.”.  Co więcej, Konieczny dodaje, że Petrescu chciał w Krakowie wprowadzić pełen profesjonalizm. Niektórzy uważają, że słów Koniecznego nie można brać na poważnie, skoro później odwiedzał Petrescu w Rumunii, co miało świadczyć o braku jego bezstronności.

Jak zarzuty piłkarzy odpiera sam zainteresowany? Tłumaczył, że najpierw chciał wprowadzić żelazną dyscyplinę, a jeśli przyniosłaby efekty, to wtedy można być bardziej elastycznym wobec piłkarzy i dać im więcej luzu. Dodawał również, że trener nie może być przyjacielem piłkarzy i musi się zdecydować, czy chce wyników, czy miłości piłkarzy. Jak widać, jeśli grupa nie pójdzie za nim, jak w ogień, to zostanie sam przeciwko wszystkim. Tak właśnie stało się w Wiśle, a Petrescu na przykładzie piłkarzy Wisły pozwolił sobie na ogólną uwagę nt. pracy polskich piłkarzy: Jest jakiś problem z mentalnością polskich piłkarzy. Nie mają ochoty na ciężką pracę (…) Polscy piłkarze nigdy nie będą zadowoleni. Trener będzie albo za ostry albo za miękki. Zawsze znajdzie się wytłumaczenie..

Kibice i dziennikarze naśmiewali się z Petrescu, który większą część meczu spędzał przy linii bocznej z podniesionymi rękoma i nieustannym krzykiem kwestionującym decyzje sędziego. Tak, Rumun należy do tych trenerów, którzy szukają winy wśród sędziów. Mówił, że wiele rzeczy dzieje się przeciwko prowadzonej przez niego drużynie, jak np. niepodyktowane rzuty karne. Mówił: „Kiedy pracowałem w Wiśle, sędziowie byli non stop przeciwko nam. Wisła z nimi wojowała (…) i teraz kilku z nich widzę w więzieniu.”.

Dan_Petrescu_w_charakterystycznej_pozie

Charakterystyczna poza Petrescu podczas meczów Wisły.

Źródło: romanowo.blogspot.pl.

Na co jeszcze narzekał Petrescu? Oj, lista jest długa. Zacznijmy od czterech najbardziej absurdalnych. Po pierwsze, zastrzegał, że nie chce mówić o tym, co działo się w Wiśle przed jego przyjściem, czym ewidentnie sugerował, że przyczyn przegrania mistrzostwa Polski w 2006 r. należy doszukiwać się przed jego przyjściem pod Wawel. Po drugie, podkreślał, że Legia wyjątkowo często wygrywała na wiosnę 2006 r. i w każdej innej lidze nie zdarzają się takie serie zwycięstw. Wisła miała więc po prostu pecha. Po trzecie, terminarz był niekorzystny dla Wisły. „Biała Gwiazda” najpierw grała z rywalami, który w następnej kolejce zmęczeni przystępowali do meczu z Legią. Po czwarte, utrudnieniem była… nierówna murawa.

Oczywiście, jak każdy trener wskazywał na konieczność wzmocnień. Gdy pracował w Wiśle mówił, że sukces może osiągnąć po wzmocnieniu składu i pozwoleniu na długofalową pracę. Twierdził, że potrzebuje: „lewego obrońcy, trzech pomocników i dwóch napastników”, ale zaznaczał, że „każdy zespół potrzebuje nowych twarzy”. Z tymi napastnikami to raczej nie przypadek, bo wśród głównych powodów niewywalczenia mistrzostwa wymieniał nieskuteczność. Po zakończeniu pracy o swojej filozofii futbolu i jej zderzeniu z krakowską rzeczywistością mówił: „Chcę mieć tych graczy, którzy kochają wygrywać. Nie takich, którzy marudzą, że to albo tamto mu się nie podoba. Dobry piłkarz zasuwa bez względu na okoliczności. A tacy kosztują. Ale W Wiśle chcieli, żebym pozyskał zawodników za darmo.”.

Przypomnieć należy, że gdy na oficjalnej konferencji, gdy został zaprezentowany jako trener mówił o organizacji, dyscyplinie i ciężkiej pracy, a władze Wisły podkreślały, że spodobała im się filozofia Rumuna, czyli w domyśle – organizacja, dyscyplina i ciężka praca. Piłkarze chyba nie mieli nic do powiedzenia w sprawie wyboru trenera i ich drogi z trenerem szybko się rozeszły. Trudno do końca ocenić jak było z ciężką pracą, ale wierzę, że Petrescu jako ambitny piłkarz i trener chciał narzucić polskim piłkarzom wzorce, które dostrzegł w Anglii. Nie udało się i pewnie prawda leży gdzieś po środku. Zwłaszcza, że innym metody Petrescu odpowiadały i dwóch klubach (Unirea Urziceni i Kubań Krasnodar) osiągnął sukcesy dzięki którym został wybrany trenerem roku w Rumunii (2008, 2009, 2011).

Może i Rumun traktował innych z góry, ale pomijając względy etyczne, czy można mu się dziwić? Zdobył ogromne doświadczenie, które teraz chciał wykorzystać w Wiśle, a przecież to on był trenerem i to on decydował o drużynie. Petrescu napotkał jednak trudności i już po czterech miesiącach mówił, że potrzebuje „mocniejszego wsparcia ze strony właściciela i pracowników klubu”, bo „czasem trzeba na bieżąco przedyskutować pewne problemy”. Czyżby władze „Białej Gwiazdy” szybko zorientowały się, że to nie jest trener odpowiedni dla piłkarzy?

Pobyt w Krakowie Petrescu uważał jednak za udany, bo twierdził, że zdobył tam bezcenne doświadczenie. Co więcej, wcale nie zraził się do pracy pod Wawelem, bo później nie wykluczał powrotu do pracy w Wiśle. O swoich marzeniach osiem lat temu mówił: „trenowanie Steauy, reprezentacji Rumunii, a któregoś dnia może Chelsea, ale chciałbym też wrócić kiedyś do Wisły”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, bo Petrescu nie pracowal w żadnym z tych miejsc. Na pewno jest bardziej doświadczonym trenerem, a nie tak utytułowanym na jakiego się zapowiadał po sukcesach z Unireą Urziceni. Stał się raczej drogim niż dobrym trenerem, o czym może świadczyć przyjmowanie ofert z Rosji, Kataru, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Niemniej podjęcie przez niego prestiżowej pracy, jak np. z reprezentacją Rumunii jest całkiem możliwe.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, eurosport.interia.pl, romanowo.blogspot.pl, pl.wikipedia.org. P. Fleszar, Zatrudniony na próbę, „Przegląd Sportowy” z dnia 9 grudnia 2005 r., s. 8. K. Kawa, Pierwszy taki Dan nad Wisłą, „Magazyn Sportowy” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 3 lutego 2006 r., s. 8-13. Samotność Rumuna – wywiad red. K. Kawy i G. Wojtowicza z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 18 kwietnia 2006 r., s. 12. Odzyskamy tytuł – wywiad red. P. Fleszara z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 maja 2006 r., s. 5. M. Miga, Niechciany szkoleniowiec roku, „Przegląd Sportowy” z dnia 29 grudnia 2008 r., s. 9. Nie przyjaźnię się z piłkarzami – wywiad red. M. Wawrzynowskiego z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 lutego 2009 r., s. 14-15.

poniedziałek, 27 listopada 2017
Jak Podbrożny (nie) strzelał w Lidze Mistrzów

Jerzy Podbrożny w połowie lat dziewięćdziesiątych był czołowym strzelcem polskiej ligi. W europejskich pucharach, a zwłaszcza w Lidze Mistrzów i później zagranicą już tak skuteczny nie był. Dwukrotny król strzelców polskiej ligi (jeszcze w barwach Lecha Poznań), w Lidze Mistrzów trafił tylko raz i jego grze przyjrzymy się przez pryzmat cytatów z „Przeglądu Sportowego”.

31 maja 1995 r. Legia pokonała w meczu XXII kolejki polskiej ligi, Raków Częstochowa 3:0 (2:0) i zdobyła mistrzostwo Polski w sezonie 1994/1995. Dwie bramki dla Legii zdobył Zbigniew Mandziejewicz, a trzecią dołożył Jerzy Podbrożny. To był drugi mecz Legii, który oglądałem na stadionie przy Łazienkowskiej. Pamiętam, jak po jednej z niewykorzystanych sytuacji przez „Gumę”, siedzący obok mnie ojciec nie mógł się nadziwić, jak Podbrożny mógł nie trafić. Wtedy odwrócił się do nas jeden ze stałych bywalców (karneciarzy) i powiedział: „Proszę Pana, on tu nie w takich sytuacjach pudłował. Wiem, co mówię, bo wszystkie mecze oglądam.”. Taki był właśnie Podbrożny – z jeden strony superstrzelec, a z drugiej strony marnował doskonale sytuacje. W ówczesnej Legii nie było to problemem, bo drużyna była tak silna w każdej formacji, że stwarzała mnóstwo sytuacji w prawie każdym meczu.

Dwa miesiące później Legia (z Podbrożnym) w składzie rozpoczęła walkę o historyczny, pierwszy awans polskiego klubu do Ligi Mistrzów. Jak „Przegląd Sportowy” relacjonował występy „Gumy”?

 

Runda eliminacyjna Ligi Mistrzów 1995/1996

09.08.1995 Legia – IFK Goeteborg 1:0.

Grał 87 minut i został zmieniony przez Ryszarda Stańka, gol z rzutu karnego w 49. minucie, żółta kartka.

Podbrożny pędzi sam na bramkarza. Ravelli to jednak wielki cwaniak, nie wychodzi do napastnika, czeka i broni strzał z ostrego kąta.” [wszystkie cytaty z meczów za „Przeglądem Sportowym”].

 

23.08.1005 IFK Goeteborg – Legia 1:2

Grał 90 minut.

Supersnajper z Łazienkowskiej dryblował, przepychał się i strzelał, ale bez niezbędnego fartu. Chwaląc pana Jurka nie można mu jednak nie wytknąć pewnej nonszalancji.” Zresztą sam piłkarz przyznał to po meczu mówiąc: „Może zbyt nonszalancko grałem po zdobyciu wyrównującej bramki.”.

Last musnął piłkę ręką a futbolówka spadła pod nogi Podbrożnego, który jednak za długo zwlekał ze strzałem.

Lewandowski ponownie wrzucił ze skrzydła, Podbrożny strzelił głową, ale za słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_IFK_Goeteborg

Podbrożny atakowany przez dwóch piłkarzy IFK Goeteborg.

Źródło: sport.tvp.pl.

Faza grupowa

13.09.1995 Legia – Rosenborg Trondheim 3:1

Nie grał.

 

27.09.1995 Spartak Moskwa – Legia 2:1

Nie grał.

 

18.10.1995 Legia – Blackburn Rovers 1:0

Grał cały mecz, strzelił bramkę w 26. minucie.

Jeszcze ze skrzydła podaje Pisz i Podbrożny z linii pola bramkowego przenosi futbolówkę nad poprzeczką.”.

 

01.11.1995 Blackburn Rovers – Legia 0:0

Grał 45. minut, zmienił go Cezary Kucharski

Wieszczycki oddaje Podbrożnemu. Potężne uderzenie i Tim Flowers wybija piłkę ręką.

Po meczu powiedział: „Zszedłem z boiska po pierwszej połowie, bo grałem słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_Blackburn

Podbrożny w meczu przeciwko Blackburn – jedynym w Lidze Mistrzów, w którym zdobył bramkę.

Źródło: przegladsportowy.pl.

22.11.1995 Rosenborg Trondheim – Legia 4:0

Grał cały mecz.

Podbrożny przyjmuje piłkę na udo, strzela, ale w nogi Kucharskiego.”.

 

06.12.1995 Legia – Spartak Moskwa 0:1

Grał cały mecz.

Podbrożny z czterech metrów uderzył wysoko nad poprzeczką.  Czasami tak bywa… Piękna akcja, wyborna sytuacja a gola nie ma.”.

 

Ćwierćfinał

06.03.1996 Legia – Panathinaikos Ateny 0:0

Grał cały mecz.

Strzał Podbrożnego obok bramki.”.

Podbrożny nie doszedł do dośrodkowania Bednarza.

Najładniejsza z dotychczasowych akcji Legii, zainicjowana przez Sokołowskiego, ale bramki i tak by nie było, ponieważ Podbrożny był na spalonym.”.

 

20.03.1996 Panathinaikos Ateny – Legia 3:0

Grał cały mecz.

Sędzia odgwizduje spalonego, ale Podbrożny udaje, że nie słyszy i strzela. Z trzech metrów w słupek do pustej bramki. Aż przykro na to patrzeć.”.

 

Podsumowanie występów Podbrożnego w Lidze Mistrzów

„Guma” wystąpił w sześciu meczach Ligi Mistrzów przez 495 minut. Strzelił jedną bramkę, ale sytuacji strzeleckich miał znacznie więcej. Najdogodniejszych sytuacji w domowych meczach z Blackurn i Spartakiem nie wykorzystał. Zamiast w bramkę celował nad bramką. Oto cały „Gumiś”.

Podbrożny zajmuje obecnie 12. miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców polskiej ligi. Zdobył 122 gole dla… siedmiu klubów – Igloopolu Dębica (7), Lecha Poznań (48), Legii (45), Zagłębia Lubin (11), Pogoni Szczecin (6), Amiki Wronki (1) i Widzewa Łódź. Był nawet dziesiąty, ale został wyprzedzony przez Tomasza Frankowskiego (168) i Pawła Brożka (138). W latach 1994-1996 Podbrożny rozegrał w barwach Legii 99 meczów, w których zdobył 55 goli. W lidze zagrał 78 razy i zdobył 45 bramek. W Warszawie był krótko, ale taką skutecznością i sukcesami na stałe zapisał się w historii Legii i trafił do galerii sław tego klubu.

 

Źródła: własne, legia.net, legionisci.com, 90minut.pl, sport.tv.pl, przegladsportowy.pl. Różne archiwalne wydania „Przeglądu Sportowego” z 1995 r. UEFA Champions League. Statistics Handbook Sesaon 1996/1997. A. Gowarzewski, Encyklopedia piłkarska FUJI. Kolekcja klubów. Tom 13. Legia najlepsza jest…, Wydawnictwo GiA, Katowice 2013, s. 204-207. „Skarb Kibica. Ekstraklasa sezon 2017/2018 – jesień” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 14 lipca 2017 r., s. 103.

niedziela, 26 listopada 2017
Jean-Marc Bosman – celebryta, który stał się biedakiem

Były belgijski piłkarz, który doprowadził do zrewolucjonizowania europejskiego rynku transferowego zupełnie nie wykorzystał szansy, którą dostał od losu. Obecnie w poczuciu wykorzystania i krzywdy żyje w trudnych warunkach z dala od futbolu.

Jean-Marc Bosman, bo o nim mowa w czerwcu 1990 r. chciał odejść ze swojego klubu – FC Liege, z którym wygasł mu kontrakt. Otrzymał propozycję z drugoligowej francuskiej Dunkerque FC, ale wtedy Belgowie zażądali… 2,5 miliona franków francuskich (800 tys. dolarów). W sierpniu 1990 r. Bosman wniósł sprawę do sądu i to rozpoczęło rewolucję europejskiej i światowego rynku transferowego. W grudniu 1995 r. ETS wydał słynny wyrok ETS nr C-415/93zgodnie, z którym żądanie kwoty odstępnego w przypadku piłkarzy, którym wygasły kontrakty jest nieuprawnione, a limitowanie obcokrajowców z UE jest sprzeczne z prawem.

J.M.Bosman_na_fladze_UE

Jean-Marc Bosman – celebryta.

Źródło: pol.worldfootball.net.

Bosman był przeciętnym piłkarzem, ale korzystał też na tym, że nosił takie samo nazwisko jak John Bosman, holenderski napastnik, mistrz Europy z 1988, zawodnik Ajaxu, PSV, KV Mechelen, Anderlechtu, z którymi wywalczył sześć tytułów mistrzowskich (dwa w Holandii i cztery w Belgii), a także Alkmaar i Twente. Jean-Marc nie ma czym porównywać się z Johnem, bowiem szczytem jego możliwości była gra w młodzieżowych reprezentacjach Belgii (20 gier), a także w Standardzie Liege (1983-1988) i RFC Liege (1988-1990), z którym nawet sięgnął po Puchar Belgii. Później Bosman prowadził sądową batalię grając w niższych ligach w Olympique Saint-Quentin (1990-1991), USL Dunkerque (1991-1992) lub CS Saint-Denis (1991-1993) [źródła podają różną przynależność klubową pilkarza], ROC Charleroi-Marchienne (1993-1994, Belgia, III/IV liga) i CS Vise (1995-1996, Belgia, IV liga). Po części wynikało to z faktu, że w klubach z najwyższych klas rozgrywkowych nie było chętnych na zatrudnienie piłkarza, który burzył korzystny dla nich system transferowy.

J.M.Bosman_i_Porsche_Carrera

Jean-Marc Bosman i jego Porsche Carrera.

Źródło: news.coral.co.uk.

Bosman otrzymał z tytułu odszkodowania prawie milion euro i zachował się, jak ktoś, kto nie wie, co zrobić z ogromną kwotą pieniędzy. „(…) zaczął żyć na wysokim poziomie. Kupił dwa domy (…) Ponadto sprawił sobie Porsche Carrera. Po zakończeniu kariery zupełnie nie mógł jednak sobie poradzić w życiu. Nie znalazł żadnej sensownej pracy, a ludzie ze świata piłki o nim zapominali. Bosman popadł w depresję, nadużywał alkoholu. By mieć za co żyć, wyprzedawał majątek. Wkrótce został z niczym...” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Stosował przemoc wobec najbliższych i trafił na terapię antyalkoholową. „W 2013 r. został dozorcą, ale długo tam nie wytrzymał. Żył z zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 750 euro miesięcznie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Zasiłek został mu jednak zabrano, bo uznano, że za mało aktywnie szuka pracy. „Od tej pory utrzymuje się z bardzo skromnych kwot, które wypłaca mu związek zawodowy piłkarzy FIFPro [międzynarodowa federacja piłkarzy zawodowych – przyp. Autor bloga]. Ledwo wystarcza mu na jedzenie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl).

J.M.Bosman_obecnie

Jean-Marc Bosman obecnie.

Źródło: dhnet.be.

W wywiadach i krótkich wypowiedział, których udzielał w ostatnich latach bije od niego gorycz. Podkreśla, że dzięki niemu piłkarze zarabiają miliony, a on nic z tego nie ma. Przykładowo: „Dzięki mnie futbol obrócił miliardy euro, a ja dostałem marny milion euro brutto. 33% poszło na podatki, a 30% na prawników” (cyt. za: wykop.pl) albo „Belgijscy piłkarze mogą teraz zarabiać 300 tys. euro tygodniowo, a ja nie mam nic. A przecież zacząłem walkę, dzięki której piłkarzom żyje się lepiej. Może kiedyś mi za to podziękują.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Dodaje również – „W 1995 powinienem wynegocjować z moimi prawnikami prowizje od każdego transferu.” (cyt. za: wykop.pl). O swoich błędach Bosman mówi albo niechętnie albo wcale.

Jego adwokaci w tamtej sprawie, Luc Misson i Jean-Louis Dupont, zrobili wielkie kariery w świecie sportu, a Bosman nie potrafił wykorzystać okazji, jaką dał mu los. Po pierwsze, na pewno można zarzucić mu zbyt wystawy tryb życia. O ile zakupienie mieszkań można zrozumieć i traktować jako inwestycje, albo zabezpieczenie przyszłości dzieci, o tyle zakup Porsche Carrery to już ekstrawagancja i niepotrzebny zbytek dla kogoś, kto nie miał stałego źródła dochodów. Bosman był wtedy celebrytą, gwiazdą mediów. Ubrany w elegancki garnitur pozujący do zdjęć dobrze się czuł w nowej roli, myślał krótkowzrocznie. Po drugie, Bosman chyba nie do końca policzył ile życie będzie kosztowało go w przyszłości. Po trzecie, teraz narzeka, że część odszkodowania pochłonęło wynagrodzenie dla prawników i podatek, ale prawie dwadzieścia lat temu nic o tym nie mówił. Tylko, że wtedy to nie było dla niego problemem. Po czwarte, podejrzewam, że Bosman zarabiał wtedy z dodatkowych zajęć więcej niż z gry w piłkę i nie odkładał tych pieniędzy, bo był przecież celebrytą! „(…) piłkarze z wdzięczności za to co dla nich zrobił organizowali zbiórki dla niego lub przekazywali mu dochody z pokazowych meczów” (cyt. za: sport.pl). A sam Bosman mniej więcej rok po wygraniu sprawy przed ETS mówił w wywiadzie dla „France Football”, cytowanym przez „Przegląd Sportowy”: „Przyznaję, że wiele mediów płaciło mi za rozmowy, bowiem stałem się popularny i wszyscy chcieli się pochwalić wykorzystując moją twarz i moje nazwisko. Oczywiście zwracano mi także koszty uczestnictwa w różnorakich konferencjach. A jeśli chodzi o odszkodowanie klubu i związku – 23 miliony belgijskich franków – przyznane mi przez sąd, to jeszcze mi wszystkiego nie wypłacono.”. Po piąte, część pieniędzy stracił przez nietrafioną inwestycję, ale można zastanawiać się, czy była ona przemyślana. „Po wygraniu sprawy założył firmę, która produkowała koszulki z jego nazwiskiem. Plan był taki, aby kupowali je piłkarze wdzięczni mu za podarowanie wolności i wielkich zarobków. Niestety, Bosman sprzedał... jeden trykot, który kupił syn jego adwokata. Oszczędności, które poszły na ten biznes, przepadły i Belg popadł w długi. To pogłębiło depresję i alkoholizm.” (cyt. za: sport.se.pl).

Żal czytać i patrzeć na to, co dzieje się z byłym piłkarzem, który miał tak ogromne zasługi dla ochrony praw zawodowych piłkarzy i sportowców. Wkład Bosmana w szeroko rozumianą wolność zawodowych piłkarzy, jak również we wzrost ich zarobków, jest niepodważalny. Są jednak takie powiedzenia, jak „nic nie ma za zasługi”, „nic nie ma za darmo” i przede wszystkim „każdy jest kowalem własnego losu”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że Jean-Marc Bosman, albo ich nie znał albo zlekceważył. Nie mam wątpliwości, że po wyroku ETS, źle pokierował, nawet nie swoją karierą, a swoim życiem. Może się trochę tłumaczyć nieudaną inwestycją, ale on nawet tego nie robi, tylko dalej prezentuje roszczeniową postawę. Chyba zabrakło mu trochę pokory i gotowości do normalnej pracy, a nie zarabiania milionów euro i jeżdżenia Porsche Carrera. „Życie to sztuka wyborów”, a Bosman od pewnego momentu podejmował chyba tylko złe wybory, a szkoda.

 

Źródła: własne, przegladsportowy.pl, sport.onet.pl, sport.pl, wylop.pl, bbc.com, transfermarkt.pl, pol.worldfootball.net, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, news.coral.co.uk, dhnet.be. System transferowy runął!, „Przegląd Sportowy” nr 1 (11 539), z dnia 2 stycznia 1996 r., s. 2. M. Kalita, Bosman – rok po sprawie, „Przegląd Sportowy” nr 12 (11 801), z dnia 17-19 stycznia 1997 r., s. 5.

sobota, 25 listopada 2017
Norweski skoczek, do którego wzdychały kobiety

Bjørn Einar Romøren to były norweski skoczek, który krótko należał do ścisłej światowej czołówki, ale dzięki swojemu wyglądowi mógł liczyć na wsparcie licznych fanek. Długie blond włosy, modna broda albo niewielki zarost, dbałość o wygląd – to wszystko sprawiło, że zapisał się w świadomości wielu (kobiet) niekoniecznie ze względu na swoje osiągnięcia sportowe.

Romoeren urodził się 1 kwietnia 1981 roku w Oslo. Obecnie mieszka w Baerum. Jego pseudonim to „Beinar”. Pierwszy skok oddał w 1985 r., a jego klubem był Oevrevoll Hosle IL / Kollenhopp. Trenerem osobistym był Kjest Steamdbieten. W kadrze zadebiutował w 2001 r., a jego kariera nabrała rozpędu, gdy trenerem kadry został Fin Mika Kojonkoski. To on sprawił, że w sezonie 2003/2004 Romoeren był jednym z najlepszych skoczków świata. Później było gorzej. Wprawdzie zaliczał wzloty i upadki to do tak wysokiej formy już nigdy nie wrócił. Romoeren wszystkie największe sukcesy, czyli trzy medale mistrzostw świata, cztery medale mistrzostw świata w lotach narciarskich i brązowy medal igrzysk olimpijskich wywalczył w rywalizacji drużynowej. Indywidualnie może pochwalić się Pucharem Świata w lotach, 3. miejscem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, 2. miejscem w turnieju Nordyckim i rekordem świata w długości lotu (239 m, 2005-2011).

B.E.Romoeren

Źródło: ciachaa.blog.onet.pl.

O zainteresowaniach i sposobie spędzania wolnego czasu przez Romoerena można było znaleźć dużo informacji, zwłaszcza w prasie kobiecej i młodzieżowej, niekoniecznie sportowe. Wśród ulubionych dyscyplin sportu wymienia przede wszystkich skoki narciarskie, o których mówi, że są dla niego bardzo ważne, kocha je i nie wyobraża sobie życia bez skoków. Poza tym, dodaje skateboard, snowboard i… golf. Nie lubi natomiast futbolu. Niektóre źródła podają także wspinaczkę jako hobby Romoerena. Słuchał takich zespołów jak The Doors, Marylin Manson, Black Sabat i Ozzy Osbourne, ale przyznawał, że lubi też posłuchać Dimitri from Paris. Rodzaj muzyki słuchanej przed skokami zależał od jego nastoju: „Jeśli jestem podekscytowany preferuję relaksacyjny chill-out, a gdy dopadnie mnie przygnębienie muszę sobie ponieść dawkę adrenaliny i wtedy włączam coś głośnego i mocnego.” (cyt. za: „Bravo Sport”). Jego ulubionym filmem jest Pulp Fiction, a serialem kreskówka – South Park. Językami, którymi posługuje się Romoeren są oczywiście norweski i angielski.

Podsumowanie startów

Norweg wystartował w dwóch Igrzyskach Olimpijskich. W Turynie (2006) sięgnął po brąz w drużynie i 7. miejsce indywidualnie na dużej skoczni. W Vancouver (2010) wystartował tylko na średniej skoczni, ale zawiódł (23. miejsce), a do drużyny nie został zakwalifikowany i może żałować, bo jego koledzy sięgnęli po brąz. Szerokim echem odbiła się kontuzja, której doznał w Willingen, tydzień przed rozpoczęciem igrzysk. Podczas turnieju w Niemczech złamał palec u ręki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że do złamania doszło, gdy Norweg ze złości uderzył w barierkę (niektóre źródła mówią o ścianie).

Brał udział w czterech edycjach mistrzostw świata, z których przywiózł trzy medale w drużynie – srebrny (Oslo 2011) i dwa brązowe (Val di Fiemme/Predazzo 2003, Oberstdorf 2005). Indywidualnie najbliżej medalu był w Oberstdorfie, gdzie zajął 4. miejsce na średniej skoczni. W czołowej „dziesiątce” był jeszcze tylko raz. Właśnie 10. miejsce zajął na średniej skoczni w Predazzo.

Na Mistrzostwach Świata w lotach było podobnie, czyli medale zdobywał w drużynie, a indywidualnie sukcesem było 4. miejsce, ale po kolei. Romoeren wystartował w sześciu edycjach mistrzostw dla lotników. Zdobył aż cztery medale w rywalizacji drużynowej – dwa złote (Planica 2004, Kulm 2006) i dwa brązowe medale (Oberstdorf 2008, Planica 2010). Indywidualnie najlepszą 4. pozycję zajął w Oberstdorfie. Spośród sześciu mistrzostw, w których brał udział czterokrotnie kończył na miejscu w „dziesiątce”, co potwierdza, że dobrze czuł się podczas konkursów w lotach narciarskich.

B.E.Romoeren_-_zdjecie_z_autografem

Źródło: skoki-narciarskie-autografy.blogspot.pl.

W Pucharze Świata zadebiutował 3 marca 2001 r. w Oberstdorfie (35. miejsce), a na pierwsze punkty musiał czekać ponad półtora roku. 29 listopada 2002 r. w Kuusamo zajął 18. miejsce. Pierwsze podium to od razu pierwsze zwycięstwo, a w dodatku w konkursie w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Romoeren wygrał 6 stycznia 2003 r. konkurs w Bischofschofen. Ostatnie podium zajął 20 grudnia 2009 r. w Engelbergu, a ostatni konkurs, w którym wystartował odbył się 24 marca 2014 r. w Planicy. „Beinar” wystartował w trzynastu sezonach Pucharu Świata. Pierwszym był sezon 2000/2001, a ostatnim 2013/2014 (nie startował jedynie w sezonie 2012/2013), przy czym tylko w dwóch pierwszych nie zdobył punktów. Najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej – 3. zajął w sezonie 2003/2004, a „dziesiątce” był jeszcze tylko dwukrotnie – 6. (2005/2006) i 9. (2009/2010). Odniósł 8 zwycięstw w konkursach PŚ. Oprócz wspomnianego w Bischofschofen wygrywał także w Planicy (dwukrotnie w lotach), Lahti, Kuopio, Sapporo, Willingen i Kuusamo. Łącznie stawał na podium 22 razy (8-6-8) – najczęściej w Planicy (4 razy), Oslo (3) oraz Lillehamer i Kuusamo (po 2). Dla porównania tyle miejsc na podium, co zajął Romoeren, to Stoch ma zwycięstw, a przecież jeszcze nie zakończył kariery. Najczęściej na podium stawał w najlepszym dla niego sezonie 2003/2004 – siedmiokrotnie (2-2-3). W Turnieju Czterech Skoczni w tymże sezonie, Norweg zajął dopiero 13. miejsce, a najwyższe 7. w sezonie 2005/2006. W Turnieju Nordyckim w 2004 r. (Lahti, Kuopio, Lillehamer, Oslo) był drugi. Co ciekawe, w 2006 r. wygrał konkurs SAS, w którym sumowano odległości ze wszystkich konkursów. W przypadku Romoerena było to 4856 m. W Pucharze Świata w lotach Romorene był najlepszy w sezonie 2005/2006, a w „dziesiątce” był jeszcze dwukrotnie – 5. (2004/2005) i 8. (2007/2008).

W 2012 r. musiał zrezygnować ze startów i poddać się operacji z powodu choroby zwyrodnieniowej kręgosłupa. Podjął próbę powrotu, ale zupełnie nie przypominał siebie sprzed lat, zwłaszcza z sezonu 2003/2004. Przygotowując się do dwóch ostatnich – pożegnalnych startów na zakończenie sezonu 2013/2014 i jego kariery w Planicy, wygrał jeszcze zawody Pucharu Kontynentalnego w Zakopanem. Karierę musiał zakończyć z powodu problemów z plecami. Podkreślał, że ma motywację, aby kontynuować karierę, ale stan zdrowotny uniemożliwia mu to.

Życie po karierze

Poza kończeniu kariery wziął udział w serialu telewizyjnym „71 Degrees North”, czyli show, w którym uczestnicy pokonywali ekstremalne konkurencje wymagające niezwykłej wytrzymałości psychicznej i fizycznej prowadzącej do najdalej wysuniętego przylądka na północ w Europie, na szerokości geograficznej 71 stopni (Przylądek Nordkyn). Konkurencje w programie obejmowały takie jak: „trekking górski, hodowla reniferów, nocleg w jaskini śniegu, przejście wąwozu, spanie w namiotach, przekraczanie odległych terenów psim zaprzęgiem, pływanie w zamarzniętym jeziorze, wspinaczka po zamarzniętym wodospadzie” (cyt. za: skokipolska.pl)

Następnie objął funkcję kierownika działu marketingu Norweskiego Związku Narciarskiego. Wśród zasług przypisuje mu się otwarcie internetowego sklepu związku oferującego sprzęt do narciarstwa oraz podpisanie nowej umowy sponsorskiej dla związku. Austriacki koncern naftowy OMV nie był zainteresowany współpracą, dlatego rozwiązano umowę za porozumieniem stron, a OMV zostało zastąpione przez Norweską Konfederację Związków Narodowych - Landsorganisasjonen i Norge (LO). Jako kierownik marketingu doznał jednak poważnej wpadki, gdy w trakcie pierwszej edycji cyklu Raw Air 2017 został zatrzymany przez policję w związku z prowadzeniem samochodu pod wpływem alkoholu. Badanie wykazało zawartość 0,6 promila w wydychanym powietrzu, podczas gdy w Norwegii dozwolone jest 0,2 promila. 36-latek kajał się i przepraszał. Pomogło. Zachował swoje stanowisko, a sąd ukarał go grzywną w wysokości 62 tysięcy koron (28 tysięcy złotych), utratą prawa jazdy na 14 miesięcy i karą 18 dni więzienia, ale w zawieszeniu.

W międzyczasie, pod koniec maja 2016 r. Romoeren oddał pierwszy skok, a zarazem dokonał uroczystego otwarcia małej skoczni dla dzieci w Hosle. Ta sytuacja musiała przywołać wydarzenie z marca 2010 r., gdy otwierano skocznię Holmenkollbakken w Oslo. Do oddania premierowego skoku została wyznaczona Anette Sagen, przez co Romoeren poczuł się niedoceniony. Dzień przed oficjalnym otwarciem odbył się nieoficjalny trening, o którym wiedzieli tylko nieliczni. Pierwszy (nieoficjalny i poniekąd zakazany) skok oddał w przebudowanej „świątyni skoków” Romoeren, za co spotkała go publiczna krytyka. 

Romoeren był barwną postacią na skoczni, a widać, że po zakończeniu kariery sporo robi, aby kibice o nim pamiętali.

 

Źródła: własne, skokinarciarskie.pl, skijumping.pl, skokipolska.pl, eurosport.onet.pl, sport.pl, fis.com, ciachaa.blog.onet.pl, skoki-narciarskie-autografy.blogspot.pl, pl.wikipedia.org. Nie lubię futbolu – wywiad z Bjoernem Einarem Romoerenem, Bravo Sport, brak daty i roku wydania, s. 8.

piątek, 24 listopada 2017
Niepokorny Indywidualny Mistrz Świata na żużlu z 1992 r.

Gary „Havvy” Havelock to żużlowiec, który w debiucie w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata na żużlu w 1992 r. sięgnął po pewne zwycięstwo. Jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy żużlowiec świata w latach 1991-1993, oprócz świetnej jazdy na torze zasłynął swoim wyglądem i zachowaniem.

Uznawany był za enfant terrible brytyjskiego żużla. „(…) uchodzi za jednego z najbardziej rozrywkowych żużlowców. Kocha piwo, brał (bierze?) narkotyki. Lgnie do kobiet, a one do niego.” (cyt. za: „Super Express”). Havelock nie ukrywał, że pali, lubi alkohol, kobiety i dobrą zabawę. Legendą obrosła historia, że po zawodach w Pardubicach tak bawił się z Paulem Thorpem, że przez okno pokoju wyleciała… lodówka!

O sobie mówił bardzo wyraziście: Jestem Gary Havelock i chcę wyglądać inaczej niż wszyscy, którzy mnie otaczają. (cyt. za: „Piłka nożna”). Z tego powodu „Kocha prowokować otoczenie. Stąd wzięły się m.in. zaplecione w rastafariańskie warkoczyki włosy. Stąd biało-czarny skórzany kombinezon określany jako panterka.” (cyt. za: „Super Express”).

Havelock_z_dredami

Gary Havelock z charakterystycznymi dredami.

Źródło: sportowefakty.wp.pl.

Havelock tak określa swoje zainteresowania: Z natury jestem niespokojnym człowiekiem (…) Nigdzie nie mogę znaleźć miejsca. Kocham się bawić. Ale czy to coś złego? (…) Poza tym interesuję się innymi rzeczami. Malarstwem, sztuką. Nie muszę jeździć na motocyklu, choć jest to na razie jedyne moje źródło utrzymania. Czuję jednak w sobie chęć jakiejś zmiany.” (cyt. za: „Super Express”). W kwestii zainteresowań, Havelock jako Anglik trochę zaskakuje mówiąc: „Piłka nożna wcale mnie nie interesuje.” (cyt. za: „Piłka nożna”).

Urodził się 4 listopada 1968 r. w małym miasteczku Eaglescliffe w północno-wschodniej Anglii. Na karierę żużlowca był już skazany, bo jego ojciec Brian Havelock uprawiał tą dyscyplinę sportu, choć bez większych sukcesów. Zanim jednak młody Havelock wystartował w zawodach żużlowych został Mistrzem Anglii juniorów w wyścigach na torze trawiastym. Swój żużlowy potencjał pokazał już na początku przygody z czarnym sportem, gdy jako szesnastolatek wygrał Suffolk Open Championship w Mildenhall, zaledwie dwa tygodnie po odebraniu licencji!

W wieku 16 lat rozpoczął jazdę na żużlu w zespole Middlesbrough Tigers. W 1985 r. zadebiutował w meczu żużlowym II ligi brytyjskiej (National League). W następnym roku przeniósł się do Bradford Dukes i zadebiutował w I lidze brytyjskiej (British League). Dodatkowo, w Stoke-on-Trent wywalczył Młodzieżowe Indywidualne Mistrzostwo Wielkiej Brytanii wygrywając z kompletem punktów (rok wcześniej był szósty). W 1987 r. w Zielonej Górze wywalczył mistrzostwo świata juniorów.

Kolejny rok mógł zakończyć jego karierę. Wprawdzie zadebiutował w Drużynowych Mistrzostwach Świata (4. miejsce), to jednak podczas jednego z turniejów zapalił marihuanę i na swoje nieszczęście wpadł podczas kontroli antydopingowej. Został zdyskwalifikowany na rok. Sezon 1989 była stracony, ale Havelock nie zakończył kariery, tylko wrócił silniejszy, co potwierdziło jego charakter i dążenie do sukcesu. W 1990 r. w Mistrzostwach Wielkiej Brytanii był czwarty, ale w tym samym roku świętował swój pierwszy medal w rywalizacji międzynarodowej. W Pardubicach sięgnął po srebro DMŚ. W 1991 r. zdobył Mistrzostwo Wielkiej Brytanii, a w DMŚ podobnie jak w debiucie trzy lata wcześniej był ze swoimi kolegami na czwartym miejscu.

Wreszcie nadszedł 1992 r. zdecydowanie najlepszy w jego karierze. Od początku sezonu był w znakomitej formie. Chciał zostać pierwszym żużlowcem w historii, który zwycięży we wszystkich rundach kwalifikacyjnych. Był blisko, ale nie udało się. Na pocieszenie pozostał mu fakt, że na wszystkich szczeblach eliminacji zajmował miejsca w pierwszej „trójce”. Był pierwszy w finale brytyjskim, trzeci w mistrzostwach Wspólnoty Brytyjskiej, pierwszy w finale zamorskim (z udziałem reprezentantów USA) i drugi w półfinale światowym na swoim domowy torze w Bradford. Przegrał tam dopiero w dodatkowym wyścigu z Perem Jonssonem, ale nie mógł znieść tej porażki i tłumaczył, że Jonsson wcale nie był lepszy, tylko Havelock popełnił błąd. Havelock sięgnął we Wrocławiu po Indywidualne Mistrzostwo Świata. Zdobył aż 14 punktów, a jedynym który go pokonał był Sławomir Drabik. Gary został pierwszym brytyjskim mistrzem świata od 1980 r., gdy uczynił to Michael Lee.

Do medalu indywidualnego dołożył brąz DMŚ i srebro Mistrzostw Świata Par. Złoto było na wyciągniecie ręki, ale w dodatkowym biegu Havelock przegrał z Samem Ermolenko. Dodatkowo, Gary zdobył drugie (i ostatnie) złoto Indywidulanych Mistrzostw Wielkiej Brytanii. Takiego medalowego żniwa Havelock nie powtórzył już nigdy. Kolejny rok, 1993 nie był już tak udany. W finale IMŚ w niemieckim Pocking zajął dopiero 6. miejsce, choć gdyby zdobył o punkt więcej wystąpiłby w biegu dodatkowym o miejsca 2-4. W DMŚ i MŚPar był tuż za podium na 4. miejscu. W Mistrzostwach Wielkiej Brytanii zdobył brązowym medal i co ciekawe było to jego ostatnie podium w historii startów w tych zawodach! Wystartował jeszcze dwanaście razy (ostatni w 2007 r.), ale największym sukcesem były trzy… czwarte miejsca.

Można powiedzieć, że w latach 1991-1993 Havelock należał do ścisłej światowej czołówki żużlowców i był jednym z najlepszych na świecie. Sezon 1994 początkował jednak chude lata w karierze Brytyjczyka, które na dobrą sprawę trwały aż do zakończenia kariery.

Gary_Havelock_z_czapką

Gary Havelock.

Źródło: thetelegraphandargus.co.uk.

W 1995 r. wystartował w pierwszej edycji cyklu Grand Prix, ale nie wywalczył sobie awansu, tylko za zasługi (6. miejsce w finale IMŚ 1993) został od FIM nagrodę – udział w całym cyklu. Havelock’owi nie wiodło się i zakończył rywalizację na niesatysfakcjonującej 13. pozycji. Zdobył 45 punktów, a do ósmego miejsca gwarantującego starty w następnym sezonie zabrakło mu aż 28 punktów. Gary startował bardzo nierówno. W GP Polski był całkiem nieźle i obiecująco, bo był 7., ale później było gorzej – 13. miejsce w Austrii, 15. w Niemczech, 14. w Szwecji, 17. w Danii, choć tam nie wystartował. W ostatniej rundzie, na nieistniejącym już londyńskim torze Hackney zajął 7. miejsce. Później jednak zajął 5. miejsce w Grand Prix Challenge, co dało mu przepustkę do cyklu Grand Prix w kolejnym sezonie.

W 1996 r. wydawało się, że Havelock wraca na właściwe tory. W GP Polski we Wrocławiu zajął 6. miejsce, a w GP Włoch w Lonigo – 5. i takie miejsce zajmował w klasyfikacji generalnej cyklu. Na trzy dni przed trzecią z sześciu rund cyklu – GP Niemiec doznał złamania kręgosłupa podczas meczu drużynowego W. Brytania – Australia, co wykluczyło go ze startów do końca sezonu. Do Grand Prix Havelock już nie wrócił, a startował na torze jeszcze przez… szesnaście lat!

Brytyjski żużlowiec przypomniał się jeszcze szerszej publice dzięki Drużynowemu Pucharowi Świata, który od 2001 r. zastąpił DMŚ i MŚPar. Biegi rozgrywano w pięcioosobowym składzie, przez co każda reprezentacja musiała składać się z pięciu żużlowców. Dzięki temu Havelock znalazł się w kadrze Wielkiej Brytanii w latach 2001-2004. W tym ostatnim roku zmieniono zasady i biegi odbywało się w czteroosobowym składzie, choć drużyny dalej składały się z pięciu żużlowców. Havelock sięgnął z kolegami po srebro podczas turnieju finałowego w Poole. Brytyjczycy przegrali złoto o… jeden punkt!

Podczas meczu otwierającego sezon 2012 (22 marca, przeciwko Edinburgh Monarchs) 43-letni Havelock uległ wypadkowi, w wyniku którego doznał niedowładu lewego ramienia. Mimo starań lekarzy nie odzyskał sprawności i w lutym 2013 ogłosił zakończenie kariery. Niedługo po tym objął funkcję menadżera Coventry Bees.” (cyt. za: pl.wikipedia.org).

Havelock startował w lidze angielskiej (z przerwami) w latach 1985-2012 (7 klubów), w lidze polskiej w latach 1992-2007 (z bardzo dużymi przerwami w 6 klubach – Gorzów, Częstochowa, Rzeszów, Piła, Miszkolc, Gdańsk), w lidze szwedzkiej w latach 1994-2006 (4 kluby), w lidze włoskiej (2003 r. – MC LOnigo) i rosyjskiej (2006 r. – Łada Togliatti). Najdłużej, bo przez jedenaście lat był związany z Bradford Dukes, osiem lat z Poole Pirates i sześć z Masarna Avesta.

Havelock wywalczył cztery medale z zawodów rangi mistrzostw świata – złoto indywidualne (1992), dwa srebra drużynowe (1990, 2004 jako DPŚ), srebro w rywalizacji par i brąz drużynowy (1992). Warto zauważyć, że czwarte miejsce zajmował w rywalizacji drużynowej aż trzykrotnie (1988, 1991, 1993) i raz w parach (1993). Poza tym, wystartował w osiemnastu turniejach finałowych indywidualnych mistrzostw Wielkiej Brytanii, w których wywalczył dwa złote (1991, 1992) i jeden brązowy medal (1993), do tego dołożył cztery czwarte miejsca. W rywalizacji klubowej najwięcej osiągnął w Anglii, w Bradford Dukes, którego stał się legendą – Mistrzostwo W. Brytanii (1997) i cztery puchary (1991, 1992, 1993, 1995). Do tego dołożył mistrzostwo Szwecji z Masarną w 2000 r. W Polsce jedynym medalem było srebro wywalczone ze Stalą Gorzów w 1992 r.

Wydaje się, że „Havvy” miał talent i możliwości do tego, żeby osiągnąć znacznie, znacznie więcej, ale chyba zamiłowanie do zabawy okazało się poważną przeszkodą. Nie można jednak zapominać o kontuzji kręgosłupa. Z drugiej jednak strony, wyluzowany Gary sprawiał wrażenie kogoś, kto tak samo lubi się pobawić na torze, jak i poza torem, i jest z tego szczęśliwy.

 

Źródła: własne, sportowefakty.wp.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, thetelegraphandargus.co.uk. R. Rymarowicz, Mistrz nie lubi futbolu, „Piłka nożna”, brak numeru i daty wydania. P. Czostkiewicz, Piwo i ćpanie, „Super Express”, brak numeru i daty wydania.

Tagi: żużel
22:28, martinez-4ever , SPORTOWCY
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 listopada 2017
Najlepsi polscy strzelcy bramek w Bundeslidze

Poprzednie dwa wpisy dotyczyły Roberta Lewandowskiego i Jana Furtoka, czyli dwóch najlepszych Polaków pod względem liczby bramek strzelonych w Bundeslidze. Dzisiaj przyjrzymy się czołowej „dziesiątce” polskich strzelców.

Zdecydowanym liderem, który wyprzedza kolejnego piłkarza o ponad… 100 goli (słownie: STO GOLI!!!!!) jest oczywiście Robert Lewandowski. Nie może więc dziwić, że nie tylko przewodzi w klasyfikacji polskich strzelców, ale pnie się coraz wyżej w klasyfikacji strzelców wszechczasów Bundesligi, pukając już do czołowej „dziesiątki”. Lewandowski jest natomiast drugim strzelcem wśród obcokrajowców. W efekcie „Lewy” jest często przedstawiany w memach i grafikach przygotowanych przez kibiców w stroju superbohatera. Regularność z jaką strzela powoduje, że jego umiejętności można przyrównywać do nadludzkich supermocy, będących atrybutami fikcyjnych postaci.

Lewandowski_-_Superbohater

Bohater Lewandowski.

Źródło: pinterest.com.

Drugim strzelcem z 60 golami jest Jan Furtok. Warto zauważyć, że Furtok jako pierwszy Polak w historii Bundesligi strzelił minimum 20 goli. Później jego osiągnięcie zostało poprawione tylko przez Lewandowskiego.

Jan_Furtok_(Eintracht_Frankfurt)_11freundede

Jan Furtok (Eintracht Frankfurt) w meczu z Werderem Brema.

Źródło: 11freunde.de.

Trzecim polskim strzelcem w Bundeslidze jest Andrzej Juskowiak. Król strzelców turnieju olimpijskiego w Barcelonie w 1992 r. po całkiem niezłych występach w Sportingu Lizbona i Olympiakosie Pireus, w których rozegrał łącznie 99 meczów ligowych i strzelił 37 bramek, przeniósł się do Niemiec. W Borussi M’Gladbach był zapowiadany jako napastnik, który gwarantuje minimum 10 ligowych goli. Tymczasem zawiódł. Rozczarował. Przez dwa sezony w 52 meczach zdobył tylko 12 goli. Następnie przeniósł się do Wolfsburga, gdzie było zdecydowanie lepiej. Najwięcej bramek (13) zdobył w pierwszym sezonie w drużynie „Wilkow” (1998/1999), co dało mu 5. miejsce w klasyfikacji strzelców. Mogło być wyższe, bo po rundzie jesiennej „Jusko” był liderem z jedenastoma golami, ale wiosną strzelił tylko dwa gole.

Andrzej_Juskowiak_(VFL_Wolfsburg)t-onlinede

Andrzej Juskowiak w barwach VfL Wolfsburg.

Źródło: t-online.de.

Ciekawym przypadkiem jest Artur Wichniarek, który fenomenalnie czuł się w Arminii Bielefeld. W 2. Bundeslidze dwukrotnie został królem strzelców, a w najwyższej klasie rozgrywkowej, mimo że jego klub z reguły bronił się przed spadkiem aż czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie (10 i 12 goli po dwa razy). Znacznie gorzej szło mu w Hercie Berlin, gdzie zupełnie nie mógł się odnaleźć. Dla „Starej Damy” strzelił zaledwie 4 gole w 63 występach. Dla porównania w Arminii było to 44 gole w 152 występach.

Wichniarek czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie i pod tym względem jest lepszy od Furtoka, który uczynił to dwukrotnie, ale jeden z tych sezonów ukończył z dwudziestoma golami. Juskowiak trzykrotnie zakończył sezon z minimalną liczbą dziesięciu goli, a Leśniak, Smolarek i Błaszczykowski raz. Regularność Wichniarka nie przełożyła się na miejsca w czołowej „dziesiątce” strzelców, bo udało mu się to tylko raz (2008/2009, 10. miejsce, 12 goli). Juskowiak jest pod tym względem rekordzistą (nie licząc Lewandowskiego), bo trzykrotnie był w „dziesiątce” w sezonach – 1998/1999 (5. miejsce, 13 goli), 2000/2001 (9. miejsce, 10 goli) i 1999/2000 (10. miejsce, 11 goli). Furtok oprócz drugiego miejsca w sezonie 1990/1991 (20 goli) był jeszcze na 6. miejscu w sezonie 1989/1990 (10 goli). Leśniak był siódmy (1993/1994, 11 goli), a Smolarek ósmy (2005/2006, 13 goli).

Lewandowski to zupełnie inna liga, bo poza pierwszym (debiutanckim) sezonem w każdym kolejnym, a w tym w obecnie trwającym 2017/2018, strzelił ponad 10 goli. Oznacza to, że siedem sezonów z rzędu strzelił minimum 10 bramek. Co więcej, aż dwukrotnie strzelił 30, a trzykrotnie miedzy 20 a 30 (20, 23, 22) i dwukrotnie kilkanaście (17 i 13), przy czym wynik w obecnym sezonie (2017/2018, 13 goli) jest wynikiem po zaledwie 12 kolejkach. Miejsca w „dziesiątce” Lewandowski nie zajął tylko w debiutanckim sezonem. Dwukrotnie był królem strzelców, trzykrotnie wicekrólem i raz był trzeci. Obecny sezon trwa, a „Lewy” póki co jest liderem klasyfikacji strzelców.  

Aktualnie warunkiem dostania się na listę dziesięciu najlepszych polskich strzelców w Bundeslidze jest zdobycie 21 goli. Najbliżej przełamania tej bariery spośród grających polskich piłkarzy, nie licząc Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, jest Łukasz Piszczek. Na swoim koncie ma obecnie 17 goli i zajmuje 13. miejsce. Wyprzedzają go jeszcze Tomasz Wałdoch – 19 (Bochum 6, Schalke 13) i Artur Sobiech – 18 (Hannower). Trzymamy kciuki.

 

Polscy piłkarze – klasyfikacja najlepszych strzelców (stan na dzień 23.11.2017 r.):

1.Robert Lewandowski – 163* (Borussia Dortmund 73, Bayern Monachium 90).

2.Jan Furtok – 60 (HSV Hamburg 51, Eintracht Frankfurt 9).

3.Andrzej Juskowiak – 56 (Borussia M'gladbach 12, VfL Wolfsburg 39, Energie Cottbus 5).

4.Artur Wichniarek – 48**(Arminia Bielefeld 44, Hertha Berlin 4).

5.Marek Leśniak – 42 (Bayer Leverkusen 19, SG Wattenscheid 18, TSV 1860 Monachium 2, Bayer Uerdingen 3)

6.Jakub Błaszczykowski – 28 (Borussia Dortmund 27, VfL Wolfsburg 1).

6.Janusz Turowski – 28 (Eintracht Frankfurt 28).

8.Euzebiusz Smolarek - 25 (Borussia Dortmund 25).

9.Jacek Krzynówek – 24 (FC Norymberga 6, Bayer Leverkusen 9, VfL Wolfsburg 7, Hannower 2).

10.Andrzej Buncol – 21 (FC Homburg 5, Bayer Leverkusen 14, Fortuna Düsseldorf 2).

Statystyki na podstawie 90minut.pl i uzupełniająco – bundesblog.blogspot.com i transfermarkt.pl.

*-liczba goli według transfermarkt.pl wynosi 164. Różnica wynika z faktu, że 90minut.pl podaje, że w sezonie 2012/2013 „Lewy” strzelił 23 gole, a pozostałe źródła mówią o 24 (w tym także blog, czy na pewno wiarygodny – kicker.de). Dla zachowania spójności podaję dane za 90minut.pl.

**-liczba goli według bundesblog i transfermarkt.pl wynosi 49, ponieważ oba źródła podają o jedną bramkę więcej strzeloną w barwach Arminii, czyli 45, a nie 44.

 

Źródła: własne, bundesblog.blogspot.com, 90minut.pl, transfermarkt.pl, kicker.de, pl.wikipedia.org, pinterest.com, 11freunde.de, t-online.de.

środa, 22 listopada 2017
„Eksperci” część 9 – Brak wiary autora bloga w udaną karierę Lewandowskiego w Bayernie

Przyszła pora, żeby posypać głowę popiołem. W tym dziale z reguły wyrywam z kontekstu wypowiedzi (niekiedy mocno archiwalne) piłkarzy, trenerów, czy dziennikarzy, odnoszę je do faktów i chętnie pokazuję jak bardzo się mylili. Teraz trzeba pośmiać się z samego siebie.

Wprawdzie nie dałem temu wyrazu na blogu, ale byłem przeciwnikiem transferu Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium. Wydawało mi się, że Borussia Dortmund jest szczytem możliwości dla „Lewego”, zwłaszcza, że ugruntował swoją pozycję jako kluczowego piłkarza klubu. Jak mantrę powtarzałem, że „nie takim napastnikom Bayern łamał kariery” mają na myśli ostatnie przykłady Miroslava Klose i Lukasa Podolskiego, których potencjał nie został w pełni wykorzystany przez Bawarczyków.

Byłem przekonany, że transfer „Lewego” to element strategii klubu, która polega na systematycznym osłabianiu największych rywali poprzez podkupywanie im najlepszych piłkarzy. Akurat w przypadku Lewandowskiego Bayern nie musiał nic płacić, więc z góry było wiadomo, że transfer będzie sukcesem. Bo jak inaczej nazwać bezgotówkowe wyciągnięcie Lewandowskiego z Borussi? Bayern już na starcie był wygrany, ale miałem poważne obawy, a wręcz byłem przekonany, że „Lewemu” przypadnie rola rezerwowego, zwłaszcza, że w klubie błyszczeli Thomas Mueller, Arjen Robben i Franck Ribery.

Lewandowski_na_tle_herbu_Bayernu

Źródło: futbolfejs.pl.

Nie wiem, czy ktokolwiek spodziewał się, że talent Lewandowskiego tak eksploduje, że stanie się maszynką do strzelania goli, która zasługuje na wymienienie obok Messiego, Ronaldo, Neymara, czy Suareza. Wprawdzie jego osiągnięcia i strzeleckie rekordy są mniej medialne niż osiągnięcia wymienionych napastników, to jednak „Lewy” stał się piłkarzem kompletnym. Wiem natomiast, że potwornie pomyliłem się w ocenie tego transferu, ale paradoksalnie, im bardziej „Lewy” zaskakuje swoją skutecznością i śrubuje swoje rekordy tym bardziej… mnie to cieszy! :-)

Co ciekawe, podobne zdanie jak moje wypowiedział Jan Furtok. W kwietniu 2013 r. w wywiadzie dla portalu 11freudne.de stwierdził, że doradzałby Lewandowskiemu pozostanie w Dortmundzie.

 

Źródła: własne, 11freunde.de, futbolfejs.pl.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78
| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi