sobota, 14 kwietnia 2018
Łukasz Gikiewicz jeszcze piłkarzem, czy już turystą?

Odwiedzający egzotyczne (z polskiego punktu widzenia) ligi Łukasz Gikiewicz nazywany jest już „turystą”, a nie piłkarzem. A jakie jest jego zdanie?

Od momentu opuszczenia Śląsk Wrocław w niezbyt przyjemnych okolicznościach, po ujawnieniu, że Patrik Mraz przyszedł na trening „wczorajszy”, Gikiewicz gra w ligach, na które patrzy się z przymrużeniem oka. Najpierw była jednak przygoda z ligą, która więcej znaczy w Europie niż ekstraklasa, ale jest postrzegana jako „gorszy” sort. Mowa o lidze cypryjskiej. Sezon 2013/2014 „Giki” spędził w Omonii Lefkossias (22 ligowe mecze, 7 goli – rekord Gikiewicza w jednym ligowym sezonie). Wiosnę 2014 r. spędził w Kazachstanie, a dokładniej w Tobole Kostanaj (12/0). Wówczas Kazachstan była dla nas trzecim światem, ale wyeliminowanie Legii przez Astanę, zweryfikowało takie myślenie. Jesienią 2014 r. Gikiewicz wrócił na Cypr, a dokładniej do AEL Limassol (10/3). Kolejne dwie rundy, to kolejne dwa kluby, ale piłkarsko było tylko gorzej. Wiosnę 2015 r. polski napastnik spędził w Lewskim Sofia (6/2), a jesień 2015 r. w saudyjskim Al.-Wehda Club (8/0). Następnie 2016 rok spędził w lidze… tajskiej! Z punktu widzenia polskiego hejtera, ups…. kibica, to był już zjazd. Najpierw grał w Ratchaburi FC (13/1), z którym zdobył nawet krajowy puchar, a jesienią 2016 r. grał już dla BEC-Tero Sasana FC (8/3). Od wiosny 2017 r. występuje w jordańskim Al-Faisaly S.C. W pierwszym sezonie rozegrał 11 ligowych meczy i zdobył 5 bramek. Wywalczył z klubem mistrzostwo, puchar krajowy, superpuchar i niespodziewany finał Azjatyckiej Ligi Mistrzów. Dla Śląska wystąpił w 55 meczach w ekstraklasie, w których zdobył 9 bramek (średnia 0,16 bramki na mecz). Nieco lepiej szło mu na obczyźnie. W 90 ligowych meczach zdobył 21 bramek (średnia 0,23).

Gikiewicz_z_tygrysem

Źródło: weszlo.com.

Gikiewicz protestuje, gdy słyszy, że jest turystą, a nie piłkarzem. Komentując postrzeganie go jako piłkarza, którego zadowala gra w słabszych ligach wielokrotnie wyjaśniał, że przyjmował oferty, które były jedynymi w tamtym czasie. „Giki” zwraca uwagę, że piłkarz bez kontraktu czeka wyłącznie na telefon swojego menadżera, a gdy ten nie dzwoni piłkarz denerwuje się i chce po prostu grać. Niekiedy jest mu absolutnie wszystko jedno do jakiego klubu może trafić, byle tylko grać. Gikiewicz w wywiadzie dla weszlo.com powiedział: „(..) ludzie mówią, że marnuję karierę – chociaż w moim przypadku to bardziej przygoda – a nie wiedzą, że oferty, które przyjmowałem, to były jedyne opcje, jakie w danej chwili miałem. Byłem bardzo bliski podpisania kontraktu z Astrą Giurgiu czy Dynamem Drezno, praktycznie byłem dogadany też w Izraelu, ale rozsypywało się to na ostatniej prostej. A wtedy nie masz wielkiego wyboru, bierzesz to, co ci pozostało.”. Dodawał też: „zdaję sobie sprawę, że przede mną jeszcze trzy-cztery lata gry i chcę z tego okresu jak najwięcej wyciągnąć. (…) Korzystam z każdego dnia (…) ale ja bym nie umiał siedzieć! Ja chcę grać, mam już 29 lat. Dobrze się prowadzę, wszystko jest podporządkowane piłce, ale wiem, że czas ucieka. Już siwego włosa dzisiaj zobaczyłem na czubku głowy. Liczy się frajda. Nie będziemy grali do końca świata.”.

Gikiewicz zwracał uwagę, że ligi, w których grał, jak bułgarska, czy tajska są z założenia postrzegane jako słabe, ale nikt w Polsce ich nie ogląda i tak naprawdę nie wie, jaki jest w nich poziom. Kibice i komentatorzy ulegają stereotypom, a poziom ligi oceniają na podstawie poziomu gry reprezentacji. Odnosząc się do zwiedzania krajów, w których grał, „Giki” mówi prostu – korzystam z okazji i z tego, że jestem w danym miejscu.

Niejako w uzupełnieniu wywiadów Gikiewicza w zakresie „piłkarskiej turystyki” wypowiedział się Łukasz Skowron, były bramkarz Wisły Płock, Polonii Warszawa, Jagielloni Białystok, Arki Gdynia, zresztą także dla portalu weszlo.com. Wprawdzie Skworon nie ma takiego doświadczenia w grze w egzotycznych ligach, jak Gikiewicz, to jednak grał w lidze cypryjskiej (AEL Limassol), irlandzkiej (St Patrick’s Athletic) i drugiej lidze portugalskiej (SC Olhanense). Zwrócił on uwagę, że młodzi piłkarze chcą poznawać nowe kraje, nowych ludzi, trenerów i nowe spojrzenia na piłkę, zwłaszcza gdy przed nimi kariera średniaka.

Gikiewicz podróżuje po świecie, gra w egzotycznych (z polskiego punktu widzenia) ligach. Tak. Podróżuje, zwiedza, robi sobie fajne fotki, ale przede wszystkim cały czas gra. Nie jest to kariera na miarę Lewandowskiego, czy Milka, ale na miarę możliwości i szczęścia Łukasza Gikiewicza. To jest kariera „Gikiego” i przebiega w taki, a nie inny sposób. On sam nie narzeka i jest zadowolony. Do turysty jeszcze mu brakuje…

 

Źródła: własne, weszlo.com, 90minut.pl.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Nikola Eklemović – płocki wyrzut sumienia

Węgierski piłkarz ręczny Nikola Eklemović spędził w Wiśle Płock trzy sezony, i chociaż miał bogate i pełne sukcesów CV, to w Płocku będzie przykładem nieudanej polityki transferowej. Dlaczego?

Kariera reprezentacyjna

Nikola Eklemović urodził się 8 lutego 1978 roku w Belgradzie i z racji posiadania również obywatelstwa Jugosławii, może poszczycić się 14 rozegranymi spotkaniami i 35 zdobytymi bramkami dla reprezentacji Serbii. W 2008 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier. W 32 meczach rzucił 80 goli. Wziął udział w finałach Mistrzostw Europy 2010 w Austrii (14. miejsce) i Mistrzostw Świata 2011 w Szwecji (7. miejsce). Na jego nieszczęście Węgrzy zaczęli grać lepiej na kolejnych imprezach, na których Eklemović już nie występował – 4. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 r. i 8. miejsce na Mistrzostwach Świata w 2013 r. Na pocieszenie dla Węgra pozostaje fakt, że z juniorską kadrą Jugosławii zdobył srebrny medal Mistrzostw Europy. W licznych wywiadach podkreślał jednak, że Węgry stały się dla niego drugą ojczyzną i to w tym kraju został ukształtowany jako gracz.

Partizan, Crvena Zvezda i Pick Szeged

Karierę rozpoczynał w Partizanie Belgrad, z którego przeszedł w 1996 r. do lokalnego rywala – Crveny Zvezdy Belgrad. Tam wywalczył trzy tytuły mistrza Jugosławii (1997, 1998 i 1999) i raz wystąpił w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Jego dobre występy zaowocowały transferem do znacznie silniejszego Pick Szeged (Węgry), gdzie grał w latach 1999-2004. Spektakularnych sukcesów zabrakło, ale i tak Pick zdobył w tym czasie tylko trzy brązowe (1999, 2000, 2001) i trzy srebrne (2002, 2003, 2004) medale ligi węgierskiej. W europejskich pucharach grał w Pucharze EHF, Pucharze Zdobywców Pucharów i Lidze Mistrzów. W każdych rozgrywkach mógł pochwalić się awansem do ćwierćfinału.

MKB Veszprem – początek sukcesów

Decydującym momentem w jego karierze był 2004 r. i podpisanie kontraktu z absolutnym węgierskim dominatorem i europejskim potentatem, czyli MKB Veszprem. Eklemović występował w tym klubie przez siedem lat i wywalczył pięć tytułów mistrza Węgier (2005, 2006, 2008, 2009, 2010), cztery Puchary Węgier (2005, 2007, 2009, 2010). Do tego doszły sukcesy w europejskich pucharach w postaci zdobycia Pucharu Zdobywców Pucharów (2008) oraz półfinału (2006) i trzech ćwierćfinałów Ligi Mistrzów (2007, 2009, 2010). Chyba jedyne przykre zdarzenie podczas jego pobytu w Veszprem to śmierć kolegi z klubu – rumuńskiego obrotowego Mariana Cozmy na początku lutego 2009.

Orlen Wisła Płock – odcinanie kuponów od dawnej świetności

Pod koniec 2010 r. podpisał z Orlen Wisłą kontrakt obowiązujący od 1 lipca 2011 r. Przez połowę 2011 r., a więc do końca obowiązywania kontraktu na Węgrzech, grał niewiele i tłumaczył: „Działacze dali mi jasno do zrozumienia, że skoro podpisałem kontrakt w Wisłą, to nie jestem już potrzebny” (cyt. za sportowefakty.pl). Swoją decyzję o odejściu wyjaśniał następująco: „Grałem w Veszprem 7 lat i przyszedł czas na zmiany. Zmiana zawsze wymusza w człowieku impuls do rozwoju by być jeszcze lepszym (…) Po 12 latach spędzonych na Węgrzech szukałem nowej motywacji do gry. Znalazłem ją w Polsce, w drużynie z Płocka.” (cyt. za: sprwislaplock.pl).

W maju 2011 roku Eklemović wystąpił w Klubowych Mistrzostwa Świata (IHF Super Globe) w barwach klubu Al Sadd, będącego gospodarzem turnieju. Katarska drużyna zaprasza do swojego składu największe europejskie gwiazdy. Sezon przed Eklemovicem byli to Ivano Balić i Kiril Lazarov, co tylko świadczy jak wysoko ceniono jego umiejętności, mimo że przez kilka miesięcy grał niewiele.

W zespole mistrza Polski Eklemović zastąpił na środku rozegrania Vegarda Samdahla, z którym nie przedłużono kontraktu. Do Wisły przyszedł, jak sam podkreślał, by odnosić sukcesy, ale przez trzy kolejne sezony z Wisłą wywalczył po trzy wicemistrzostwa Polski i finały Pucharu Polski (2011, 2012, 2014) i dwa awanse do 1/8 finału Ligi Mistrzów (2012, 2014). W Polsce pojawił się jako znany, ceniony i doświadczony gracz mający za sobą dziesięć sezonów w Lidze Mistrzów, ale szybko okazało się, że trochę mu brakuje do dawnej świetności. Eklemowić zapowiadał, że chciałby grać najlepiej i chciałby „dać z siebie wszystko”, ale na zapowiedziach się skończyło.

Pierwszy sezon w Płocku 2011/2012 był sezonem rozpoznawczym. Eklemović wyróżniał się tylko trochę. Grał raczej przeciętnie, ale można to było tłumaczyć aklimatyzacją i nowymi warunkami. W sezonie 2012/2013 Eklemović nie grał na miarę oczekiwań, ale klub nie mógł się go pozbyć z uwagi na podpisany kontrakt. W. Osiński, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” napisał o nim na początku maja 2013 r., że podobnie jak będący w jego wieku Bostjan Kavas i Michał Kubisztal, raczej nie będzie lepszy niż dotychczas. Nowy trener „Nafciarzy” Manolo Cadenas wyraźnie dał do zrozumienia Węgrowi, że będzie co najwyżej zmiennikiem Nenadicia. To jednak Eklemovicia nie zraziło i mimo, że nie grał wiele, to został w Polsce. Trudno mu się dziwić, skoro miesięcznie inkasował 15 tys. euro miesięcznie!

Nikola_Eklemović_w_barwach_Wisły_Płock

Nikola Eklemović podczas przegranego z Vive Kielce finału Pucharu Polski w 2013 r. w Legionowie.

W sezonie 2013/2014 Węgier z reguły wchodził z ławki. Wystąpił w 24 meczach PGNiG Superligi i zdobył 26 bramek. W Lidze Mistrzów dołożył tylko 13 goli, ale portal sportowefakty.pl nie pozostawiał żadnych złudzeń co do przyszłości tego gracza wskazując, że: Piętą achillesową Wisły był brak playmakera z prawdziwego zdarzenia. Nikola Eklemović to już historia piłki ręcznej, Węgier rywali straszy głównie nazwiskiem, a mecze obserwuje najczęściej z perspektywy ławki rezerwowych..

Sentymentalna rywalizacja Wisły z Veszprem

Co ciekawe, w 1/8 finału Ligi Mistrzów Wisła spotkała się z byłym klubem Eklemovicia – MKB Veszprem. Eklemović dogorywając w Płocku otrzymał niepowtarzalną szansę, aby odwiedzić niezwykle ważne dla siebie miejsce. Przed rywalizacją obu klubów powiedział dla  plock.sport.pl: „Z tym klubem wiążą mnie miłe wspomnienia, osiągnąłem z nim wiele sukcesów. Tego się nie zapomina (…) Ten mecz będzie dla mnie wyjątkowym wydarzeniem. Fani Veszprem, podobnie jak nasi kibice potrafią stworzyć na trybunach fantastyczną atmosferę. Już nie mogę się doczekać.”. W pierwszym meczu Wisła wygrała u siebie 34:33 (16:16), a Eklemović rzucił trzy bramki. W rewanżu Węgrzy nie pozostawili jednak wątpliwości kto jest lepszy i wygrali 31:26 (16:11) awansując do ćwierćfinału. W rewanżu Eklemović rzucił dwa gole, a po spotkaniu powiedział m.in. „To było trochę dziwne grać w tej hali w zespole gości. Cieszę się, że zostałem bardzo ciepło przyjęty przez kibiców. Fani nie zapomnieli o wielu sukcesach, które odnosiłem w barwach Veszprem. Cieszę się i bardzo szanuję lokalnych kibiców.” (cyt. za eurosport.onet.pl).

Warto jeszcze dodać, że po podpisaniu kontraktu z „Nafciarzami” Eklemović powiedział m.in.: „Mogę powiedzieć, że Orlen Wisła jest w pełni profesjonalnym klubem, który można porównać z MKB Veszprem.” (cyt. za sprwislaplock.pl). Może ten profesjonalizm dostrzeżony już wtedy przez Eklemovicia zdecydował, że Płocczanie dostali od EHF „dziką kartę” uprawniającą do startu w Lidze Mistrzów i rozstawili ją w czwartym koszyku?

HC Minaur Baia Mare – rumuńskie zakończenie

Na początku sezonu 2013/2014 mówiło się, że Eklemović może zasilić szeregi Gaz-System Pogoni Szczecin, ale wydawało się mało prawdopodobne, że ten klub sprosta jego wymaganiom finansowym. Później pojawiły się spekulacje o podpisaniu kontraktu z jednym z macedońskich klubów grających w Lidze Mistrzów (HC Metalurg Skopje, HC Vardar Skopje), choć portal sportowe fakty.pl informował, że Eklemović dostał ofertę występów w Katarze.

Następnie głośno było o zainteresowaniu Eklemovicem ze strony duńskiego trenera Larsa Walthera, który latem przejął siódmą drużynę rumuńskiej ligi – HCM Minaur Baia Mare. Walther szukał wzmocnień przede wszystkim w Polsce i nawet namówił Eklemovicia na rekonesans. Wizyta i rozmowy na miejscu początkowo nie przekonały go do podpisania kontraktu. Eklemović liczył chyba na lepszą ofertę, ale taka nie przyszła i w końcu zdecydował się na Rumunię.

Eklemović grał w HCM przed dwa sezony. W tym czasie jego klub wywalczył mistrzostwo (2014) i wicemistrzostwo Rumunii (2015), dwa Puchary Rumunii (2014, 2015) i Superpuchar Rumunii (2014). Węgier powiększył listę swoich sukcesów i zakończył karierę, która wiodła go przez Serbię, Węgry, Polskę i Rumunię. Na pewno zabrakło występu w zachodnioeuropejskiej lidze, a zwłaszcza w Bundeslidze, ale przez pewien okres czasu Eklemović należał do czołowych graczy pozostałej części Europy.

Podsumowanie

Gdy Eklemović przychodził do Płocka w 2011 r. „Przegląd Sportowy” zauważał, że jeśli nie przyjechał odcinać kupony, jak Mirza Dżomba w Kielcach, to Wisła będzie miała z niego dużo pożytku. Niestety pożytku nie było, a Eklemović podpisał lukratywny kontrakt korzystając ze swojego bogatego CV i uznanego nazwiska. Eklemović jest dobrym przykładem nietrafionej polityki transferowej klubu z Płocka, któremu zdarzało się kontraktować na kilka sezonów uznanych zawodników, którzy już po kilku miesiącach byli do „odstrzału”.

 

Źródła: własne, eurohandball.com, sportowefakty.pl, sprwislaplock.pl, plock.sport.pl, mkb-mvmveszprem.hu, eurosport.onet.pl, handball-polska.pl, olympic.org, zprp.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, de.wikipedia.org, hu.wikipedia.org. „Skarb kibica. Piłka ręczna. PGNiG Superliga mężczyzn i kobiet. Sezon 2011/2012” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 3 września 2011 r., s. 7. W. Osiński, Akcja zakupowa, „Przegląd Sportowy” z dnia 9 maja 2013 r., s. 20. „Skarb kibica. Piłka ręczna. PGNiG Superliga mężczyzn i kobiet. Sezon 2013/2014” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 6 września 2013 r., s. 13.

sobota, 24 marca 2018
RB Lipsk pod ostrzałem

Niemiecki klub RB Lipsk jest ciągle krytykowany za to, że za jego istnieniem i sukcesami stoją pieniądze, a nie tradycja, historia i tożsamość. Jest krytykowany, choć przesadnie nie wydaje dostępnych mu pieniędzy.

RasenBallsport, bo taka jest oficjalna nazwa klubu, powstał w 2009 roku na bazie SSV Markranstädt i począwszy od Oberligi Nordost (piąty poziom rozgrywkowy) zanotował awans do Bundesligi, ale właściciele klubu stawiają sobie wyższe cele.

RB_Lipsk_-_przekreślony_herb

Źródło: rp-online.de.

Drużynie sponsorowanej przez Red Bulla zarzuca się, że nie ma tradycji. To prawda, ale czy to oznacza, że nie może już powstać żaden klub na świecie, bo nie ma tradycji? Absurd. Kibice innych klubów zarzucają RB Lipsk, że bez pieniędzy sponsora nie byłoby klubu i jego sukcesów, czyli kolejnych awansów. To też prawda, ale czym byłyby takie kluby, jak np. Real Madryt, Barcelona, czy Bayern Monachium – bez pieniędzy? Nikt nie ma przecież wątpliwości, że w zawodowym sporcie, nawet przy ogromnym talencie i umiejętnościach, bez pieniędzy trudno o poważny sukcesów. Kibice zżymają się jednak, gdy patrzą na PSG, Chelsea, czy Manchester City zasilane obrzydliwie dużymi kwotami pieniędzy, które psują piłkarski rynek i rozpieszczają piłkarskie gwiazdy. Wprawdzie wymienione trzy kluby mają historię, tradycję, tożsamość i szacunek wielu fanów, to niesmak budzi wspieranie ich mocno przesadzonymi pieniędzmi. Czy tak samo funkcjonuje RB Lipsk?

Zdecydowanie nie! Nieograniczone możliwości finansowe sponsora i właściciela klubu nie oznaczają, że do Lipska sprowadzane są gwiazdy światowego formatu, jak do wspomnianych wcześniej trzech klubów. Wręcz przeciwnie! W Lipsku trudno szukać znanych nazwisk, to raczej gra w Lipsku sprawia, że piłkarze pracują na swoje nazwisko. Co, więcej klub mocno postawił na współpracę z młodzieżą, co zdecydowanie można pochwalić. Zdarzało się, że na poziomie 3. Bundesligi, czy później 2. Bundesligi Lipsk, a właściwie Red Bull wydawał ogromne kwoty na mało znanych piłkarzy, ale zawsze łączyło ich to, że w opinii władz RB zaliczali się do grona młodych, zdolnych… W Lipsku bowiem postawiono na budowę solidnych fundamentów, dlatego zainwestowano w akademię i skauting.

Część klubów Bundesligi ma problemy w wysupłaniem kilku milionów euro na zakup piłkarza, a tymczasem RB przeprowadziło w swojej historii aż siedem transferów za minimum 10 mln euro. W odwrotnym kierunku przeprowadzono tylko dwa takie transfery, ale na Gwinejczyku Naby Keicie klub zarobił na czysto 41 mln euro. Keita został ściągnięty z RB Salzburg za 24 mln euro, a odszedł do Liverpoolu za 65 mln euro! Rozrzutności jednak nie było.

RB_LIpsk_-_transparent

Źródło: der-betze-brennt.de.

RB Lipsk jest dalekie od typowego modelu klubu, którego właścicielem staje się potwornie bogaty podmiot. Zachłyśnięcie dopływem gotówki następuje szybko, ale RB wyłamuje się z tego schematu. Docenić trzeba, że swój awans do niemieckiej elity RB wywalczyło na boisku, a nie poprzez kupienie licencji od upadającego lub bankrutującego klubu. Co więcej, w Lipsku mogli ściągnąć wielu znanych piłkarzy (podobnie jak robią to siostrzane kluby spod znaku „Czerwonego Byka” z Salzburga i Nowego Jorku. Nie robią jednak tego, a pieniądze są wydatkowane naprawdę rozsądnie.

Dzięki pieniądzom Red Bulla zdecydowanie ożywiona zostanie wschodnioniemiecka piłka. Poważnym problemem dla DFB jest znaczna dysproporcja dysproporcja między klubami zachodnioniemieckimi i wschodnioniemieckimi. W Bundeslidze, po zjednoczeniu Niemiec grały tylko cztery kluby ze wschodnich Niemiec (Hansa Rostock, Energie Cottbus, Dynami Drezno i VfB Lipsk), a po raz ostatni w… 2009 roku!

Trudno oprzeć się wrażeniu, że krytyka skierowana do RB Lipsk jest trochę z zazdrości, trochę dla zasady, a trochę z obawy, że na horyzoncie pojawił się trudny rywal.

 

Źródła: własne, weszlo.com, sportowefakty.wp.pl, pl.wikipedia.org, de.wikipedia.org, transfermarkt.de, rp-online.de,  der-betze-brennt.de. „Skarb kibica. Liga niemiecka 2016/17” – dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 26 sierpnia 2016 r., s. 4 i 48-49.

piątek, 02 lutego 2018
Wierczuk miał być pierwszym Polakiem w F1

Robert Kubica został pierwszym Polakiem, który wystartował w Formule 1, ale mało kto pamięta, że na jego poprzednika kreowano Jarosława Wierczuka.

Warto zauważyć, że pierwszym Polakiem, który prowadził bolid F1 był Andrzej Jaroszewicz, syn Piotra Jaroszewicza, w latach 1970-1980 premiera PRL-u. W 1977 Jaroszewicz jeździł po torze w Poznaniu bolidem Jody Schecktera (RPA) z kanadyjskiego zespołu Wolf. Jaroszewicz, prywatnie był przyjacielem szefa teamu, Waltera Wolfa.

Andrzej Jaroszewicz na torze w Poznaniu w bolidzie zespołu Wolf (1977 r.).

Źródło: myf1dream.blox.pl.

Początki

Jarosław Wierczuk pochodzi z Warszawy. Karierę chciał zacząć już w wieku dziesięciu lat, ale rodzice uznali, że wyścigi gokartów to zbyt niebezpieczne hobby. Zgodzili się dopiero, gdy Wierczuk miał piętnaście lat i zaczął jeździć w klubie Nowi Kielce. W kartingu zadebiutował w 1991 r. Sam Wierczuk mówi: „na torze w Skwierzynie, chyba w 1991 roku zdawałem egzamin na licencję kartingową” (cyt. za: gazetalubuska.pl). Trzy lata po pierwszym treningu zdobył tytuł mistrza Polski w zespole Formuły Ford 125 i zakwalifikował się do testów w zespole Formuły Ford w Solden. Próba powiodła się, ale zamiast do Formuły Ford, która Wierczuka nie interesowała, trafił do Formuły 3. Przeniósł się wówczas do Automobilklubu Wielkopolskiego i został jednym z dwóch kierowców pierwszej profesjonalnej ekipy wyścigowej – GPF Motorsport. W 1995 r. wygrał większość wyścigów w mistrzostwach Polski F-3/2000 oraz mistrzostwach Europy Strefy Centralnej skupiającej kierowców z Czech, Słowacji, Węgier, Chorwacji, Austrii i Polski. „Przegląd Sportowy” informował, że Wierczuk wystartował w dwóch eliminacjach mistrzostw Niemiec w klasie B (dwa ósme miejsca) i wygrał Puchar ADAC na torze Hockenheim.

„Testy” w ekipie Forti

Pod koniec 1995 niespełna dziewiętnastoletni Wierczuk wziął udział w „testach” w bolidzie włoskiej ekipy Formuły 1 – Forti (Ford). „Testy” odbyły się na niewielkim torze Autodromo Magione koło Perugii. Wierczuk mówił, że otrzymał zaproszenie na testy, wypadł dobrze i został zaproszony na kolejne testy: „Chyba nie wypadłem źle, skoro szef teamu Guido Forti zaprosił mnie na następne jazdy w styczniu do Barcelony”. (cyt. za: „Auto Świat”). Forti wypowiedział się oficjalnie bardzo dyplomatycznie: „ten chłopak ma zadatki na dobrego kierowcę” (cyt. za: „Auto Świat”). Warto dodać, że „Wraz z nim jeździli trzej Włosi: Andrea Montermini, Giovanni Lavaggi i Vittorio Zoboli, z których dwa pierwsi już startowali w mistrzostwach świata.” (cyt. za: „Auto Świat”).

„Auto Świat” informował jednak, że jazdy testowe odbyły się dzięki staraniom Krzysztofa Woźniaka, który był trenerem Wierczuka i założycielem poznańskiej Fundacji Grand Prix mającej na celu wypromowanie polskiego kierowcy do F1. Menadżerem Wierczuka był Tytus Jakubowski, który postarał się o sponsorów – koncern ESSO i firma komputerowa ILC.

Wierczuk_na_testach_w_Forti

Jarosław Wierczuk na „testach” w ekipie Forti.

Źródło: karolak.info.pl.

Trochę inaczej „testy” Wierczuka przedstawia na swoim blogu dobrze zorientowany red. Mikołaj Sokół: „Jesienią 1995 roku w ramach „programu zbierania funduszy” zespół Forti udostępniał różnym zawodnikom dni testowe na włoskich torach. Jednym z takich kierowców był Jarosław Wierczuk – określany w połowie lat 90. przez niektórych rodzimych dziennikarzy mianem „polskiej nadziei na Formułę 1”. Jednak nie pomógł mu nawet patronat ówczesnego prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego: Wierczuk z mizernymi wynikami startował m.in. w niemieckiej F3, włoskiej F3000 oraz Formule Nippon, a jedynym kontaktem z F1 pozostał króciutki test na obiekcie Magione, liczącym zaledwie 2,5 kilometra długości. Niektórzy moi starsi koledzy po fachu utrzymują, że polski kierowca faktycznie jeździł po Magione za kierownicą Forti FG01, ale miałem kiedyś okazję do krótkiej pogawędki z jednym z dawnych pracowników włoskiej ekipy. W odpowiedzi na pytanie o zawodnika z Polski, który kiedyś testował z Forti, usłyszałem, że zespół był bardzo zadowolony z tej krótkiej współpracy: za możliwość posadzenia kierowcy w kokpicie i zrobienia mu kilku zdjęć „za kierownicą”, szef otrzymał reklamówkę wypchaną banknotami. W sytuacji Guido Fortiego każdy papierek z nawet minimalną liczbą zer był na wagę złota. Zespół Guido Fortiego uznawany był za ostatnią typowo „garażową” ekipę w Formule 1: organizację napędzaną właściwie czystą pasją właściciela i pracowników, pozbawioną wsparcia dużych i zamożnych partnerów.” (cyt. za: sokolimokiem.com).

1996-1997 starty w niemieckiej Formule 3

Kolejnym przystankiem w karierze Wierczuka była Formuła 3, która uchodzi za przedsionek do Formuły 1. Z niemieckiej F3 do F1 awansowali tacy kierowcy jak np. Bernd Schneider, Michael Schumacher, Joachim Winkelhock, Karl Wendlinger, Pedro Lamy, Jos Verstappen, czy Ralf Schumacher. Z włoskiej F3 promocję do F1 uzyskał np. Jacques Villeneuve.

Jakie było moje zdziwienie, gdy z dużymi oczekiwaniami i nastawieniem na dobre występy Wierczuka zasiadłem przed telewizorem, aby obejrzeć jeden z wyścigów F3 na kanale DSF. Okazało się, że polski kandydat do startów w Formule 1 planował się w drugiej części stawki, a miejsce jedenaste było sukcesem.

W 1996 r. Wierczuk startował w austriackim zespole Franz Wöss Racing najpierw bolidem Dallara 394 z silnikiem Fiata, a później Dallarą 393 z silnikiem Opla. Ostatnie dwa wyścigi pojechał w barwach greckiego zespołu Tokmakidis Motorsport Dallarą 395 z silnikiem Opla. W tym sezonie rywalizował m.in. z późniejszymi kierowcami F1 – Jarno Trullim (Włochy) i Nickiem Heidfeldem (Niemcy). Na torze Hockenheim był 17. a drugiego wyścigu nie ukończył. Na Nuerburgringu był. 19 i dwukrotnie nie ukończył, ale został sklasyfikowany na 24. i 22. miejscu. Na torze Norisring dwukrotnie nie zakwalifikował się do wyścigu. Na torze Diepholz Airfield Circus nie ukończył i był 21. Ponownie na Nuerburgringu był 20. i 18. Wizyty na francuskim torze Magny-Cours też nie będzie wspominał najlepiej, bo pierwszego wyścigu nie ukończył, a w drugim był 16. Ostatnią rundę (już w greckim teamie) na Hockenheim też popsul. W pierwszym wyścigu był 15. a drugiego nie ukończył.

Wierczuk nie zdobył żadnego punktu, a punktowała tylko pierwsza „dziesiątka”. Kierowców, którzy zdobyli co najmniej jeden punkt było aż dwudziestu pięciu! Na pocieszenie pozostało Wierczukowi 8. miejsce w klasie „B”.

W sezonie 1997 Wierczuk startował w niemieckim zespole Josef Kaufmann Racing, choć w październiku 1996 „Rzeczpospolita” informowała na swojej stronie internetowej, ze Wierczuk „W Warszawie podpisał umowę z grupą Tokmakidis Motorsport.”. W niemieckim zespole Wierczuk stratował za kierownicą bolidu Martini MK 73-Opel jako jeden z dwóch zawodników w całej stawce. Tyle tylko, że Niemiec Wolf Henzler walczył o czołowe pozycje, a Wierczuk raczej statystował. Polak nie startował w całym cyklu, ponieważ w trakcie sezonu rozstał się z zespołem Josefa Kaufmanna. Współpraca nie układała się, właściciel zespołu miał sporo uwag do Polaka i chyba chodziło też o brak sponsora. Na części w wyścigów Wierczuk startował z reklamą margaryny „Kama”. W ostatniej eliminacji składającej się z dwóch wyścigów startował w czeskim zespole TKF Racing (należącym do Tomasza Karhanka) za kierownicą Dallary 396/022 z silnikiem Opla. Wierczuk w sezonie 1997 ścigał się z późniejszymi kierowcami F1, jak Nick Heidfeld czy Tomas Enge (Czechy).

Na torze Hockenheim w pierwszym wyścigu był 14., a w drugim nie wystartował. Na Nuerburgringu w kwalifikacjach był 17., a w wyścigach 12. i 11. Na torze Sachsenring w kwalifikacjach był 15., a w wyścigach nie ukończył, ale został sklasyfikowany na 19. i 13. Na torze Norisring w kwalifikacjach był 20, co oznaczało ostatnie pole startowe w wyścigach, które jednak ukończył na 13. i 12. miejscu. Na torze Wunstorf w kwalifikacjach był 19., a w wyścigach 13. (Marcin Biernacki junior w debiucie był 11.) i nie ukończył.

W międzyczasie Wierczuk nie zakwalifikował się do Marlboro Masters na holenderskim torze w Zandvoort. W wyścigu kwalifikacyjnym zajął 9. miejsce, co dało mu 37. pozycję w zawodach. Z tego wyścigu promocję do głównej rywalizacji zdobywała tylko czołowa „czwórka”.

Wierczuk narzekał, że po przejściu do teamu nowego kierowcy – Steffena Widmanna jego sytuacja pogorszyła się, bo jeździł ubiegłorocznym Martini Henzlera, a zamówiony nowy samochód otrzymał Widmann. Poza tym, nie otrzymał możliwości przetestowania opon, a specjalista od elektroniki współpracował wyłącznie z Widmannem.

Wracając do niemieckiej Formuły 3, to na torze Zweibruecken w kwalifikacjach był 20., a w wyścigach 19. (17. – pl.wikipedia.org za formelguide.com) i 15. Na Salzburgringu w kwalifikacjach był 16., a w wyścigach dwukrotnie 16. W Lahr/Schwarzwald – nie startował, bo rozstał się z Kaufamannem. Ostatnie runda składająca się z dwóch wyścigów na Nurburgringu był debiutem Wierczuka w TKF Racing. Startował jako zawodnik klasy „B” (wcześniej jako zawodnik klasy „A) i zajął 15. i 19. miejsce, choć drugiego nie ukończył.

Podobnie jak w pierwszym sezonie Wierczuk nie zdobył punktu, choć startował znacznie, znacznie lepiej. Najlepsze miejsce w kwalifikacjach to 15., a w wyścigu 11. Poza tym, dwukrotnie był 12. i 13. To wszystko działo się w pierwszej części sezonu, a później współpraca z Kaufmannem pogorszyła się, opuścił jedną eliminację i startował na koniec dla TKF.

Niemniej jednak podobnie jak w 1996 r. Wierczuk nie zdobył punktu w przeciwieństwie do… dwudziestu jeden kierowców. W klasyfikacji Formel 3 Trophy (to chyba klasa „B”) zajął 6. miejsce (inny Polak Marcin Biernacki był 4.).

1998 - ?

Nie wiem co działo się z Wierczukiem w 1998 r. i trudno znaleźć informacje na ten temat. Wszystko wskazuje na to, że w Niemczech nie startował.

1999 – włoska Formuła 3000

Wierczuk wystartował w pierwszy sezon w historii tej serii zwanej także Campionato d’Italia F3000. Za kierownicą bolidu Lola T96/50 zespołu Durango w czerwcu 1999 w ramach przygotowań do sezonu - na torze Vallelunga uzyskał najlepszy czas, a na Monzy szósty i uległ wypadkowi.

W siedmiu wyścigach nie zdobył ani jednego punktu, tzn. ani razu nie zajął miejsca w pierwszej „szóstce”. W całym sezonie co najmniej jeden punkt zdobyło… 19 kierowców.

Wierczuk_w_Formule_Nippon

Jarosław Wierczuk przed startem wyścigu w Formule Nippon.

Źródło: gazetalubuska.pl.

2000-2001 Formuła Nippon

W latach 2000-2001 Wierczuk ścigał się w Formule Nippon w Japonii. Po pierwszym sezonie zrezygnował z kontynuowania startów w dotychczasowym teamie z powodu faworyzowania drugiego kierowcy i brak możliwości osiągnięcia dobrych wyników. W drugim sezonie sytuacja powtórzyła się. Portal Rzeczypospolitej (rp.pl) informował wówczas: „Teraz wysiłki jego manegerów skoncentrowały się na zorganizowaniu testów w jednym z teamów F1. Agencja Weber Managment, która opiekuje się sprawami Wierczuka jest bliska podpisania stosownej umowy, ale potrzebna jest do tego spora ilość pieniędzy. W tej chwili trwają negocjacje ze sponsorami, którzy byliby w stanie wyłożyć sumę około miliona dolarów.”. Do testów ostatecznie nie doszło.

Koniec kariery

Prawdopodobnie w 2002 r. Wierczuk zdecydował się na zakończenie kariery. Swoją decyzję uzasadniał następująco: „To był proces, do którego kulminacji doprowadziła powiększająca się frustracja. Nie była ona jednak spowodowana stroną sportową, lecz wynikała z zawiłości rozmów sponsorskich. Każdy kolejny sezon, przy aktywnym rozwoju kariery to znacznie wyższe koszty.” (cyt. za: motorsportgp.pl).

Po zakończeniu kariery sportowej

Wierczuk po zakończeniu sportowej rywalizacji jest bardzo aktywny. Po pierwsze, zadbał o wykształcenie i w 2001 r. skończył studia na warszawskiej Wydziale Zarządzania Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu. Po drugie, zadbał o utrzymanie rodziny i został przedsiębiorcą z branży rolniczej. Razem z ojcem prowadzą firmę Agrojar. Po trzecie, po zbudowaniu takich fundamentów mógł spróbować się w innej działalności. „W 2004 r. wstąpił do Samoobrony RP. Kandydował do europarlamentu z okręgu lubusko-zachodniopomorskiego, lecz nie zdobył mandatu (dostał ponad 18,5 tys. głosów). Ostatecznie odszedł z partii i wycofał się z polityki.” (cyt. za: gazetalubuska.pl).

Poza tym, oczywiście pozostał przy motosporcie, ale w różnych rolach. Szerszej publiczności jest znany jako komentator stacji telewizyjnych i felietonista, ale więcej wniósł do polskiego sportu motorowego przez założenie Fundacji Wierczuk Race Promotion, której jest prezesem. Celem fundacji jest wspieranie młodych, zdolnych zawodników. Fundacja wspierała takich kartingowców jak Michał Grzyb i Karol Nasz. Fundacja wspiera też Uczniowski Klub Sportowy Moto-Kart ze Skwierzyny. Wierczuk doprowadził do wybudowania Tor kartingowy w Strzelcach Klasztornych koło Strzelcy Krajeńskich w woj. lubuskim (niedaleko Skwierzyny). Tam też znajduje się siedziba Agrojaru.

 

Źródła: własne, wyscigi.autoklub.pl, rp.pl, motorsportgp.pl, myf1dream.blox.pl, sokolimokiem.com, karolak.info.pl, gazetalubuska.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, de.wikipedia.org. JaŚ, Nierówne Martini, Auto Sport nr 3, lipiec 1997, s. 65. Andrzej Tarnawski, Mały Winnetou, Auto Sport, nr 4, sierpień 1997, s. 64. Andrzej Tarnawski, Numer ze Schwagerem, Auto Sport, nr 4, sierpień 1997, s. 65. JaŚ, Mamy dwóch!, Auto Sport, nr 5, wrzesień 1997, s. 35. Janusz Śmiłowski, Tom od Webera, Auto Sport, nr 5, wrzesień 1997, s. 36-37. Andrzej Tarnawski, Klasa B też potrafi, Auto Sport, nr 6, październik 1997, s. 40. JaŚ, Szczęście w nieszczęściu, Auto Sport, nr 6, październik 1997, s. 41. Wypadek Wierczuka, Auto Sport, nr 6 (25), czerwiec 1999, s. 7. AN, Inaczej niż wszyscy, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania. Polak w Formule?, Bravo Sport, brak numeru i daty wydania. A. Martynkin, Trening w Formule 1, „Auto Świat:, brak numeru i daty wydania.

23:48, martinez-4ever , Formuła 1
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 stycznia 2018
Ostatnia porażka

W środę 10 sierpnia 2016 r. Górnik Zabrze wyeliminował Legię Warszawa z Pucharu Polski. Górnik wygrał 3:2 po dogrywce, choć do przerwy przegrywał 0:2. Wynik meczu był niespodzianką, bo Legia przystępowała do niego jako obrońca trofeum i mistrz Polski, a Górnik reprezentował I ligę po degradacji z ekstraklasy. Co więcej, legioniści przegrali w roku obchodów stulecia powstania klubu. Poza tym porażka w Pucharze Polski przyszła po ponad dwóch i pół roku.

Poprzedni mecz w Pucharze Polski Legia przegrała 965 dni wcześniej. 18 grudnia 2013 r. Legia przegrała w 1/8 finału Pucharu Polski w wyjazdowym meczu z… Górnikiem Zabrze (1:3). Tyle tylko, że wtedy Legia była liderem ekstraklasy, a Górnik wiceliderem. Ówczesny trener legionistów – Jan Urban nie za bardzo przejął się porażką, a kilka dni później nie był już trenerem Legii. Zastąpił go Henning Berg, który w kolejnym sezonie sięgnął po Puchar Polski, podobnie zresztą jak jego następca, czyli Stanisław Czerczesow. W tym czasie Legia rozegrała 14 meczy, z których 12 wygrała (w tym jeden po dogrywce), 2 zremisowała i osiągnęła bilans bramkowy 36:9.

2016.08.10_Górnik_-_Legia_3:2_PP

Źródło: legia.net.

Co ciekawe, ówczesny Prezes Legii – Bogusław Leśnodorski jeszcze w sezonie 2015/2016 udzielił takiej wypowiedzi: „W przyszłym sezonie możemy zmienić podejście do rozgrywek Pucharu Polski. Chodzi mi zwłaszcza o rundę jesienną, kiedy będziemy grali w europejskich pucharach. Nie mówię, że zlekceważymy te rozgrywki, ale bardzo możliwe jest, że zmienimy priorytety.” (oba cytaty za: sport.pl). Tak się jednak nie stało i Legia wystąpiła w Zabrzu w najmocniejszym zestawieniu, ale drużyna prowadzona przez Besnika Hasiego grała fatalnie.

Nieco wcześniej Legia popisała się jeszcze lepszą serią, gdy była niepokonana w Pucharze Polski przez cztery lata (!). W sezonie 2009/2010 Legia przegrała w pierwszym meczu ćwierćfinałowym z Ruchem Chorzów 0:1. Następnie Legia wygrała mecz rewanżowy 2:1 po dogrywce i odpadła, a później sięgnęła po trzy Puchary Polski (dwa z Maciejem Skorżą i jeden z Janem Urbanem). W tym czasie Legia rozegrała 22 mecze, z których 18 wygrała (w tym jeden po dogrywce), 4 zremisowała i osiągnęła bilans bramkowy 48:12. Legia przegrała dopiero 8 maja 2013 r., gdy w rewanżowym meczu finałowym uległa 0:1 Śląskowi Wrocław. Sięgnęła jednak po trofeum, bo na wyjeździe wygrała 2:0. Porażki z Ruchem i Śląskiem dzieliło… 1513 dni.

W sezonie 2017/2018 Legia buduje swoją nową serię meczów bez porażki. Wygrała cztery mecze z bilansem bramkowym 15:4. W półfinale zmierzy się z… Górnikiem Zabrze, a historia lubi się powtarzać…

 

Źródło: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, infor.pl, legia.net. „Przegląd Sportowy” z dnia 4 maja 2016 r., s. 3.

czwartek, 25 stycznia 2018
„Eksperci” część 10 – Andrzej Niedzielan nie wykazał pokory i został „ukarany”

Przed meczem X kolejki Ekstraklasy 2010/2011 Korona Kielce - Legia Warszawa, piłkarz gospodarzy Andrzej Niedzielan powiedział, że „Legia jest słaba”. Ówczesny lider klasyfikacji strzelców, reprezentujący ówczesnego wicelidera Ekstraklasy, chyba nie spodziewał się, że wypowiedział te słowa w złą godzinę.

Wypowiedź Niedzielana musiała zdziwić, ale nie dlatego, że chodziło o Legię, tylko dlatego, że rzadko się zdarza, aby piłkarze jednej drużyny negatywnie oceniali piłkarzy innej drużyny. Z reguły, gdy dochodzi do meczu zdecydowanego lidera z absolutnym outsiderem, który notuje dłuuuuugą serię porażek, albo co najmniej meczów bez zwycięstwa, słyszymy: „patrzymy na siebie”, „nie oglądamy się na innych”, „statystyki nie grają”, „rywal ma swoje problemy, a my swoje”, „to będzie trudny mecz”, a w przypadku meczów wyjazdowych – oklepane „gramy na trudnym terenie”. Szczytem pewności siebie wydają się wypowiedzi: „gramy o trzy punkty” albo „wygramy!”. Przytoczone powiedzenia wynikają z kurtuazji, wzajemnego szacunku, swego rodzaju solidarności zawodowej i obawy narażenia się na śmieszność w przypadku niepowodzenia. Niektórzy piłkarze mają świadomość, że „każda seria kiedyś się kończy” i że „kiedyś musi przyjść przełamanie”, dlatego wolą ugryźć się w język i zachować dla siebie to, co naprawdę myślą. Zresztą niektórzy mówią, że „piłkarze są od grania, a nie od gadania”. Zdarzają się negatywne oceny rywali, ale stanowią one margines i wielokrotnie są związane z konfliktami między poszczególnymi piłkarzami albo negatywnymi doświadczeniami piłkarza z danym klubem. Najwidoczniej Andrzej Niedzielan w tamtym czasie zapomniał o tym.

Co przyświecało „Wtorkowi”, gdy wygłaszał taką, a nie inną opinię o Legii? Trudno do końca powiedzieć. W tamtym czasie Legia rzeczywiście grała zdecydowanie poniżej oczekiwań, a „truskawkowy zaciąg” i nowy stadion wcale jej nie pomagał. Po dziewięciu kolejkach Legia zajmowała 8. miejsce z dwunastoma punktami (4 zwycięstwa, 5 porażek, bramki 7:13). Korona grała rewelacyjne i był wiceliderem z dorobkiem dwudziestu punktów (6 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka, bramki 15:8) i stratą zaledwie dwóch punktów do Jagiellonii Białystok. Duża w tym zasługa samego Niedzielana, który w dziewięciu meczach ligowych zdobył osiem goli. Początek sezonu „Wtorek” miał rewelacyjny i w każdym z pierwszych sześciu meczy strzelał co najmniej jedną bramkę (łącznie zdobył siedem goli). W dziewiątej kolejce doznał jednak kontuzji i nie mógł zagrać przeciwko Legii. Niedzielan czuł się pewnie, a po takim starcie sezonu, to nie może dziwić. Oceniając Legią musiał być też przekonany o sile Korony.

A.Niedzielan_(Korona_Kielce)_2010/2011

Andrzej Niedzielan w barwach Korony Kielce w sezonie 2010/2011.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Wypowiedź Niedzielana była jednak także emocjonalna. Trudno nie zapomnieć, że kilka lat wcześniej w meczu na stadionie przy Łazienkowskiej, Niedzielan walcząc o piłkę kopnął Artura Boruca, który powalił go na ziemię. Po zakończeniu meczu, piłkarze Groclinu Grodzisk Wielkopolski świętowali zwycięstwo 2:0, ubliżając gospodarzom, co doprowadziło do przepychanek między piłkarzami. Wydaje się, że ten mecz pozostał w pamięci Niedzielana, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, aby wbić szpilę legionistom, po prostu zrobił to.

Niedzielan został jednak ukarany za swój brak pokory bardzo boleśnie. Korona przegrała z Legią aż 1:4, a przecież Legia (zdaniem Niedzielana) była słaba. Faktem jest, że gościom pomogła czerwona kartka Zbigniewa Małkowskiego, ale nie jest winą legionistów, że Małkowski sfaulował Radovicia w sytuacji „sam na sam”. Ostatecznie sezon 2010/2011 Legia, mimo fatalnego początku sezonu, ukończyła na 3. miejscu z dorobkiem 49 punktów (15 zwycięstw, 4 remisy, 11 porażek, bramki 45:38) i Pucharem Polski. Korona zajęła odległe 13. miejsce z 37 punktami (10 zwycięstw, 7 remisów, 13 porażek, bramki 34:48), co oznacza, że od meczu z Legią w 21 ligowych meczach Korona odniosła tylko… 4 zwycięstwa. Co więcej, od słów Niedzielana, że „Legia jest słabalegioniści zdobyli od koroniarzy o 20 punktów więcej. „Wtorkowi” też się nie wiodło. Po wyleczeniu kontuzji wystąpił w szesnastu ligowych meczach, w których zdobył tylko cztery bramki, w tym jedną z rzutu karnego. Dwanaście goli dało Niedzielanowi wraz z Abdoulem Razackiem Traore tytuł wicekróla strzelców, za Tomaszek Frankowskim, który zdobył o dwie bramki więcej.

Niedzielan mógł osobiście potwierdzić, że „Legia jest słaba”. W maju 2011 r. oba kluby spotkały się przy pustych trybunach stadionu przy Łazienkowskiej (skutek zamieszek po bydgoskim finale Pucharu Polski). Korona choć prowadziła 1:0, to przegrała 1:3, a Niedzielan nie wyróżnił się niczym nadzwyczajnym.

Czasami warto zastanowić się nad oceną najbliższego rywala.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, przegladsportowy.pl.

piątek, 01 grudnia 2017
Jugosłowiański Lech

Trener Franciszek Smuda oparł grę poznańskiego Lecha w sezonie 2008/2009 na obcokrajowcach uzupełniając ich bardzo dobrymi polskimi piłkarzami. Większość wśród poznańskich obcokrajowców stanowili piłkarze wywodzący się z krajów byłej Jugosławii.

Na jesieni 2008 r. w meczach ligowych Lecha wystąpiło pięciu piłkarzy z byłej Jugosławii – Ivan Turina (Chorwacja), Ivan Durdević (Serbia), Zlatko Tanevski (Macedonia), Dmitrije Injać (Serbia) i Semir Stilić (Bośnia i Hercegowina). Do tego dochodzą czterej obcokrajowcy z innych państw: Manuel Arboleda (Kolumbia), Luis Henriquez (Panama), Anderson Cueto i Hernan Rengifo (obaj Peru). Spośród 21 piłkarzy, którzy jesienią zagrali w Ekstraklasie w barwach Lecha tylko dwunastu stanowili Polacy a resztę obcokrajowcy.

Djurdjević_Injać_i_Golik_w_Lechu

Piłkarze z państw byłej Jugosławii w barwach Lecha – Djurdjević, Injać i Golik.

Źródło: igol.pl.

Zimą Lech pozyskał czterech kolejnych graczy z krajów byłej Jugosławii: Chorwata Gordana Golika i trzech Bośniaków: Jasmina Buricia, Harisa Handżica i Fenena Salcinovica, którego wypożyczył do końca sezonu do norweskiego Sandefjord Fotball. A dodać należy, że wśród testowanych piłkarzy był Serb Miodrag Stosić i Brazylijczyk Carlom Mendes „Cadu”. Trener Smuda z dużym dystansem wypowiadał się o nowych nabytkach Lecha wskazując, że to „melodia przyszłości” a nie piłkarze, którzy są w stanie skutecznie rywalizować miejsce w składzie. W ten sposób Franz zasugerował, że miał niewielki wpływ na transfery, o których decydują działacze. Złośliwi przypomnieli jednak, że o Stilicu też wypowiadał się negatywnie. Smuda mówił wtedy, że kupiono kota w worku a on nie miał możliwości sprawdzenia tego piłkarza. Później zmienił jednak zdanie.

Lech w jugosłowiańskim wydaniu sprawdził się, a zwłaszcza czwórka piłkarzy – Burić, Djurdjević, Injac i Stilić. Fotel lidera po jesiennych rozgrywkach ekstraklasy i awans do fazy grupowej, a następnie 1/16 finału Pucharu UEFA potwierdziły, że dobranie akurat tych piłkarzy było właściwe.

Ostatecznie Lech w sezonie 2008/2009 wywalczył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. W kolejnym sezonie pod wodzą Jacka Zielińskiego, Lech sięgnął po Superpuchar i mistrzostwo Polski, a także awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Został zwolniony w listopadzie 2010 r., a jego dzieło (w tym awans do 1/16 finału Ligi Europy) kontynuował Jose Maria Bakero. Kluczowymi piłkarzami Lecha w tym czasie byli oczywiście „Jugole” – Djurdjević, Injać i Stilić.

Lech_przed_meczem_z_MC_listopad_2010

Listopad 2010 r. Lech przed historycznym meczem z Manchesterem City (3:1). W składzie ośmiu obcokrajowców (a w tym Burić, Djurdjević, Injać i Stilić) i tylko trzech Polaków (Bosacki, Peszko i Kikut).

Źródło: onet.pl.

Jak to było w innych klubach?

Kierunek jugosłowiański już kiedyś odniósł w Polsce sukces. W 2002 r. warszawska Legia prowadzona przez Serba Drogomira Okukę sięgnęła po Mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Kluczowymi piłkarzami tego klubu byli wówczas Aleksandar Vuković i Stanko Svitlica. Na ławce siedział Macedończyk Marjan Gierasimovski a w rezerwach kolejny Serb – Goran Njamculović.

Z kolei brazylijska przygoda Legii nie była dobrym rozwiązaniem, co potwierdził sezon 2006/2007 (Elton, Junior i Hugo Alcantara) a jedynie Edison i Roger potwierdzili swoją klasę. Podobnie nienajlepszą okazała się hiszpańska opcja firmowana przez Mirosława Trzeciaka i Jana Urbana. Mikel Arruabarena, Inaki Descarga, Balbino i Tito zawiedli. Jedynie Inaki Astiz okazał się wzmocnieniem klubu na lata.

Do historii przejdzie jednak przede wszystkim „Brasiliana” Antoniego Ptaka, która w sezonie 2006/2007 spuściła szczecińską Pogoń do I ligi (wtedy II ligi). Całego zastępu obcokrajowców tyle, że w Widzewie Łódź próbował także Dariusz Wdowczyk, który zasłynął tym, że w jednym z meczów sparingowych RTS-u wystawił jedenastkę złożoną z samych obcokrajowców. Wtedy nikt nie przypuszczał nawet, że taka sytuacja może mieć miejsce w lidze. Antoni Ptak potwierdził jednak, że może…

Ile znaczyli jugosłowiańscy piłkarze Lecha?

Dmitrije Injać występował w Lechu od wiosny 2007 r. do 2014 r. z przerwą na leczenie kontuzji i grę w Polonii Warszawa. Wystąpił w 156 ligowych meczach i zdobył 5 goli. Ivan Djurdjević związał się z Lechem jesienią 2007 r. aż do wiosny 2013 r., czyli do końca jego kariery. Dał się poznać jako charakterny piłkarz, który stał się prawdziwym lechitą. Zagrał w 105 ligowych meczach i zdobył 4 gole. Semir Stilić od sezonu 2008/2009 zagrał w Lechu przez cztery sezony, w których dużo dawał drużynie, ale po początkowych zachwytach nie zawsze utrzymywał wysoką formę. Pomimo tego wystąpił w 106 ligowych meczach, w których zdobył 18 goli. Wilkie talent, który był łączony z Celtikiem Glasgow robił karierę w… Karpatach Lwów, Gazientepsporze, APOEL Nikozja i Wiśle Kraków. Trochę zapomniany Zlatko Tanevski przez trzy lata (wiosna 2007 – wiosna 2010) wystąpił w 44 ligowych meczach, w których zdobył jednego gola. Później występował jeszcze w GKS Bełchatów i Vardarze Skopje. Natomiast Ivan Turina wystąpił tylko w dwunastu meczach sezonu 2008/2009. Poźniej występował krótko w Dinamo Zagrzeb i przez prawie trzy lata w AIK Solna. Zmarł w 2013 r. najprawdopodobniej z powodu niewydolności serca.

Spośród zawodników ściągniętych zimą 2008 r. jako inwestycja w przyszłość tylko Jasmin Burić okazał się słusznym wyborem. Zadebiutował w lidze w październiku 2009 r. i rozegrał od tamtej pory jako piłkarz Lecha rozegrał 122 ligowe mecze. Gordan Golik rozegrał w Lechu tylko dwa ligowe mecze jesienią 2009 r. Od sezonu 2011/2012 występuje w średnich klubach chorwackich, z półroczną przerwę na ligę serbską. Haris Handżić też nie zachwycił, a jesienią 2009 r. rozegrał tylko jeden mecz. Wiosną 2010 r. wrócił do FK Sarajevo, a później brał m.in. w Liechtensteinie (FC Vaduz), Rosji (FK Ufa), Chorwacji (HNK Rijeka) i na Węgrzech (Debreczyn). Fenenowi Salcinovicowi nie było dane zdebiutować w Lechu. Po wypożyczeniu do Norwegii wrócił do Bośni, a później grał także w HNK Rijeka i Sandefjord Fotball.

Podsumowanie

Jak widać jugosłowiański zaciąg sprawdził się w Poznaniu, a Injać, Djurdjević, Stilić i Burić stanowili o sile „Kolejorza”. Nie sprawdzili się piłkarze (za wyjątkiem Buricia), którzy byli sprowadzani jako inwestycja w przyszłość, zresztą żaden z nich nie zrobił poważnej kariery. Ciekawe, że Lech później zainteresował się bardziej rynkiem węgierskim i skandynawskim.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, igol.pl, onet.pl.

czwartek, 30 listopada 2017
Jak Barcelona miała zostać Ajaxem, czyli nieudany eksperyment

Był rok 1997, a Barcelona pozostawała bez zwycięstwa w Lidze Mistrzów od 1992 r., gdy rozegrano ostatnią edycję Pucharu Europy, a w rodzimej lidze na zwycięstwo czekała już trzy lata. Postanowiono więc, że trenerem zostanie uznawany za najlepszego w Europy – Holender Louis van Gaal. Czy ktoś jednak spodziewał się, że Barcelonę zasili tak wielu piłkarzy z Holandii?

Kto inny, jak nie van Gaal miał pomóc Barcelonie w odniesieniu sukcesu? Holenderski trener z grupą początkowo nikomu nieznanych piłkarzy Ajaxu Amsterdam sięgnął m.in. po Puchar UEFA w 1992 r., a w 1995 r. wygrał Ligę Mistrzów detronizując wielki i faworyzowany AC Milan. W kolejnym sezonie dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym dopiero po rzutach karnych odpadł z Juventusem, a w następnym Juventus okazał się lepszy w półfinale. Tak, to był zdecydowanie trener dla Barcelony.

Van Gaal rozpoczął pracę w Barcelonie, a wraz z nim jego dwóch byłych podopiecznych z Ajaxu, którzy przybyli po nieudanych przygodach z AC Milanem, czyli Michael Reiziger i Winston Bogarde. Van Gaal ściągnął także z Rody Kerkrade swojego rodaka – bramkarza Ruuda Hespa.

Praca holenderskiego szkoleniowca w sezonie 1997/1998 rozpoczęła się od dotkliwej porażki w Superpucharze z Realem Madryt (2:1, 1:4). Później jednak Barcelona wygrała ligę wyprzedzając drugi Athletic Bilbao o 9 punktów, a w finale Pucharu Króla pokonała po rzutach karnych Mallorcę. Cieniem na występy Barcelony w tamtym sezonie kładzie się Liga Mistrzów. Barcelona w grupie z Newcastle, Dynamem Kijów i PSV Eindhoven zajęła… ostatnie miejsce, a hańbą okryła się po dwóch porażkach z Dynamem Kijów – 0:3 na wyjeździe i 0:4 u siebie.

Sukcesy właściwie były, a zabrakło najważniejszego, dlatego posłuchano van Gaala i latem 1998 r. sprowadzono trzech kolejnych Holendrów! Boudewijn Zenden i Phillip Cocu przyszli z PSV Eindhoven, a Patrick Kluivert, który już pracował z van Gaalem w Ajaxie, podobnie jak Reiziger i Bogarde, przyszedł po nieudanej przygodzie z AC Milan. Sezon 1998/1999 Blaugrana rozpoczęła od dwóch niespodziewanych porażek z Mallorcą w meczach o Superpuchar (0:1, 1:2). W ćwierćfinale Pucharu Króla, Barcelona przegrała dwukrotnie z Valenicą (2:3, 3:4). Ligę hiszpańską jednak wygrała z przewagą jedenastu punktów nad Realem Madryt, ale Liga Mistrzów podobnie, jak w poprzednim sezonie była rozczarowaniem, bowiem w swojej grupie Barcelona musiała uznać wyższość Manchesteru United i Bayernu Monachium wyprzedzając tylko Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, w styczniu 1998 r. do Barcelony dołączyło… kolejnych dwóch Holendrów. Bracia Frank i Ronald de Boer przyszli z Ajaxu, z którym największe sukcesy świętowali oczywiście z van Gaalem.

Kluivert_i_van_Gaal_w_Barcelonie

Trening Barcelony – Louis van Gaal instruuje Patricka Kluiverta.

Źródło: marca.com.

Początek sezonu 1999/2000 potwierdzał, że w Barcelonie nie dzieje się dobrze, bowiem w Superpucharze przegrała z Valencią (0:1, 3:3). W Pucharze Króla, Barca odpadła z Atletico Madryt w półfinale. Po porażce w pierwszym meczu 0:3, Barcelona zasłaniała się problemami kadrowymi i brakiem terminów w związku z występami w Lidze Mistrzów, aż w końcu odmówiła gry i została ukarana walkowerem 0:3. W lidze lepsze o pięć punktów było Deportivo La Coruna, a w Lidze Mistrzów Barcelona odpadła dopiero w półfinale. Balaugrana pewnie przeszła dwie fazy grupowe, choć przyznać trzeba, że nie miała godnych siebie przeciwników. W ćwierćfinale, drużyna van Gaala po porażce na Stamford Bridge 1:3, doprowadziła do dogrywki a następnie wygrała 5:1. W półfinale, po porażce w pierwszy m meczu 1:4 z Valencią trudno było o optymizm. W rewanżu Barcelona wygrała 2:1, ale to było zdecydowanie za mało i katalońska drużyna odpadła. To był sezon pełen upokorzeń i goryczy, dlatego rozstanie z trenerem było pewne, czego od dłuższego czasu domagali się kibice machając białymi chusteczkami. Van Gaal zostawił po sobie holenderską kolonię, bowiem  do siedmiu piłkarzy z tego państwa, latem 2000 r. dołączył ściągnięty za rekordowe 40 milionów euro Marc Overmars.

Bracia_de_Boer_w_Barcelonie

Bracia de Boer, czyli przykład holenderskiego zaciągu w Barcelonie.

Źródło: dailymail.co.uk.

Van Gaal po przygodzie w Katalonii został trenerem reprezentacji Holandii, przegrał eliminacje do mundialu w 2002 r., a następnie… powrócił do Barcelony! Co przyświecało decydentom katalońskiego klubu trudno zrozumieć. Jedno z powiedzeń mówi, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a przecież pierwsza przygoda holenderskiego szkoleniowca skończyła się niepowodzeniem. Van Gaal popracował tylko przez siedem miesięcy i pod koniec stycznia 2003 r. jego kontrakt został rozwiązany. W lidze Barcelona grała fatalnie, a w Pucharze Króla skompromitowała się po porażce w 1/32 finału z występującą w trzeciej lidze (Segunda Division B) Novelda CF 2:3. W Lidze Mistrzów było zdecydowanie lepiej. W pierwszej fazie grupowej przeciwko FC Brugge, Galatasaray i Lokomotiw Moskwa, piłkarze van Gaala odnieśli komplet zwycięstw. Drugą rundę grupową rozpoczęli od zwycięstw z Bayerem Leverkusen i Newcastle, ale van Gaalowi nie było dane dokończyć swojego dzieła. Philippe Christanval, środkowy obrońca z Francji, który grał w Barcelonie w latach 2001-2003 powiedział, że po zwolnieniu z obowiązków trenera, van Gaal przyszedł do szatni i „płakał jak dziecko”. „Był twardy, zimny, a tu został zniszczony.” (cyt. za: irishmirror.ie).

Oprócz braku sukcesów w Lidze Mistrzów, Holendrowi zarzucano, że masowo ściągał swoich rodaków, w tym sześciu, z którymi pracował wcześniej w Ajaxie. Łącznie ściągnął ich dziewięciu, a w tym samym czasie na boisku przebywało nawet ośmiu. Do ściągnięcia dziewięciu Holendrów, van Gaal potrzebował tylko trzech lat, podczas gdy w całej dotychczasowej historii Barcelony było tylko sześciu Holendrów (Johan Cruyff, Johan Neeskens, Danny Muller, Ronald Koeman, Richard Witschge, Jordi Cruyff). Ściągniecie holenderskich piłkarzy przez van Gaala było kosztowną inwestycją, bowiem według transfermarkt.pl ich transfery pochłonęły 99,8 mln euro (w tym 40 mln euro za Overmarsa), co jak na tamte czasy było sporą kwotą. Barcelona na transferach tych piłkarzy zarobiła zaledwie14,7 miliona euro, co daje ponad 85 milionów euro deficytu! Co ciekawe, jedynym piłkarzem, za którego Barcelona dostała więcej niż sama zapłaciła był Ruud Hesp. Barca zapłaciła Rodzie Kerkradzie 1,1 miliona euro, a dostała od Fortuny Sittard 1,2 miliona euro. Trzeba przyznać, że z tytułu samych kwot transferowych, holenderski eksperyment był dosyć drogi.

Okres pracy van Gaala w Barcelonie (zwany „holenderskim”) jest znany przede wszystkim z powodu dużej liczby holenderskich piłkarzy w kadrze Blaugrany. Poza tym, kibice pamiętają bolesne porażki z Dynamem Kijów i Valencią. Z drugiej jednak strony, gdy van Gaal był trenerem klub wzbogacił się o dwa mistrzostwa i Puchar Króla. Trofeów mogło i powinno być więcej, ale nie jest też tak, że praca van Gaala to pasmo porażek, upokorzeń i wstydu. Barcelona osiągnęła to na co ją było stać w swoim holenderskim eksperymencie, inną sprawą jest fakt, że okres ten przypadł na świetną grę Valencii, która zgarnęła Barcelonie Superpuchar, półfinał Pucharu Króla i finał Ligi Mistrzów. Próbując osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów władze Barcelony gdzieś się pogubiły i chyba na zbyt wiele pozwoliły van Gaalowi w kwestii kształtowania polityki kadrowej. Pogubił się też trener, który pomimo późniejszych sukcesów z Alkmaar i Bayernem, jest uznawany za tego, któremu w Barcelonie nie udało się i od tej pory zaliczał zjazd, „jadąc” na opinii wypracowanej jeszcze z Ajaxem.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, irishmirror.ie, marca.com, dailymail.co.uk. Holendrzy w Barcelonie, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania.

środa, 29 listopada 2017
Polskie centra pobytowe UEFA Euro 2012 – sukces i… niedosyt

Aż trzynaście z szesnastu uczestników UEFA Euro 2012 na swoje centra pobytowe wybrało ośrodki znajdujące się na terenie Polski. Nawet większość reprezentacji, które fazę grupową rozgrywały na Ukrainie, wybrały Polskę. To sukces, ale z pobytem reprezentacji, zwłaszcza tych najbardziej utytułowanych, wiązano większe nadzieje.

Wydawało się, że pobyt reprezentacji kilkunastu uczestników UEFA Euro 2012 będzie okazją do spotkań, otwartych treningów, może meczy sparingowych i… nie wiadomo czego jeszcze.

Piłkarze byli skupieni i skoncentrowani. Wymagali i oczekiwali zupełnego spokoju, a pracownicy ośrodków podkreślali, że piłkarze nie mieli żadnych specjalnych życzeń. Brak natrętnych fanów i paparazzi pochowanych po krzakach zdecydowanie im odpowiadał. Reprezentacje były odgrodzone szczelnym i wysokim płotem, zasłonięte banerami i obstawione (ubranymi na czarno) ochroniarzami. W takich właśnie warunkach piłkarze szukali odpowiedniego przygotowania do zbliżających się meczów. Na pewno zawiedzeni byli łowcy autografów i kibice liczący na spotkanie, czy zdjęcie z Cristiano Ronaldo, czy Ikerem Casillasem.

Każde wyjście z terenu ośrodka lub wyjazd autokaru reprezentacyjnego były monitorowane przez miejscowych, jak i przez media. Te ogólnopolskie informowały przede wszystkim o pobycie Hiszpanów w Gniewinie i Portugalczyków w Opalenicy. Niekiedy pojawiały się wzmianki o Niemcach, którzy przebywali w Gdańsku, a pozostałe reprezentacje, nawet Anglia, Holandia i Włochy, miały względny spokój. A miejscowi wielokrotnie okazywali sympatię piłkarzom drużyny, która przebywała w ich pobliżu. Traktowali ich jak „swoje” reprezentacje. Dopingowali, wspomagali, trzymali kciuki, ale także przyozdabiali ulice i domy.

Poza treningiem niełatwo było spotkać piłkarzy poza hotelem. Niektórzy, jak Hiszpanie prawie wcale nie opuszczali swojej bazy pobytowej. Hiszpanie zupełnie zamknęli się przed widownią, dlatego część mieszkańców Gniewina narzekała, że piłkarze Hiszpanii nie pojawili się we wsi. Piłkarze innych reprezentacji, jak np. Portugalii, rzadko opuszczali bazę. Podobno zdecydowali się na przejażdżkę rowerową po okolicy, a niektórzy skorzystali z pizzerii. Część miejscowych szukała kontaktu z piłkarzami i z wypiekami na twarzy oczekiwała aż pojawia się w mieście, ale np. jedna z mieszkanek Opalenicy powiedziała: To niesamowite uczucie mieć takie gwiazdy na wyciągnięcie ręki i to w swoim rodzinnym mieście. (cyt. za: wiadomosci.onet.pl).

Zresztą to odgrodzenie się każdej reprezentacji od lokalnej miejscowości i poczucie jakiejś tajemniczości sprzyjało plotkom, które rozchodziły się lotem błyskawicy. Wystarczyło powiedzieć, że ktoś widział, któregoś z piłkarzy i natychmiast podchwycali to inni. Zawodnicy rozpalali nie tylko emocje, ale także wyobraźnię.

Obrazek_UEFA_Euro_2012

Źródło: allthatisgaming.wordpress.com.

Okazją do zobaczenia piłkarzy, a niekoniecznie do spotkania, były otwarte (pokazowe) treningi, które organizowała część reprezentacji. W Krakowie otwarte treningi organizowały wszystkie trzy reprezentacje mające bazy pobytowe w Krakowie lub okolicach – Włoch, Anglii i Holandii. Trening „Oranje” na stadionie „Wisły” obejrzało 25 tys. widzów, rekordowa liczba jak na trening UEFA Euro 2012.

W Opalenicy na otwarte treningi Portugalii przyjeżdżało średnio po dwa tysiące osób. W Gniewinie tłum chętnych tak napierał na bramę prowadzącą na trybuny, że musiała interweniować policja. Niektórzy narzekali, ale nie z tego powodu. Nauczycielka, która zabrała dzieci na otwarty trening w Gniewinie powiedziała: „Mamy reprezentację Hiszpanii, a w ogóle jej nie widać. Piłkarze grali gdzieś daleko, nie reagowali na przywoływania, nie kopnęli choćby jednej piłki w kierunku trybun.” (cyt. za: Newsweek). Ludzie spodziewali się, że Pique, czy Torres podejdą do nich i przybiją „piątkę”, dadzą autograf, czy zgodzą się zrobić zdjęcie.

Zdania mieszkańców były podzielone. Część z nich narzekała na brak kontaktu z piłkarzami, ale część była zadowolona z samego faktu, że piłkarze przebywali w ich miejscu zamieszkania. Z tego też powodu niektórzy uważali, że nic lepszego im się nie przytrafiło. Inni narzekali na niewielki ruch w agroturystyce, choć przyznać trzeba, że mógł on wynikać z powodu zdecydowanie zbyt wysokich cen.

Zyskać chciały też gminy znajdujące się w cieniu miast gospodarzy, a już na pewno te gminy, w których znajdowały się bazy noclegowo-treningowe. Po zakończeniu turnieju ich przedstawiciele cieszyli się z medialnego rozgłosu i liczyli na przyszłe zyski. Wcześniej o takiej reklamie na pewno nie mogli nawet pomarzyć, bo nazwy miejscowości pojawiły się nie tylko w polskich, ale i zagranicznych mediach. Na taką promocję gmin nie było stać.

W ośrodkach, w których gościły największe gwiazdy, czyli Hiszpania, Portugalia i Włochy, turyści i zagraniczne kluby robiły rezerwacje zaraz po finale, a do recepcji kibice dzwonili z licznymi pytaniami odnośnie zachowania swoich idoli w wolnym czasie.

Na zgrupowania do ośrodków w Gniewinie i Opalenicy przyjeżdżali później piłkarze m.in. Amkara Perm, Hapoel Beer-Szewa, Omonii Nikozja, Panathinaikosu Ateny, czy AEK Ateny. Zauważyć jednak trzeba, że akurat w tych ośrodkach to nic nowego, bo już wcześniej ich właściciele mogli liczyć na zagranicznych gości. W Gniewinie niezależnie od UEFA Euro 2012 rezerwacje były zrobione z dużo większym wyprzedzeniem, a organizacja turnieju jedynie umocniła pozycję tego ośrodka. W przypadku pozostałych niekoniecznie Euro wpłynęło na zwiększone obroty.

Zainteresowanie polskimi centrami podczas turnieju UEFA Euro 2012 na pewno świadczyło o poziomie i jakości świadczonych usług. Niektóre z nich dzięki turniejowi zostały wcześniej zmodernizowane lub ulepszone. W połączeniu z medialnym zainteresowaniem, to zdecydowane zyski po polskiej stronie. Narzekać mogli kibice i mieszkańcy miejscowości, w których bazy miały poszczególne reprezentacje. Liczyli na spotkania z piłkarzami, autografy, zdjęcia, ale piłkarze szukali ciszy i spokoju, więc trudno im było wykazać się całkowitą otwartością wobec kibiców. Niemniej otwarte treningi, podziękowania i inne miłe gesty wobec polskich kibiców, nie mogą być zapomniane, choć kibice, jak to kibice oczekiwali dużo, dużo więcej.

 

Źródła: własne, sport.pl, wyborcza.pl, wiadomosci.onet.pl, bip.krakow.pl. M. Święchowicz, Iker za płotem, Newsweek z dnia 18-24 czerwca 2012 r., s. 18-20. Ł. Zalesiński, Euroszansa dla małych, „Rzeczpospolita” z dnia 25 czerwca 2012 r., s. 5. A. Karwowska, Spać jak Ronaldo, czyli interes po Euro, „Metro” z dnia 29 maja 2013 r., s. 2.

wtorek, 28 listopada 2017
Jak Petrescu wyleciał z Wisły Kraków

Były znakomity piłkarz i wówczas początkujący trener – Dan Petrescu został trenerem Wisły Kraków pod koniec 2005 r. Nadzieje i oczekiwania były ogromne, a po dziesięciu miesiącach Rumuna już nie było pod Wawelem. Rozstał się w nienajlepszej atmosferze, choć chyba nie do końca zasłużył na krytykę.

Dan Petrescu jako piłkarz uczestniczył w finałach piłkarskich mistrzostw świata (1994, 1998) i Europy (1996, 2000), zagrał w finale Pucharu Europy (1989), występował na boiskach włoskiej Serie A (FC Foggia, FC Genoa) i angielskiej Premier League (Sheffield Wednesday, Chelsea, Bradford City, Southampton). Z Chelsea sięgnął po dwa Puchary Anglii (1997, 2000), Puchar Ligi Angielskiej (1998), Puchar Zdobywców Pucharów (1998) i Superpuchar Europy (1998). Nic więc dziwnego, że jego przybycie do Polski było dużym wydarzeniem. Nigdy wcześniej w polskiej lidze nie było piłkarza z taką przeszłością i takimi osiągnięciami. Petrescu zapoczątkował nowy trend w polskiej lidze, czyli zatrudnianie znanych byłych piłkarzy, którzy zaczynali poważną karierę trenerską (przykład Nandora Hidegkutiego to odrębna historia). W kolejnych latach zatrudnienie w Polsce znaleźli np. Bakero, Berg, Czerczesow, Latal i Hapal, ale nawet na ich tle sukcesy piłkarskie „Borsuka” budzą szacunek.

Rumun podpisał 8 grudnia 2005 r. roczny kontrakt z Wisłą Kraków z opcją przedłużenia na następny rok. Zgodnie z umową miał zarabiać 25 tys. euro miesięcznie. Ówczesny dyrektor sportowy Wisły Grzegorz Mielcarski podkreślał: najbardziej spodobała nam się filozofia pracy Dana (cyt. za: „Przegląd Sportowy”; wszystkie cytaty pochodzą z różnych wydań „Przeglądu Sportowego”). Petrescu zwracał uwagę, że w jego pracy najważniejsze są trzy założenia szkoleniowe: „organizacja, dyscyplina i ciężka praca”. Nie było mu dane wypełnić kontraktu w całości i został zwolniony 18 września 2006 r.

Dan_Petrescu_na_tle_herbu_Wisły

Dan Petrescu na tle herbu Wisły Kraków.

Źródło: eurosport.interia.pl.

Wisłę poprowadził tylko w 23 meczach, z których 14 wygrał, 6 zremisował i 3 przegrał (bramki 34:14). Bilans w polskiej lidze to 20 meczy, 13 zwycięstw, 5 remisów i 2 porażki (bramki: 32:12). Petrescu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski 2006, start nowego sezonu nie był najlepszy (3 zwycięstwa i 4 remisy), a w pierwszym meczu o fazę grupową Pucharu UEFA, Wisła niespodziewanie przegrała u siebie 0:1 z Iraklisem Saloniki, ostatnim w tamtym czasie klubie ligi greckiej. Ostatnie cztery mecze przed zwolnieniem to wspomniana porażka z Iraklisem i trzy ligowe remisy z rzędu.

Petrescu został zwolniony za niezadowalające wyniki i brak porozumienia z piłkarzami, a dosłownie za zbyt ciężkie treningi. Gdyby scharakteryzować jego pracę w Wiśle popierając się na wypowiedziach piłkarzy i opiniach dziennikarzy wystarczyłoby powiedzieć - krzykacz, gwiazdor i po prostu słaby trener. Jakub Błaszczykowski powiedział natomiast, że to najgorszy trener z jakim pracował.

Piłkarze anonimowo mówili, że trener zgrywał wielką gwiazdę i traktował wszystkich z góry. Petrescu nie ukrywał, że nienawidzi przegrywać. Mówił, że nie widzi nic złego w pewności siebie dodając, że dzięki niej osiągnął więcej niż wszyscy piłkarze Wisły razem wzięci. „Ja swoją mentalność wyniosłem z Anglii. Wiem, jak wygląda zawodowy futbol (…) Mentalnie jestem Brytyjczykiem. Zawsze chcę więcej, nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co mam.”. Odnośnie traktowania innych z góry mówił: „Zachowywałem się normalnie. W pracy dawałem z siebie 120 procent. Przychodziłem do klubu rano, wracałem wieczorem i non stop harowałem (…) nie to, że odpuszczałem.”.

Piłkarze twierdzili, że Rumun przeprowadzał ciężkie treningi i podobno nie personalizował ich. Marek Konieczny, który w tamtym czasie był kierownikiem drużyny Wisły mówił jednak: „To nieprawda, bo piłkarze byli podzieleni na trzy grupy pod względem wydolnościowym.”.  Co więcej, Konieczny dodaje, że Petrescu chciał w Krakowie wprowadzić pełen profesjonalizm. Niektórzy uważają, że słów Koniecznego nie można brać na poważnie, skoro później odwiedzał Petrescu w Rumunii, co miało świadczyć o braku jego bezstronności.

Jak zarzuty piłkarzy odpiera sam zainteresowany? Tłumaczył, że najpierw chciał wprowadzić żelazną dyscyplinę, a jeśli przyniosłaby efekty, to wtedy można być bardziej elastycznym wobec piłkarzy i dać im więcej luzu. Dodawał również, że trener nie może być przyjacielem piłkarzy i musi się zdecydować, czy chce wyników, czy miłości piłkarzy. Jak widać, jeśli grupa nie pójdzie za nim, jak w ogień, to zostanie sam przeciwko wszystkim. Tak właśnie stało się w Wiśle, a Petrescu na przykładzie piłkarzy Wisły pozwolił sobie na ogólną uwagę nt. pracy polskich piłkarzy: Jest jakiś problem z mentalnością polskich piłkarzy. Nie mają ochoty na ciężką pracę (…) Polscy piłkarze nigdy nie będą zadowoleni. Trener będzie albo za ostry albo za miękki. Zawsze znajdzie się wytłumaczenie..

Kibice i dziennikarze naśmiewali się z Petrescu, który większą część meczu spędzał przy linii bocznej z podniesionymi rękoma i nieustannym krzykiem kwestionującym decyzje sędziego. Tak, Rumun należy do tych trenerów, którzy szukają winy wśród sędziów. Mówił, że wiele rzeczy dzieje się przeciwko prowadzonej przez niego drużynie, jak np. niepodyktowane rzuty karne. Mówił: „Kiedy pracowałem w Wiśle, sędziowie byli non stop przeciwko nam. Wisła z nimi wojowała (…) i teraz kilku z nich widzę w więzieniu.”.

Dan_Petrescu_w_charakterystycznej_pozie

Charakterystyczna poza Petrescu podczas meczów Wisły.

Źródło: romanowo.blogspot.pl.

Na co jeszcze narzekał Petrescu? Oj, lista jest długa. Zacznijmy od czterech najbardziej absurdalnych. Po pierwsze, zastrzegał, że nie chce mówić o tym, co działo się w Wiśle przed jego przyjściem, czym ewidentnie sugerował, że przyczyn przegrania mistrzostwa Polski w 2006 r. należy doszukiwać się przed jego przyjściem pod Wawel. Po drugie, podkreślał, że Legia wyjątkowo często wygrywała na wiosnę 2006 r. i w każdej innej lidze nie zdarzają się takie serie zwycięstw. Wisła miała więc po prostu pecha. Po trzecie, terminarz był niekorzystny dla Wisły. „Biała Gwiazda” najpierw grała z rywalami, który w następnej kolejce zmęczeni przystępowali do meczu z Legią. Po czwarte, utrudnieniem była… nierówna murawa.

Oczywiście, jak każdy trener wskazywał na konieczność wzmocnień. Gdy pracował w Wiśle mówił, że sukces może osiągnąć po wzmocnieniu składu i pozwoleniu na długofalową pracę. Twierdził, że potrzebuje: „lewego obrońcy, trzech pomocników i dwóch napastników”, ale zaznaczał, że „każdy zespół potrzebuje nowych twarzy”. Z tymi napastnikami to raczej nie przypadek, bo wśród głównych powodów niewywalczenia mistrzostwa wymieniał nieskuteczność. Po zakończeniu pracy o swojej filozofii futbolu i jej zderzeniu z krakowską rzeczywistością mówił: „Chcę mieć tych graczy, którzy kochają wygrywać. Nie takich, którzy marudzą, że to albo tamto mu się nie podoba. Dobry piłkarz zasuwa bez względu na okoliczności. A tacy kosztują. Ale W Wiśle chcieli, żebym pozyskał zawodników za darmo.”.

Przypomnieć należy, że gdy na oficjalnej konferencji, gdy został zaprezentowany jako trener mówił o organizacji, dyscyplinie i ciężkiej pracy, a władze Wisły podkreślały, że spodobała im się filozofia Rumuna, czyli w domyśle – organizacja, dyscyplina i ciężka praca. Piłkarze chyba nie mieli nic do powiedzenia w sprawie wyboru trenera i ich drogi z trenerem szybko się rozeszły. Trudno do końca ocenić jak było z ciężką pracą, ale wierzę, że Petrescu jako ambitny piłkarz i trener chciał narzucić polskim piłkarzom wzorce, które dostrzegł w Anglii. Nie udało się i pewnie prawda leży gdzieś po środku. Zwłaszcza, że innym metody Petrescu odpowiadały i dwóch klubach (Unirea Urziceni i Kubań Krasnodar) osiągnął sukcesy dzięki którym został wybrany trenerem roku w Rumunii (2008, 2009, 2011).

Może i Rumun traktował innych z góry, ale pomijając względy etyczne, czy można mu się dziwić? Zdobył ogromne doświadczenie, które teraz chciał wykorzystać w Wiśle, a przecież to on był trenerem i to on decydował o drużynie. Petrescu napotkał jednak trudności i już po czterech miesiącach mówił, że potrzebuje „mocniejszego wsparcia ze strony właściciela i pracowników klubu”, bo „czasem trzeba na bieżąco przedyskutować pewne problemy”. Czyżby władze „Białej Gwiazdy” szybko zorientowały się, że to nie jest trener odpowiedni dla piłkarzy?

Pobyt w Krakowie Petrescu uważał jednak za udany, bo twierdził, że zdobył tam bezcenne doświadczenie. Co więcej, wcale nie zraził się do pracy pod Wawelem, bo później nie wykluczał powrotu do pracy w Wiśle. O swoich marzeniach osiem lat temu mówił: „trenowanie Steauy, reprezentacji Rumunii, a któregoś dnia może Chelsea, ale chciałbym też wrócić kiedyś do Wisły”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, bo Petrescu nie pracowal w żadnym z tych miejsc. Na pewno jest bardziej doświadczonym trenerem, a nie tak utytułowanym na jakiego się zapowiadał po sukcesach z Unireą Urziceni. Stał się raczej drogim niż dobrym trenerem, o czym może świadczyć przyjmowanie ofert z Rosji, Kataru, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Niemniej podjęcie przez niego prestiżowej pracy, jak np. z reprezentacją Rumunii jest całkiem możliwe.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, eurosport.interia.pl, romanowo.blogspot.pl, pl.wikipedia.org. P. Fleszar, Zatrudniony na próbę, „Przegląd Sportowy” z dnia 9 grudnia 2005 r., s. 8. K. Kawa, Pierwszy taki Dan nad Wisłą, „Magazyn Sportowy” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 3 lutego 2006 r., s. 8-13. Samotność Rumuna – wywiad red. K. Kawy i G. Wojtowicza z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 18 kwietnia 2006 r., s. 12. Odzyskamy tytuł – wywiad red. P. Fleszara z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 maja 2006 r., s. 5. M. Miga, Niechciany szkoleniowiec roku, „Przegląd Sportowy” z dnia 29 grudnia 2008 r., s. 9. Nie przyjaźnię się z piłkarzami – wywiad red. M. Wawrzynowskiego z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 lutego 2009 r., s. 14-15.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Tagi