niedziela, 19 listopada 2017
Polscy bramkarze w lidze szkockiej i angielskiej

Porównanie liczby polskich bramkarzy w ligach zagranicznych dostarcza niezwykłych wniosków. W bardzo przyjaznej polskim piłkarzom Bundeslidze wystąpiło dotychczas pięciu polskich bramkarzy, czyli dokładnie tyle samo, ile w lidze angielskiej, która nie służy polskim piłkarzom. W ogóle Wyspy Brytyjskie okazują się przychylne polskim bramkarzom, bo w lidze szkockiej wystąpiło dotychczas ośmiu polskich bramkarzy.

W lidze angielskiej wystąpiło dotychczas pięciu polskich bramkarzy – reprezentantów Polski. Co więcej, każdy z nich (może poza Kuszczakiem) przez pewien okres swojej kariery był numerem „1” w bramce „Biało-czerwonych” i uchodził za najlepszego polskiego bramkarza.

Pierwszym bramkarzem w angielskiej Premier League był Jerzy Dudek, który spędził w Liverpoolu prawie siedem lat. We wrześniu 2001 r. przeszedł z Feyenoordu Rotterdam do „The Reds” za rekordową wówczas kwotę stanowiącą równowartość 7,4 mln euro. Najpierw zastąpił Holendra Sandera Westervelda i z reguły wygrywał rywalizację z Chrisem Kirklandem, ale po sprowadzeniu Pepe Reiny przez Rafaela Beniteza nie miał szans na miejsce w bramce. Pikanterii dodaje fakt, że działo się to po pamiętnym finale Ligi Mistrzów w Stambule, gdzie „The Reds” odwrócili losy spotkania z Milanem, a Dudek został bohaterem konkursu rzutów karnych. W lidze nie osiągnął żadnych sukcesów. Według portalu ransfermarkt.pl Dudek wystąpił w 126 meczach (według 90minut.pl – 127), w których wpuścił 118 goli (średnia 0,94 gola na mecz), a w 51 meczach zachował czyste konto (40,48%).

Drugim polskim bramkarzem w lidze angielskiej był Tomasz Kuszczak, któremu ambicja nie pozwalała na terminowanie w Hercie Berlin i latem 2001 r. związał się z West Bromwich Albion, w którym w 31 meczach solidnie zapracował na docenienie jego umiejętności i transfer do Manchesteru United (4,3 mln euro). W „The Reds” z reguły był zmiennikiem Edwina van der Saara, ale w ciągu siedmiu lat udało mu się wystąpić w 32 ligowych meczach, nie wspominając o innych rozgrywkach. W tym czasie sięgnął po cztery tytuły mistrza Anglii (2007-2009, 2011), dwa Puchary Ligii (2009, 2010), zwycięstwo w Lidze Mistrzów (2008) i Klubowych Mistrzostwach Świata (2008). Kuszczak wystąpił w 63 meczach, w których wpuścił 59 goli (średnia 0,94 gola na mecz), a w 27 meczach zachował czyste konto 42,9%). Po przygodzie z „Czerwonymi Diabłami” występował w klubach z Championship, w której rozegrał już 197 meczów (Watford, Brighton, Wolverhampton i obecnie Birmingham).

Trzecim bramkarzem był Łukasz Fabiański, który latem 2007 r. dołączył do Arsenalu z Legii za kwotę 4,35 mln euro. Przez osiem lat wystąpił tylko w 32 ligowych meczach, a jedynym sukcesem „Kanonierów” w tym czasie był Puchar Anglii (2014). „Bambi” niby był ceniony w Arsenalu, ale na dłużej nie mógł zagrzać miejsca w bramce, a Arsen Wenger stawiał na innych bramkarzy. Nie może więc dziwić, że Fabiański nie chciał przedłużyć kontraktu wygasającego latem 2014 r. Związał się z Swansea City i w ciągu czterech lat rozegrał cztery razy więcej meczów niż w Arsenalu przez osiem lat. „Łabędzie” nie grają o takie cele, jak „Kanonierzy”, ale Fabianski jest pewny miejsca w bramce i już czwarty sezon jest podstawowym bramkarzem „The Swanners”. W konsekwencji został polskim bramkarzem z największą listą występów w Premier League, a przecież cały czas gra i śrubuje swój rekord. Fabiański wystąpił w 154 meczach, w których wpuścił 213 goli (średnia 1,38 gola na mecz), a w 47 meczach zachował czyste konto (30,5%).

Łukasz Fabiański (Swansea City)

Łukasz Fabiański – polski bramkarz z największą liczbą występów w Premier League. Na zdjęciach w barwach Swansea City, w którym rozegrał zdecydowaną większość swoich meczów.

Źródło: skysports.com.

Czwartym bramkarzem był Wojciech Szczęsny, który podobnie jak Fabiański trafił do Arsenalu z Legii (styczeń 2006 r., 50 tys. euro). Szczęsny wygrywał rywalizację z Fabiańskim, ale klubowi brakowało sukcesów, a Puchar Anglii (2014) i Tarcza Dobroczynności (2014) pozostają jedynymi wywalczonymi w barwach „Kanonierów”. Po niespodziewanym sprowadzeniu Petra Cecha na The Emirates, Szczęsny próbował walczyć o miejsce w bramce, ale Wenger miał inne zdanie na ten temat. W efekcie Szczęsny spędził dwa sezony na wypożyczeniu w Romie, ale na tyle dobrze zaprezentował się w Serie „A”, że latem 2017 r. został wykupiony przez Juventus Turyn za 12,20 mln euro stając się najdroższym polskim bramkarzem. Szczęsny jest przygotowywany do roli następcy Gianluigi Buffona. W Premier League rozegrał 132 mecze, w których wpuścił 154 gole (średnia: 1,17 gola na mecz), a w 48 meczach zachował czyste konto (36,4%).

Ostatnim polskim bramkarzem, który zanotował występ w lidze angielskiej został Artur Boruc po udanej przygodzie z Legią, Celtikiem Glasgow i Fiorentiną, jako wolny piłkarz związał się z Southamptonem w 2012. Dla „Świętych” zagrał w 49 ligowych meczach, ale odkąd do klubu przyszedł Ronald Koeman stało się jasne, że dla Boruca nie ma miejsca w klubie. Boruc, podobnie jak w poprzednich klubach i jak każdy bramkarz klasy światowej, zaliczał świetne występy, ale także wpadki. Taką niewątpliwie była bramka, którą strzelił mu po strzale przez cale boisko Asmir Begović (Stoke City), czy nieudana próba okiwania Oliviera Giroud, która zakończyła się golem a dla Arsenalu. Boruc został wypożyczony do Bournemouth, które pałętało się w strefie spadkowej Championship, ale po przyjściu „Borubara” doznało całkowitej odmiany i awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. Boruc rozegrał 37 meczów na drugim poziomie rozgrywkowym, awansował i znowu czarował, ale do czasu, gdy „The Cherries” sprowadzili latem 2017 r. za 11,5 mln euro z Chelsea Londyn doświadczonego Begovicia. W efekcie Boruc, podobnie jak kiedyś Dudek w rywalizacji z Reiną, z góry stał na straconej pozycji. W sezonie 2017/2018 nie zagrał jeszcze w żadnym meczu, a do prześcignięcia Dudka pod względem liczby meczów w Premier League brakuje tylko jedenastu meczów. Dotychczas Boruc wystąpił w 116 ligowych meczach, w których wpuścił 168 goli (średnio: 1,45 gola na mecz), a czyste konto zachował w 35 meczach (30,2%).

Nie można zapominać, że na zapleczu Prenmier League dobre recenzje zbiera Bartosz Białkowski występujący w Anglii od 2006 r. O transfer do Premier League będzie jednak trudno. Póki co w barwach Southamptonu, Barnsley i Ipswich Town rozegrał w Championship 127 meczów.

Podsumowując występy pięciu polskich bramkarzy w Premier League zwraca uwagę fakt, że każdy z nich w co najmniej co trzecim meczu zachowuje czyste konto. Kilka miesięcy temu portal talksport.com dokonał analizy bramkarzy różnych narodowości pod kątem liczby meczów bez puszczonej bramki. Pięciu polskich bramkarzy zachowało czyste konto 191 razy, co dało im wysoką dziesiątą pozycję. Obecnie mają 208 czystych kont. Nie powinno to dziwić, bo polscy bramkarze w Premier League są silnymi punktami swoich zespołów niezależnie od tego, czy walczą o mistrzostwo, czy o utrzymanie.

 

Polscy bramkarze w Premier League (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Łukasz Fabiański – 154 (Arsenal 32, 2007-2014 i Swansea 122, 2014-?)

2.Wojciech Szczęsny – 132 (Arsenal, 2007-2015).

3.Jerzy Dudek – 127 (Liverpool, 2001-2007); według transfermarkt.pl: 126.

4.Artur Boruc – 116 (Southampton 49, 2012-2014 i Bournemouth 67, 2014-?)

5.Tomasz Kuszczak – 63 (West Bromwich Albion 31, 2004-2006 i Manchester United 32, 2006-2012).

 

Z Anglii jest blisko do Szkocji, więc warto jeszcze spojrzeć na tamtejszą ligę i występu polskich golkiperów. Był czas, że w Szkocji zapanowała swoista moda na polskich bramkarzy, bowiem w sezonie 2007/2008 było ich aż sześciu (Boruc, Załuska, Małkowski, Szamotulski, Liberda i Krysiak). Do tej pory w Scottish Premier League wystąpiło ośmiu polskich bramkarzy, a trzech miało podpisane kontrakty z klubami występującymi w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale nie doczekało się debiutu. Zresztą jeden z nich – Maciej Dąbrowski cały czas ma szansę, aby zostać dziewiątym polskim bramkarzem w lidze szkockiej. Co ciekawe połowa polskiej bramkarskiej kolonii w Szkocji, czyli czterech wystąpiło w co najmniej dwóch klubach (Załuska, Małkowski, Szamotulski, Krysiak). Także czterech polskich bramkarzy połączyły występy w tym samym klubie – Dundee United (Załuska, Szamotulski, Cierzniak, Szromnik). Nie można też zapominać, że osiem meczy na zapleczu szkockiej elity rozegrał Zbigniew Małkowski (Gretna FC), natomiast Maciej Gostomski od stycznia do marca 2016 r. był związany kontraktem z Glasgow Rangers, ale nie zadebiutował.

Najwięcej występów w szkockiej lidze zanotował Artur Boruc, który przez pięć sezonów wywalczył z Celtami – trzy mistrzostwa, dwa puchary ligi, puchar Szkocji i 1/8 finału Ligi Mistrzów. Drugie miejsce pod względem liczby występów zajmuje Radosław Cierzniak, który był podstawowym bramkarzem Dundee United i przez trzy sezony opuścił tylko dwa ligowe mecze. Trzeci jest Łukasz Załuska, który spędził w Szkocji aż osiem sezonów, ale wystąpił tylko w 82 meczach. Stało się tak dlatego, że w Celtiku przez pięć sezonów był głównie rezerwowym i wystąpił w zaledwie 29 ligowych meczach. Jego wkład w cztery mistrzostwa i dwa Puchary Szkocji był jednak znikomy.

Artur Boruc (Celtic Glasgow) w meczu Ligi Mistrzów

Artur Boruc – polski bramkarz z największą liczbą występów w Scottish Premier League. Wszystkie rozegrał dla Celtiku Glasgow. Na zdjęciu popisuje się paradą w meczu Ligi Mistrzów.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Boruc jako jedyny polski bramkarz wystąpił zarówno w pierwszej lidze szkockiej, jak i angielskiej notując łącznie 278 występów.

 

Polscy bramkarze w Scottish Premier League (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Artur Boruc – 162 (Celtic Glasgow, 2005-2010).

2.Radosław Cierzniak – 112 (Dundee United, 2012-2015).

3.Łukasz Załuska – 82 (Dundee Uniteed 53, 2008-2009, Celtic Glasgow 29, 2009-2015)

4.Zbigniew Małkowski – 53 (Hibernian 51, 2005-2006, Inverness Caledonian Thistle 2, 2007/2008)

5.Grzegorz Szamotulski – 30 (Dundee 18, 2007/2008 i Hibernian 12, 2009).

6.Mariusz Liberda – 14 (Livingston, 2007).

7.Michał Szromnik – 13 (Dundee United, 2015-2016).

8.Artur Krysiak – 5 (Gretna 4, 2008 i Motherwell, 2009).

...

Przemysław Łukasik – 0 (Aberdeen juniorzy, 2008-2012).

Sebastian Kosiorowski – 0 (Motherwell, 2008-2009).

Maciej Dąbrowski – 0 (Hibernian, 2017-?)

 

Porównując statystyki pięciu polskich bramkarzy występujących w Bundeslidze i Premier League zdecydowanie lepiej wychodzą na tym ci drudzy. Pięciu polskich bramkarzy wystąpiło łącznie w 224 meczach Bundesligi (średnio 44,8), ale aż 190 występów był dziełem tylko dwóch – Famuły i Matyska. Natomiast pięciu w Premier League wystąpiło łącznie w 592 meczach (średnio 118,4). Ośmiu Polaków w szkockiej lidze wystąpiło łącznie w 471 meczach (średnio 58,9). Polscy bramkarze w lidze szkockiej prawie zawsze byli mocnymi punktami swoich drużyny, ale z reguły pojawiali się na krótko i szukali szczęści gdzie indziej, choć przyznać, że niezłą markę w Szkocji wyrobiło sobie kilku polskich golkiperów.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, sport.pl, sport.se.pl, pl.wikipedia.org, przegladsportowy.pl, skysports.com.

czwartek, 16 listopada 2017
Gikiewicz szóstym polskim bramkarzem w Bundeslidze?

Po podpisaniu kontraktu przez Rafała Gikiewicza z SC Freiburg pojawiło się w mediach stwierdzenie, że jest on szóstym polskim bramkarzem w Bundeslidze. Częściowo jest to prawdą, ale nie do końca.

Gikiewicz podpisał kontrakt 5 sierpnia 2016 r. Przeniósł się z drugoligowego Eintrechtu Brunszwik za kwotę 1 miliona euro. W sumie, to nie powinno to dziwić. W Brunszwiku spędził dwa sezony w trakcie których wystąpił w 66 meczach 2. Bundesligi. Wpuścił tylko 75 goli (średnia 1,14 gola na mecz), a w 21 meczach (31,8%) zachował czyste konto. W wywiadzie opublikowanym 8 sierpnia 2016 r. przez weszlo.com bramkarz powiedział m.in. „ostatnio dowiedziałem się też, że jestem szóstym bramkarzem z Polski w Bundeslidze”. Będzie to prawdziwe stwierdzenie, jeśli doprecyzujemy, że Gikiewicz ma szansę zostać szóstym bramkarzem z Polski w Bundeslidze, tzn. szóstym, który rozegra w Bundeslidze co najmniej jeden mecz. W pierwszej lidze niemieckiej co najmniej jeden mecz rozegrało dotychczas pięciu polskich bramkarzy (Aleksander Famuła, Adam Matysek, Jakub Wierzchowski, Łukasz Załuska i Przemysław Tytoń).

16 sierpnia 2016 r. w „Przeglądzie Sportowym” opublikowany został wywiad z Gikiewiczem, w którym red. M. Trela zadał mu pytanie Jest pan dopiero szóstym bramkarzem z Polski, który podpisał kontrakt w 1. Bundeslidze. To duże wyróżnienie?”. Problem w tym, że kontrakty z klubami Bundesligi podpisało wcześniej nie pięciu, a siedmiu polskich bramkarz! Skąd ta różnica? Zapewne stąd, że Tomasz Kuszczak i Tomasz Bobel nie rozegrali w swoich klubach żadnego meczu.

Gikiewicz_kontrakt_z_Freiburgiem_2016

Rafał Gikiewicz po podpisaniu kontraktu z SC Freiburg.

Źródło: seginternational.com.

Pierwszym polskim bramkarzem w Bundeslidze był Aleksander Famuła. Wychowanek Sparty Lubliniec wystąpił w 60 ligowych meczach Górnika Zabrze w latach 1981-1982. „Swego czasu w latach 80. uchodzący za jednego z najbardziej utalentowanych polskich golkiperów. Zawodnik urodzony w Lublińcu do Bundesligi trafił w dość nietypowych okolicznościach. Kiedy jego Górnik Zabrze wracał z tournée po Ameryce Południowej, Famuła na lotnisku we Frankfurcie zdecydował się odłączyć od grupy i zostać w Niemczech.” (cyt. za: laczynaspilka.pl). W Niemczech najpierw występował w SG Heidelberg-Kirchheim, skąd po trzech sezonach przeniósł się do Karlsruher SC. Już w pierwszym sezonie świętował awans do Bundesligi, w której wystąpił w 112 meczach przez pięć sezonów (od 1987/1988 do jesieni 1991). W ostatnim sezonie KSC zajęło 8. miejsce – najwyższe, gdy w klubie był Famuła. Co ciekawe, jego następcą był… Oliver Kahn. Karierę zakończył w FC 08 Homburg.

Drugim Polakiem, który dostąpił meczu w Bundeslidze była Adam Matysek (34A). Po występach w Górniku Wałbrzych, Zagłębiu Wałbrzych i 4,5 sezonie w Śląsku Wrocław trafił do 2. Bundesligi, gdzie przez pięć sezonów konsekwentnie budował swoją markę. Przez trzy sezony występował w SC Fortunie Koeln, a przez dwa sezony w FC Gutersloh. Wystąpił w 118 meczach 2. Bundesligi, w których 138 razy wyjmował piłkę z siatki (średnia: 1,17 gola na mecz), a w 39 meczach był niepokonany (33%). Dobre występy nie mogły zostać niezauważone i za kwotę 1 miliona euro przeniósł się do Bayeru Leverkusen. W sezonie 1998/1999 był podstawowym bramkarzem i wystąpił we wszystkich meczach. W kolejnych sezonach było gorzej – 29 i 15 meczów. Po przygodzie z „Aptekarzami” wrócił do Polski, gdzie występował w Zagłębiu Lubin i RKS Radomsko. Łącznie wystąpił w 136 meczach Ekstraklasy. Jeśli chodzi o Bundesligę to wystąpił w 78 meczach, w których wpuścił 73 gole (średnia: 0.94 gola na mecz), a w 27 meczach zachował czyste konto (34,6%). Matysek w dwóch pierwszych sezonach wywalczył dwa wicemistrzostwa Niemiec, choć drugie z nich ma gorzki smak, bowiem Bayer przed ostatnią kolejką miał 3 punkty przewagi nad Bayernem Monachium. Niestety, „Aptekarze” niespodziewanie przegrali na wyjeździe z Unterhaching 0:2, a Bayern pokonał u siebie Werder Brema 3:1.

Kolejnym polskim bramkarzem w Bundeslidze był Jakub Wierzchowski. Po dwóch dobrych sezonach w Ruchu Chorzów bramkarz uchodzący za duży talent przeszedł za 500 tys. euro do mającego wielkie aspiracje Werderu Brema. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne. W pierwszym sezonie Wierzchowski nie wystąpił w żadnym meczu, a w drugim w trzech spotkaniach, w których wpuścił pięć goli (średnia 1,67 gola na mecz), a w żadnym meczu nie zachował czystego konta. W obu sezonach Werder kończył rozgrywki na 6. miejscu. Po nieudanej przygodzie z niemiecką ligą, Wierzchowski wrócił do Polski, gdzie występował w Wiśle Płock, Zagłębiu Sosnowiec, Polonii Bytom i Górniku Łęczna. W Ekstraklasie zaliczył 114 meczów.

Na kolejnego polskiego bramkarza w Bundeslidze, a właściwie kolejnych dwóch bramkarzy trzeba było czekać aż dwanaście lat. W sezonie 2015/2016 barw VfB Stuttgart bronił Przemysław Tytoń (14A), który wystąpił w 30 meczach Bundesligi, ale niewiele pomógł, bowiem klub z miasta Mercedesa z hukiem spadł do 2. Bundesligi. Tytoń wpuścił aż 61 goli (średnia: 2,03 na mecz!) i tylko w czterech spotkaniach zachował czyste konto (13,3%). Czternastokrotny reprezentant Polki przeniósł się do Stuttgartu za 1 mln euro z PSV Eindhoven. Łącznie spędził w Eredivisie (w PSV i Rodzie Kerkrade) aż osiem sezonów. Wcześniej występował w Hermanie Zamość i Górniku Łęczna. Obecnie już drugi sezon przeżywa trudne chwile w Deportivo La Coruna.

W tym samym sezonie bramkarzem SV Dartmstadt 98 był Łukasz Załuska (1A). Po dziesięciu sezonach spędzonych w Scottish Premier League, w tym ośmiu w Celtiku Glasgow, spróbował szczęścia w Niemczech. Podobnie jak w Szkocji… siedział na ławce. Zadebiutował niejako na pożegnanie dopiero w ostatniej kolejce w przegranym 0:2 meczu z Borussią M’Gladbach. Po tej krótkiej przygodzie z Bundesligą wrócił do Polski, a dokładniej do Wisły Kraków. Obecnie występuje w Pogoni Szczecin.

W składach klubów Bundesligi było jeszcze dwóch polskich bramkarzy, którzy jednak nie zagrali w żadnym meczu. Tomasz Bobel przed sezonem 1998/1999 po dwóch sezonach w bramce Śląska Wrocław trafił do 2. Bundesligi do Fortuny Koeln (podobnie jak Matysek), gdzie spędził dwa sezony. Później przez trzy sezony występował w MSV Duisburg, a następnie pięć w Erzgebirge Aue. Wymarzona (i wyczekiwana) oferta z Bundesligi jednak nie przyszła. Wiosną 2009 r. Bobel występował w azerskim Neftczi Baku, a następnie podpisał kontrakt z… Bayerem Leverkusen! W drużynie „Aptekarzy” przez dwa sezony był tylko zmiennikiem Rene Adlera i nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu. Później grał jeszcze, a raczej siedział na ławce, w rezerwach Bayeru. Bobel ma na swoim koncie jeden występ w reprezentacji polski do lat 21. W Bundeslidze nie zagrał, ale za to na drugim poziomie rozgrywkowym zaliczył aż 161 występów.

Drugim polskim bramkarzem w kadrze klubu Bundesligi, który nie doczekał się debiutu był Tomasz Kuszczak (11A). Przed sezonem 1999/2000 zamienił Śląsk Wrocław na KFC Uerdingen, z którego przeniósł się już w następnym sezonie do Herthy Berlin. W klubie ze stolicy Niemiec spędził cztery sezony, ale nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu przegrywając rywalizację o miejsce w składzie z Gaborem Kiraly’m i Christianem Fielderem. W tym czasie Kuszczak wystąpił w 87 meczach rezerw Herthy w Oberlidze. Po niemieckiej przygodzie przeniósł się do Anglii, gdzie występował w Premier League (West Bromwich Albion, Manchester United) i Championship (Watford, Brighton, Wolverhampton, Birmingham).

Gikiewicz ma szansę zostać szóstym polskim bramkarzem, który rozegra mecz w Bundeslidze (po Famule, Matysku, Wierzchowskim, Tytoniu i Załusce), ale na pewno nie jest szóstym polskim bramkarzem z kontraktem w Bundeslidze. Tomaszowie – Kuszczak i Bobel już wcześniej podpisali kontrakty odpowiednio z Herthą Berlin i Bayerem Leverkusen, ale nie zadebiutowali w rozgrywkach Bundesligi. Gikiewicz jest więc ósmym polskim bramkarzem związanym umową z klubem Bundesligi.

A swoją drogą to ciekawe, że w Bundeslidze, która przez wiele lat uchodziła za niezwykle przyjazną polskim piłkarzom, w której wystąpiło ponad stu, a w jednym sezonie nawet kilkunastu Polaków, zagrało tylko pięciu polskich bramkarzy.

Gikiewicz podobnie, jak trzech innych polskich bramkarzy (Matysek, Kuszczak i Bobel) zanim trafił do Niemiec był związany ze Śląskiem Wrocław. Czy to oznacza, że wśród obecnych i przyszłych bramkarzy Śląsk należy upatrywać kandydatów do gry w Bundeslidze? Poza tym, Gikiewicz podobnie jak trzech polskich bramkarzy (Famuła, Matysek, Kuszczak) przeniósł się do Bundesligi bezpośrednio z klubu występującego w 2. Bundeslidze, a dodatkowo Bobel przeniósł się z Azerbejdżanu, ale miał za sobą aż dziesięć sezonów na poziomie 2. Bundesligi.

W chwili publikowania tego wpisu Gikiewicz czeka na debiut w Bundeslidze, ale w przeciwieństwie do Bobela i Kuszczaka ma już na swoim koncie debiut w oficjalnym meczu swojego klubu. W październiku 2017 r. wystąpił w wygranym 3:1 z Dynamem Drezno meczu II rundy Pucharu Niemiec (DFB Pokal). Podstawowym bramkarzem jest jednak Alexander Schwolow. Gikiewicz trenuje i cierpliwie czeka na swoją szansę. Może kolejny występ 20 grudnia 2017 r. w meczu 1/8 finału Pucharu Niemiec z Werderem Brema?

 

Polscy bramkarze w Bundeslidze (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Aleksander Famuła – 112 (Karlsruher SC, 1987-1991).

2.Adam Matysek – 78 (Bayer Leverkusen, 1998-2001).

3.Przemysław Tytoń – 30 (VfB Stuttgart, 2015/2016).

4.Jakub Wierzchowski – 3 (Werder Brema, 2001-2003).

5.Łukasz Załuska – 1 (Darmstadt, 2015/2016).

----------------------------

Tomasz Kuszczak – 0 (Hertha Berlin, 2000-2004).

Tomasz Bobel – 0 (Bayer Leverkusen, 2009-2011).

Łukasz Gikiewicz – 0 (SC Freiburg, 2016-?).

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, weszlo.com, przegladsportowy.pl, laczynaspilka.pl, bundesblog.blogspot.com, dfb.de, seginternational.com. Czuję, że piszę historię – wywiad red. M. Treli z Rafałem Gikiewiczem, „Przegląd Sportowy” z dnia 16 sierpnia 2016 r., s. 34.

środa, 15 listopada 2017
Chuligańska siatkówka

Siatkówka od wielu lat należała do dyscyplin, o których mówi się, że są przeznaczone dla trochę innych odbiorców niż powszechna i popularna piłka nożna. Siatkówka od początków swojego istnienia była kojarzona ze środowiskami akademickimi, można być powiedzieć: „inteligenckimi”. Tymczasem, w latach 2010-2012 doszło do kilku chuligańskich wybryków rodem z piłkarskich aren. Od tamtej pory takich zdarzeń nie było albo media nie informowały o nich.

Podczas siatkarskich meczów, co jakiś czas dochodziło do drobnych incydentów, głównie w Grecji i Turcji. Po rozpadzie Jugosławii, powstaniu nowych państw i dopuszczeniu tych krajów do europejskich rozgrywek, „gorąco” zaczyna być także w innych państwach, ale można przyjąć w uproszczeniu, że punktem zapalnym jest południe Europy.

Kraje Europy Zachodniej – Francja, Niemcy, czy Hiszpania, póki co bronią się przed chuligaństwem. Po części wynika to z faktu, że kluby piłkarskie nie mają swoich odpowiedników w siatkówce. W przeciwieństwie do południa Europy, gdzie piłkarska rywalizacja między Panathinaikosem a Olympiakosem, Fenerbahce a Galatasaray, czy Partizanem a Crveną Przenosi się do siatkarskich hal. Póki co Polska broni się przed chuligaństwem na trybunach, ale nie na parkiecie, o czym świadczy bójka w meczu I ligi w 2011 r.!

Casus Iraklisu Saloniki

Kibice Iraklisu wszczynali burdy podczas praskiego turnieju finałowego Ligi Mistrzów w 2009 r., a rok później (3 lutego 2010 r.) rozrabiali podczas meczu Pucharu CEV z EA Patras. Po pierwszych rozróbach klub został ukarany finansowo, a pod drugich wykluczony z pucharów na jeden sezon! Działacze CEV zapowiedzieli, że wypowiedzieli zdecydowaną wojnę z chuligaństwem.

Siatkarscy_kibice_Iraklisu_Saloniki

Źródło: cev.lu.

CEV była bezlitosna i nie popatrzyła na Iraklis łaskawszym okiem ze względu na osiągnięcia klubu w Europie (dwukrotnie finał Ligi Mistrzów – 2004 i 2009 oraz 3. miejsce w 2002) i Grecji (cztery tytuły mistrzowskie, pięć pucharów i dwa superpuchary). CEV wydawała się nieugięta…

Odpalenie rac przez kibiców CSKA Sofia

W lutym 2010 r. podczas pierwszego meczu pierwszej rundy play off Ligi Mistrzów pomiędzy CSKA Sofia a Resovią Rzeszów dali o sobie znać miejscowi kibice. Przy prowadzeniu Rzeszowian 2:0 w setach bułgarscy fani odpalili race, co spowodowało przerwanie meczu na blisko 40 minut, a później w hali „Samokov” w Sofii zgasło światło.

Ówczesny trener Asseco Resovii - Ljubomir Travica (trener Asseco Resovii) powiedział dla oficjalnego portalu klubu assecoresovia.pl: „Przez pierwsze dwa sety graliśmy bardzo dobrze i szkoda, że kibice bułgarscy zrobili wszystko żeby przerwać naszą dobrą passę. Niestety takie sytuacje, które nie mają nic wspólnego z siatkówką i są dla tej dyscypliny bardzo szkodliwe, zdarzają się od czasu do czasu, zwłaszcza w Bułgarii, Grecji, czy Turcji”. Aleksander Popow, trener CSKA Sofia bagatelizował sprawę mówiąc: „Uważam również, że nie powinniśmy osądzać naszych kibiców. Zdaję sobie sprawę z tego, że teraz pojawi się wiele komentarzy i opinii na ich temat, ale my nie mamy do nich pretensji. Oni bardzo chcieli nam wspierać i akurat wybrali taką drogę do tego. Minusem tej sytuacji jest to, że najprawdopodobniej zostaniemy ukarani finansowo, ale takie jest życie…”.

Siatkarscy_kibice_CSKA_Sofia

Źródło: youtube.com.

CSKA rzeczywiście zostało ukarane. Po pierwsze, klub z Sofii musiał zapłacić karę w wysokości 10 tys. euro. Po drugie, fani bułgarskiego zespołu otrzymali zakaz wstępu na mecz rewanżowy, który odbył się 17 lutego w Rzeszowie, a wcześniej zarezerwowali 50 biletów. Obradujący w kwietniu 2010 r. Komitet Wykonawczy CEV mógł podjąć decyzję o wykluczeniu CSKA Sofia z europejskich rozgrywek bądź zawieszeniu wszystkich bułgarskich klubów w pucharach. Tak się jednak nie stało, a warto przypomnieć, że działacze CEV i media chętnie przypominały sprawę Iraklisu Saloniki.

Sprawa miała niespodziewany epilog, bowiem CSKA Sofia – autor jednego z największych skandali w europejskich pucharach 2009/2010 otrzymało „dziką kartę” uprawniającą do startu w Lidze Mistrzów 2010/2011, zresztą po raz trzeci z rzędu!!! Klub z Sofii zamierzał zorganizować Final Four w Pałacu Sportu w Warnie, ale skończyło się tylko na zapowiedziach. Co ciekawe o „dziką kartę” ubiegała się Resovia, która w polskiej lidze zajęła 3. miejsce i nie otrzymała jej, mimo że klub z Rzeszowa otrzymała nagrodę dla najlepiej współpracującego z mediami. CSKA dostało szansę gry w Lidze Mistrzów prawdopodobnie dlatego, że Bułgaria nie miała swojego reprezentanta w tych rozgrywkach. Działanie CEV było jednak o tyle dziwne, że po praskim finale Lgi Mistrzów federacja zapowiadała, że sprzeciwia się chuligańskim wybrykom na meczach siatkówki.

Petardy rzucane przez kibiców Crveny Zvezdy Belgrad

Chuligańskie incydenty nie ominęły też żeńskiej siatkówki. W styczniu 2012 r. w meczu żeńskiej Ligi Mistrzów (2012?) między Crveną Zvezdą Belgrad a Muszynianką (1:3) w hali „Sumice” Stawiło się kilkuset kibiców Crveny zachowujących się jak na meczach piłkarskich. Szalikowcy rzucali petardami na parkiet, co spowodowało, że sędzia przerwał mecz, nakazał zawodniczkom zejść z boiska i zaczął rozmawiać z organizatorami.

Portal sport.pl podał, że „Polki wyglądały na zdezorientowane, a jeden z członków sztabu szkoleniowego długo wykłócał się z sędziami. Spotkanie wznowiono po ok. dwóch minutach, a kibice już do końca nie dali powodu, by je przerwać.”. Atakująca Joanna Kaczor: „Przyznaję, że przy takiej piłkarskiej publiczności chyba nigdy nie zdarzyło mi się grać (…) Na początku było wręcz trochę groźnie, na szczęście udało się opanować sytuację. Z drugiej strony to fajnie, bo dziewczyny z Belgradu traktowały publiczność jak dodatkowego zawodnika. Na pewno pomogło im to w trzecim secie.” (cyt. za sport.pl).

Trener zespołu z Muszyny nazwał zdarzenia po imieniu: „W Belgradzie mieliśmy dziś prawdziwą strzelaninę! Nie było to na pewno przyjemne, bo te petardy w pewnym momencie zaczęły lądować na boisku. Ani lokalni organizatorzy, ani przedstawiciele CEVu nie podchodzili do tej sprawy poważnie. Może dla niektórych było to atrakcyjne? (…) To bardzo dekoncentrowało, bo nie miało nic wspólnego z dopingiem siatkarskim w Polsce. U nas jest zupełnie inaczej. Tutaj ten doping był taki trochę brutalny, ale przeżyliśmy to.” (cyt. za sport.pl). Incydent został przemilczany na oficjalnej stronie CEV.

Turecki fanatyzm

Z relacji „Gazety Wyborczej” wynika także, że do chuligańskich zdarzeń doszło także w meczu ostatniej rundzie play-off Ligi Mistrzów w 2012 r. pomiędzy Arkasem Izmir a Lokomotiwem Nowosybirsk. J. Bińczyk napisał: „Rosjanie nie poradzili sobie z szowinistycznymi kibicami wbiegającymi na boisko i skandalicznym sędziowaniem” (cyt. za „Gazeta Wyborcza”).

Wybryki siatkarzy

Podczas meczów siatkarskich, gdy emocje sięgają zenitu, często dochodzi o głębokich spojrzeń w oczy przeciwnika, słownych zaczepek, czy innych prowokacji. Siatkarze, jak jednak przystało na przedstawicieli sportu (podobno) akademickiego nie przekraczają pewnej granicy przyzwoitości. Jak się okazało – nie zawsze.

W grudniu 2011 r. chuligaństwo wkroczyło na parkiet, ale w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po meczu pierwszej ligi między GTPS Gorzów - Energetyk Jaworzno (1:3) „podczas tradycyjnego pożegnania pod siatką środkowy z Jaworzna Adam Michalski uderzył w twarz rozgrywającego GTPS Bartłomieja Neroja.”. Wcześniej Bartłomiej Neroj wraz z Dariuszem Szulikiem szarpali za koszulkę Michalskiego.

Teraz jest spokojnie

Przedstawione wydarzenia okazały się tak naprawdę jednostkowymi incydentami, tyle że wystąpiły mniej więcej w tym samym czasie, czyli w latach 2010-2012. Od tamtej pory media nie informują o takich zdarzeniach, co pozwala sądzić, że wszystko wróciło do normy, czyli spokojnych zawodów siatkarskich. Choć informacje o odpalaniu rac przez kibiców CSKA Sofia można znaleźć w internecie.

 

Źródło: własne, sport.pl, cev.lu, przegladsportowy.pl, assecoresovia.pl, sportowefakty.pl, pl.wikipedia.org, gorzowska.tv, youtube.com. K. Drąg, R. Myśliwiec, Wojna z chuligaństwem, „Przegląd Sportowy” z dnia 12 lutego 2010 r., s. 12. J. Bińczyk, Liga Mistrzów nie dla polskich mistrzów, Gazeta Wyborcza z dnia 25 stycznia 2013 r., s. 40.

wtorek, 14 listopada 2017
Pierwsze koty za płoty

Cracovia jako pierwszy polski klub hokejowy wystąpiła w Hokejowej Lidze Mistrzów (Champions Hockey League – CHL). Wprawdzie przegrała wszystkie cztery mecze, ale zyskała cenne doświadczenie, a Polska pojawiła się w hokejowej elicie.

Liga Mistrzów w sezonie 2016/2017 skupiała 48 klubów z trzynastu państw – Finlandii, Szwecji (po 8), Czechy (7), Niemiec, Szwajcarii (po 6), Austrii (3), Francji, Norwegii, Słowacji (po 2) oraz Danii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i Polski (po 1). Mistrz Polski zyskał prawo gry w Lidze Mistrzów na podstawie „dzikiej karty”. Organizatorzy docenili świetną grę GKS Tychy w Pucharze Kontynentalnym (3. miejsce), a także uwzględnili fakt, że Polska ciągle pozostaje sporym rynkiem dla popularyzacji hokeja na lodzie.

Logo_Hokejowej_Ligi_Mistrzów

Logo Hokejowej Ligi Mistrzów (Champions Hockey League – CHL).

Źródło: scb.ch.

Cracovia przegrała wszystkie cztery mecze. Najpierw u siebie z późniejszym finalistą całych rozgrywek, czyli Spartą Praga 2:7 i 1:5 ze szwedzkim Farjestad BK. Później „Pasy” przegrały na wyjazdach ze Spartą 4:5 i Farjestad 0:7.

Cracovia_-_Sparta_Praga_CHL_2016_(1)

17 sierpnia 2016 r. pierwszy, historyczny mecz polskiego klubu w Hokejowej Lidze Mistrzów: Cracovia – Sparta Praga (2:7).

Źródło: krakow.pl.

Natomiast co do Sparty, to później wyeliminowała w fazie pucharowej Oulun Karpat (Finlandia), HV71 (Szwecja), S.C. Bern (Szwajcaria) i Vaxjo Lakers (Szwecja), a w finale uległa Frolundzie HC (Szwecja). Co ciekawe, Sparta rozegrała mecze z pięcioma spośród ośmiu szwedzkich klubów, które wzięły udział w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów.

Cracovia_-_Sparta_Praga_CHL_2016_(2)

Cracovia – Sparta (2:7)

Źródlo: dziennikpolski.24.pl.

Cracovia była najgorszą drużyną w Lidze Mistrzów, ponieważ nie zdobyła żadnego punktu i miała największą ujemną różnicę bramkową, ale analizując poszczególne statystyki ten bilans wcale nie wygląda tak źle.

Losowanie_Hokejowej_LIgi_Mistrzów_2016

Losowanie CHL, grupa „O” z udziałem Cracovii.

Źródło: pzhl.tv.

Cracovia nie zdobyła żadnego punktu, ponieważ poniosła wszystkie cztery porażki w regulaminowym czasie gry podobnie jak Oril Znojmo (Czechy) i Rapaces de Gap (Francja). Zauważyć jednak należy, że same porażki, ale po dogrywce poniosły jeszcze trzy inne kluby: Dragons de Rouen (Francja) – 2 porażki po dogrywce oraz Lorenskog IK (Norwegia) i Lulea Hockey (Szwecja).

„Pasy” strzeliły 7 bramek, czyli tyle samo, co 5 innych klubów – Tappara (Finlandia), Kal Pa (Finlandia), Vitkovice Steel (Czechy), Black Wings Linz (Austria) i Lulea Hockey (Szwecja). Mniej bramek od Cracovii zdobyły 4 kluby – Dragons de Rouen (Francja) i Oril Znojmo (Czechy) – po 6, Lorenskog IK (Norwegia) – 5 i Rapaces de Gap (Francja) – 2.

Krakowianie stracili aż 24 bramki, najwięcej spośród wszystkich uczestników CHL. Zbliżone straty miały jeszcze tylko trzy kluby: Esbjerg Energy (Dania) – 22, Sheffield Steelers (Norwegia) – 20 i Oril Znojmo (czechy) – 19.

Bilans bramkowy Cracovii (–17) był najgorszy wśród uczestników Ligi Mistrzów. Powyżej dziesięciu bramek ujemnej różnicy miały cztery inne kluby – Rapaces de Gap (–14), Oril Znojmo (–13), Esbjerg Energy (–12) i Lorenskog IK (–11).

Analiza statystyk wskazuje, że na podobnym poziomie jak Cracovia grało jeszcze kilka innych klubów, co trochę osłabia wizerunek najgorszego klubu. Podsumowując występ „Pasów” trzeba stwierdzić, że lepiej grać z najlepszymi i doznać samych porażek niż nie grać i tylko przyglądać się. Doświadczenie wyniesione z tych czterech meczów, jak również sama możliwość gry w Lidze Mistrzów, wcześniej, czy później zaprocentuje i przyniesie korzyści tak dla Cracovii, jak i dla polskiego hokeja. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że na tym jednorazowym występie nie skończy się i polski klub dostąpi jeszcze możliwości gry w hokejowej Ligi Mistrzów.

 

Źródła: własne, cracovia.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, scb.ch, krakow.pl, dziennikpolski.24.pl, pzhl.tv.

poniedziałek, 13 listopada 2017
Gwiazdy ekstraklasy lądują w Izraelu

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych izraelskiej ligi nikt nie traktował poważniej, a jej poziom nie był zbyt wysoki. Swego czasu grało w niej wielu Polaków. Z czasem w Izraelu pojawiły się większe pieniądze, lepsi piłkarze i awanse mistrza kraju do Ligi Mistrzów! Ekstraklasa zaczęła tracić dystans do ligi izraelskiej, a ostatnio gwiazdy ekstraklasy trafiają do Izraela!

Wprawdzie w latach 2010-2012 w ekstraklasie pojawiło się prawie dziesięciu piłkarzy z Izraela, ale było to związane z większymi pieniędzmi, które polskie kluby otrzymały za sprzedaż praw telewizyjnych. Ponad przeciętność wybił się tylko Maor Melikson i Gruzin Włademir Dwaliszwili. I właśnie Melikson w styczniu 2013 roku odchodził z Wisły Kraków (46 meczów ligowych / 6 goli) do francuskiego Valenciennes za 800 tys. euro jako pewna siebie i skonfliktowana z otoczeniem gwiazda ekstraklasy. We Francji mu nie wyszło (52/4), ale latem 2014 r. nie przyjął oferty Legii i możliwości gry w eliminacjach ligi Mistrzów, tylko wolał wrócić do Hapoelu Beer-Szewa.

W podobnych okolicznościach, jak Melikson odchodził z Legii portugalski napastnik Orlando Sa. Przyznać trzeba, że to świetny napastnik (33/14), ale  jego charakter uniemożliwiał mu współpracę z trenerem Bergiem i kolegami z drużyny. Legia otrzymała za niego 1,5 mln euro. W Reading też długo nie zagrzał miejsca. Rozegrał 19 meczy, w których zdobył 5 bramek. Zasłynął niewykorzystanym karnym w ostatniej minucie debiutu z Birmingham (karnego obronił Tomasz Kuszczak), hat-trickiem w meczu z Ipswich Town i czerwoną kartką w meczu z Derby. W styczniu 2016 r. przeniósł się do Maccabi Hajfa i wiosną rozegrał 10 meczów, w których zdobył 2 gole. Obecnie błyszczy w belgijskim Standardzie Liege.

Orlando_Sa_w_Maccabi_Tel_Awiw

Orlando Sa w barwach Maccabi Tel Awiw.

Źródło: isport.co.il.

Latem 2016 r. czeski pomocnik Kamil Vacek opuścił Piasta Gliwice, ponieważ skończyło się roczne wypożyczenie, a Piast nie było stać na wykupienie zawodnika za kwotę 600 tys. euro. Piłkarzem poważnie był zainteresowany Lech, ale poza zainteresowaniem nie podjął nawet rozmów z czeskim klubem. Szybko okazało się, że „najlepszy piłkarz polskiej ligi” (jak mówił o Vacku selekcjoner czeskiej reprezentacji – Peter Vrba) jest za słaby dla Sparty i podjął treningi z drugoligowym FC Vlasim (!!!), z którym Sparta współpracuje. Zresztą, Vacek to nie pierwszy piłkarz, który tak odbił się od stadionu przy Letnej. Rok wcześniej kontrakt ze Spartą podpisał Marco Paixao. Gwiazda ekstraklasy (57/27), ale w Sparcie prawie wcale nie zaistniał. Tymczasem 9 sierpnia 2016 r. Vacek niespodziewanie podpisał kontrakt z Maccabi Haifa. Kwota transferu wyniosła 350 tys. euro. Pod koniec sierpnia 2017 r. Vacek związał się ze Śląskiem Wrocław.

Kamil_Vacek_Maccabi_Haifa

Kamil Vacek w koszulce Maccabi Haifa.

Źródło: isport.blesk.cz.

W tym samym okienku transferowym (17 sierpnia 2016 r.) kontrakt z Bnei Yehuda Tel Awiw podpisał litewski bramkarz Emilijus Zubas, który nie mógł znaleźć sobie klubu. Zubas po wiośnie 2013 r. był wybierany w różnych plebiscytach i konkursach najlepszym bramkarzem polskiej ligi, ale do tej dyspozycji już nigdy nie powrócił.

Emilijus_Zubas_w_Bnei_Yehuda

Emiljus Zubas w barwach Bnei Yehuda Tel Awiw.

Źródło: sportas.lt.

Kilka dni później Legia awansowała do Ligi Mistrzów, a do ostatnich godzin okienka transferowego ważyły się losy transferu Nemanji Nikolicia. Gdy z transakcji króla strzelców ekstraklasy sezonu 2015/2016 wycofał się Hull City, to Maccabi Tel Awiw zaproponowało 3,5 mln euro za transfer definitywny! I tylko to pokazało przepaść miedzy możliwościami finansowymi polskich i izraelskich klubów. Legia i Lech najwięcej płaciły za piłkarzy 1 mln euro. Maccabi potrzebowało napastnika, bowiem (o czym była mowa już wcześniej) Orlando Sa podpisał kontrakt ze Standardem Liege.

Pół żartem, pół serio można dodać, że wiosną 2016 r. w izraelskiej LigaT HaAL występowała jeszcze jedna „gwiazda” z ekstraklasy. 10 meczów w barwach Maccabi Hajfa rozegrał chorwacki bramkarz Marijan Antolović ;-) Swego czasu Chorwat zapowiadał: „Legia zarobi na mnie miliony”… po prostu Gwiazda!

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.de, transfermarkt.pl, sport.pl, przegladsportowy.pl, isport.co.il, isport.blesk.cz, sportas.lt.

niedziela, 12 listopada 2017
Co się działo z Radoviciem, gdy opuścił Legię?

W lutym 2015 roku w niezbyt przyjemniej atmosferze Miroslav Radović opuścił Legię i przeniósł się do Chin. Półtora roku później w ostatnim dniu okienka transferowego serbski piłkarz ponownie związał się z warszawski klubem.

Po prawie dziesięciu latach spędzonych w Legii (329 oficjalnych meczów, 77 bramek), w przededniu pierwszego meczu 1/16 finału Ligi Europy z Ajaxem Amsterdam, Miroslav Radović zdecydował się na transfer do drugoligowego chińskiego klubu – Henei China Fortune. „Rado” nie ukrywał, że takiej oferty pod względem finansowym już nie otrzyma, a biorąc pod uwagę jego wiek i potrzebę utrzymania rodziny, zdecydował się na transfer. Przyznawał, że trudno mu opuścić Legię i ma nadzieję, że kibice będą dla niego wyrozumiali, postawią się w jego sytuacji i wezmą pod uwagę to, co zrobił dla klubu przez wiele lat. Część kibiców zrozumiała Radovicia, ale część postanowiła hejtować. To na pewno Radovicia bolało, tak samo jak to, że ówczesny trener Legii, czyli Henning Berg odesłał go na trybuny Areny A.

Co ciekawe, w listopadzie 2013 r. Radović miał propozycję z klubu z Korei Południowej. „Chodziło o klub, który grał w finale Azjatyckiej Ligi Mistrzów. Warunki finansowe byłyby kosmiczne, ale sportowo byłby to spadek (…) Gdyby decydowały finanse, to od dawna nie byłoby mnie w Polsce. Czuję jednak ogromny sentyment do Legii, bo wiele zawdzięczam klubowi.” (cyt. za: warszawa.sport.pl). Po półtora roku, „Rado” zmienił zdanie. Inna sprawa, że na jego transferze (biorąc pod uwagę wiek piłkarza – 31 lat) Legia zarobiła naprawdę godziwe pieniądze. Branżowy i wiarygodny portal transfermarkt.pl podał kwotę 2 mln euro, a w mediach pojawiała się również kwota 2,2 mln euro. To nie zmieniło faktu, że Radović opuścił Legię. Później okazało się, że był to jedynie początek przerwy w występach, dla Legii, dlatego warto prześledzić karierę Radovicia w tym okresie.

Radović_w_Chinach

Radović w jednym z pięciu występów w drugiej lidze chińskiej w barwach Henei China Fortune.

Źródło: legia.info.pl.

W Chinach „Rado” zaczął całkiem nieźle. W pięciu meczach strzelił dwa gole i razem z rodakiem Nenadem Milijasem (wcześniej m.in. Crvena Zvezda i Wolverhampton) stanowił o sile swojego nowego klubu, do którego ściągnął go Radomir Antić. W pięciu meczach spędził na boisku 430 minut (średnio 86 minut) i we wszystkich wychodził w pierwszej „jedenastce”. Później było już tylko gorzej. Radović doznał kontuzji barku. Pierwsza operacja, którą przeszedł w Pekinie, była nieudana. Druga została przeprowadzona w Niemczech i zakończyła się sukcesem. Serb wrócił do zdrowia, ale stracił sporo czasu. W międzyczasie (lipiec 2015 r.) został przeniesiony do rezerw, aż wreszcie w styczniu 2016 r. rozwiązał kontrakt i został wolnym zawodnikiem. Zgodnie z oczekiwaniami podjął rozmowy z Legią, ale nie porozumiał się w sprawie długości kontraktu. Klub zaproponował Serbowi tylko półroczny kontrakt z opcją przedłużenia zabezpieczając się na wypadek, gdyby Radović po długiej przerwie (od kwietnia 2015 r.) był bez formy. „Bratko” podobno zgodził się na stosunkowo niskie dochody (10 tys. euro miesięcznie), ale to też nie wystarczyło do podpisania kontraktu. Decydujące znaczenie zapewne miał fakt, że zwolennikiem tego transferu nie był ówczesny trener Legii – Stanisław Czerszesow. Radović szukał więc nowego klubu.

Pojawiło się zainteresowanie ze strony Cracovii i jeszcze jednego polskiego klubu. „Rado” powiedział, że nie był to Lech, ale nie chciał zdradzić nazwy klubu. Poza tym, przypominał, że: „od wielu lat powtarzam, że nie wyobrażam sobie, bym w Polsce mógł grać w innym klubie niż Legia. To ona jest w moim sercu i każdy to wie.” (cyt. za: legia.sport.pl).

Na początku lutego 2016 r. Radović dosyć niespodziewanie podpisał półtoraroczny kontrakt z Olimpiją Ljublana. „Rado” nie ukrywał, że podpisał kontrakt z Olimpiją, aby odbudować się. Wystąpił w 14 meczach (1.188 minut, czyli średnio 85 minut), w których strzelił dwa gole i zaliczył dwie asysty. Tylko w jednym spotkaniu wszedł na boisko z ławki.

Radović_w_Olimpiji_Lublana

Radović w barwach Olimpiji Lublana w meczu ligi słoweńskiej.

Źródło: youtube.com.

„Rado” przyczynił się do odzyskania przez Olimpiję mistrzostwa Słowenii po… dwudziestu jeden latach (!) i skorzystał z klauzuli, że po wywalczeniu mistrzostwa może rozwiązać kontrakt. Serb nie chciał jednak powiedzieć dlaczego rozwiązał kontrakt. Raczej unikał podania konkretnej przyczyny – „Nie wiem, nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Na pewno wpływ na to miała osoba trenera Marko Nikolicia, który odszedł z klubu.” (cyt. za: legia.sport.pl). O słoweńskiej przygodzie mówi, że była krótka, ale udana.

Latem 2016 r. znowu pojawił się temat powrotu do Legii, ale przeciwnikiem tego rozwiązania był Dariusz Mioduski, jeden z trzech ówczesnych współwłaścicieli Legii. Następnie Serb poleciał do Budapesztu i podjął rozmowy z Henningiem Bergiem, który został trenerem Videotonu Szekerfehervar, „ale sprawa szybko upadła, bo chwilę później odezwał się Partizan” (cyt. za: legia.sport.pl). Ciekawe, że niewiele brakowało, aby drogi Berga i Radovicia znowu zbiegły się, mimo że Norweg uniemożliwił Radoviciowi występ w meczu Ligi Europy w Amsterdamie. To tylko pokazuje, jak bardzo Berg ceni umiejętności serbskiego pomocnika. Ostatecznie Radović, przy wydatnej pomocy Danijela Ljuboji trafił do (drugiego obok Legii) klubu, z którym jest silnie związany emocjonalnie, czy do Partizana Belgrad.

Radović_podpisuje_kontrakt_z_Partizanem_Belgrad

Czerwiec 2016 – podpisanie kontraktu Miroslava Radovicia z Partizanem Belgrad. Od lewej: Danijel Ljuboja (kiedyś piłkarz Legii Warszawa, obecnie menadżer piłkarski), Miroslav Radović (kiedyś piłkarz Legii Warszawa) i Ivica Iliev (kiedyś piłkarz Wisły Kraków, obecnie dyrektor sportowy Partizana Belgrad).

Źródło: gol24.pl.

Po koniec sierpnia „Rado” odszedł jednak z Partizana (!) mając w perspektywie grę z Legią w Lidze Mistrzów, co było jego marzeniem. Już po podpisaniu kontraktu z mistrzem Polski przyznał, że „punktem zapalnym było odpadnięcie z pucharów” (cyt. za: legia.sport.pl). Klub z Belgradu niespodziewanie odpadł już w II rundzie eliminacji Ligi Europy z Zagłębiem Lubin. Po dwóch bezbramkowych remisach okazał się gorszy w rzutach karnych. Gdy zostawiał Partizana zajmował on dopiero 7. miejsce ze stratą dziewięciu punktów do liderującej Crveny Zvezdy. W klubie nie działo się dobrze, a w mediach pojawiły się wypowiedzi osób związanych z klubem zmierzające do szukania kozłów ofiarnych. W opinii Radovicia byli nimi starsi i utytułowani zawodnicy, czyli on sam, Waleri Bożinow i Sasza Ilić. „Rado” rozegrał dla Partizana 7 ligowych meczów, strzelając dwa gole (494 minuty, średnio 71 minut) i 2 mecze w Lidze Europy. Tylko w jednym z tych dziewięciu spotkań nie rozpoczął meczu od pierwszego gwizdka sędziego.

Radović_w_barwach_Partizana_przeciwko_Zagłębiu_Lubin

Miroslav Radović (Partizan Belgrad) i Maciej Dąbrowski (Zagłębie Lubin) w meczu II rundy eliminacji Ligi Europy. Nieco ponad miesiąc później obaj spotkali się w szatni… Legii Warszawa. Czy ktokolwiek mógł się tego spodziewać?

Źródło: sport.interia.pl.

Roman Kołtoń o nieobecności Radovica pisał następująco: „Chiny, Słowenia, Serbia – kontuzje albo przeciętne występy to zapis kariery Radovica po opuszczeniu Legii w lutym 2015 roku.” (cyt. za: polsatsport.pl). Trudno do końca zgodzić się z tym zdaniem, bo „Rado”, choć nie grał wybitnie, to mimo wszystko, prezentował wysoki poziom, a trenerzy we wszystkich trzech klubach wystawiali go w pierwszym składzie.

Transfer Radovicia do Legii miał tylu zwolenników, co przeciwników. Jak czas pokazał, sceptycy powrotu Serba do Warszawy, po prostu nie mieli racji.

 

Źródła: własne, legia.com, transfermarkt.pl, weszlo.com, warszawa.sport.pl, legia.sport.pl, polsatsport.pl, transfermarkt.pl, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, legia.info.pl, youtube.com, gol24.pl, sport.interia.pl. Oficjalny Program Meczowy. Legia Warszawa nr 3-4 (25-26) 2015, s. 15. A. Dawidziuk, Radović nie wróci do Legii, „Przegląd Sportowy” z dnia 1 lutego 2016 r., s. 23. Radović w Słowenii, „Przegląd Sportowy” z dnia 8 lutego 2016 r., s. 16.

sobota, 11 listopada 2017
Legia awansowała do Ligi Mistrzów!

Po dwudziestu jeden latach przerwy polski klub dokonał (wydawało się) niemożliwego i awansował do Ligi Mistrzów w sezonie 2016/2017. Nie przyszło to legionistom łatwo, a dodatkowo spotkała ich krytyka za nienajlepszy styl i… szczęście w losowaniu.

 

Legia_w_LM_(1)

Źródło: legia.com.

Legioniści nie zachwycali i choć eliminowali kolejnych rywali, to swoją grą nie przekonywali. Słabsza dyspozycja szła jednak w parze z korzystnym losowaniem w każdej rundzie. Nie można jednak zapomnieć, że Legia na to „szczęście” zapracowała solidną grą w poprzednich sezonach i budowaniem wysokiego rankingu UEFA. Oczywiście, korzystne wyniki w innych parach, a zwłaszcza porażki zespołów rozstawionych, pozwoliły Legii na rozstawienie w ostatniej, decydującej rundzie. Nie było ono arbitralną decyzją władz UEFA, tylko efektem ciężko wypracowanego rankingu.

Legia_w_LM_(2)

Michał Kucharczyk oddaje strzał, po którym Legia zapewnia sobie remis w rewanżu z Dundalk FC i pieczętuje awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Źródło: eurosport.onet.pl.

Począwszy od sezonu 2011/2012 Legia eliminowała kolejnych rywali i tylko raz (w sezonie 2012/2013) nie awansowała do fazy grupowej Ligi Europy. Co więcej, dwukrotnie awansowała do 1/16 finału tych rozgrywek. Nie ma żadnej innej polskiej drużyny, która w tym okresie grała tak skutecznie. Z reguły, gdy zaczyna się poważne granie, to z polskich klubów zostaje tylko Legia, ewentualnie jeszcze Lech, choć w ostatnich latach zdarzały mu się wpadki z Żalgirisem Wilno, czy Stjarnan.

Legia_w_LM_(3)

Radość piłkarzy Legii po awansie do Ligi Mistrzów 2016/2017.

Źródło: polskieradio.pl.

W każdym sezonie nadchodzi taki moment, gdy Legia jest krytykowana za swoją grą w europejskich pucharach. Niekiedy jest to zasłużona krytyka, ale prawda jest taka, że polski ranking UEFA buduje właśnie Legia. I teraz w eliminacjach do Ligi Mistrzów Mistrz Polski 2016 zebrał owoce swojej solidnej, konsekwentnej i powtarzalnej gry.

 

Źródła: własne, legia.com, eurosport.onet.pl, polskieradio.pl.

piątek, 10 listopada 2017
„Eksperci” część 8 – Czy trener Dundalk FC zna przepisy?

Stephen Kenny po pierwszym meczu IV rundy eliminacji Ligi Mistrzów sezonu 2016/2017 wściekał się na sędziego Deniza Aytekina z Niemiec, ale bardziej ośmieszył się nieznajomością przepisów albo twórczą interpretacją zasady gry w piłkę nożną.

W 55. minucie meczu Dundalk FC – Legia Warszawa (18 sierpnia 2016 r.) strzał Stevena Langila (wtedy jeszcze piłkarza Legii) zablokował Andy Boyle, ale zrobił to tak niefortunnie, że blokując piłkę został trafiony w rękę.

Stephen_Kenny_-_trener_Dundalk_FC

Stephen Kenny – trener Dundalk FC.

Źródło: irishmirror.ie.

Kenny grzmiał po meczu: Trudno nam zaakceptować decyzję sędziego o podyktowaniu rzutu karnego dla Legii. Piłka nie zmierzała w światło bramki, pozycja ciała naszego zawodnika była naturalna, a ręka znajdowała się blisko ciała. Uważam, że nie powinno być tego karnego.” (cyt. za: eurosport.onet.pl). Czytając taką wypowiedź trudno nie parsknąć śmiechem. Okazuje się bowiem, że w opinii trenera gospodarzy po zagraniu piłki ręką w polu karnym sędzia powinien uwzględnić, czy piłka zmierzała w światło bramki! Jak widać Kenny ze swoimi nowatorskimi pomysłami mógłby starać się o uczestniczenie w pracach komisji FIFA, która zajmuje się zmianami w przepisach gry w piłkę nożną. Trudno uwierzyć, że trener piłkarski opowiada takie rzeczy. Reszty wypowiedzi trudno nawet komentować, bo Boyle próbując zablokować strzał Langila wykonał wślizg, z którego wyszło raczej blokowanie piłki ciałem. Trudno więc mówić o naturalnej pozycji ciała obrońcy Dundalk. Tak samo, jak trudno mówić, że ręka znajdowała się blisko ciała, skoro ewidentnie odstawała od klatki piersiowej i zwiększała powierzchnię ciała.

Zdaniem Kenny'ego nie był to jedyny błąd arbitra: „Moi zawodnicy cały czas byli faulowani, ale sędzia nie karał legionistów żółtymi kartkami. Nasz zawodnik raz dopuścił się przewinienia i sędzia od razu podyktował rzut karny. Nie zasłużyliśmy na tę porażkę. Teraz jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji i będzie nam ciężko odrobić straty.” (cyt. za: eurosport.onet.pl). Przez trenera Irlandczyków przemawiało rozgoryczenie i żal, że Dundalk FC nie wykorzystał atutu własnego boiska. Narzekanie na sędziego, zwłaszcza w kwestii rzutu karnego nie miało żadnego uzasadnienia w przebiegu boiskowych wydarzeń.

 

Źródła: własne, eurosport.onet.pl, 90minut.pl, irishmirror.ie.

czwartek, 09 listopada 2017
To sobie Zawisza zrobił reklamę!

W Skarbie Kibica Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro 2016, Zawisza Bydgoszcz jako jedyny polski klub sportowy wykupił całą stronę na reklamę. Klub wymienił wszystkich swoich jedenastu olimpijczyków, podał adres strony internetowej, poinformował o jubileuszu siedemdziesięciolecia i zaprezentował się jako „najlepszy Klub szkolący dzieci i młodzież w Polsce (SSM)”, posiadający wielofunkcyjny kompleks sportowy i organizujący międzynarodowe imprezy i zgrupowania sportowców z całego świata. Zabrakło tylko dodania, że Zawisza jest klubem wielosekcyjnym, choć to można było wywnioskować ze zdjęć olimpijczyków. Problem jednak w tym, że olimpijczycy nie zrobili klubowi takiej reklamy jakiej mógł się spodziewać.

Na dobrą sprawę zanim rozpoczęły się igrzyska w Rio, to dla Zawiszy były już skończone klapą. Trenujący podnoszenie ciężarów bracia Zielińscy nie zostali dopuszczeni do startu z powodu stosowania przez nich niedozwolonych środków dopingujących. Rysa na PR klubu zostanie na długo. Tym bardziej bolesna, że zdjęcie A. Zielińskiego było przedstawione jako pierwsze w reklamie klubu, a skutkiem stosowania dopingu przez braci może być… likwidacja sekcji podnoszenia ciężarów i ograniczenie albo zaprzestanie finansowania ze środków resortów obrony oraz sportu i turystyki.

Źródło: zawisza.bydgoszcz.pl.

Jeśli chodzi o pozostałych sportowców, to najwyższe miejsce zajęli czterej wioślarze, którzy wystartowali w rywalizacji „ósemek”. Piotr Juszczak, Daniel Trojanowski, Krystian Aranowski i Michał Szpakowski wraz z innymi zawodnikami zajęli 5. miejsce. Lekkoatleci także wystartowali na miarę swoich możliwości. Marcin Lewandowski zajął 6. miejsce w biegu na 800 m. Iga Baumgart (BKS Bydgoszcz) zajęła wraz z koleżankami 7. miejsce w sztafecie 4 X 400 m. Start w finale sztafety 4 X 100 m nie udał się Marice Popowicz-Drapale. W swoim biegu eliminacyjnym Polki zajęły 7. miejsce i zostały sklasyfikowane na 13. miejscu. W biegu indywidualnym na 100 m sprinterka zajęła 6. miejsce w swoim biegu eliminacyjnym i została sklasyfikowana na… 52. miejscu. Najbardziej zawiódł jednak mistrz świata sprzed pięciu lat i rekordzista polski na stadionie – Paweł Wojciechowski, który przepadł w eliminacjach skoku o tyczce. Przyzwoicie wystartowała natomiast Klaudia Breś, która jeszcze dwa lata temu startowała w zawodach juniorek. W obu konkurencjach nie zakwalifikowała się do ośmioosobowego finału. W konkurencji pistoletu sportowego z 25 metrów zajęła 15. miejsce w eliminacjach, a w pistolecie pneumatycznym z 10 m – 23. miejsce.

Zamiast sukcesów i reklamy pozostał wstyd! Ciekawe, czy za cztery lata Zawisza znowu pokusi się o reklamę?

 

Źródła: własne, rio2016.com, zawisza.bydgoszcz.pl. Skarb Kibica. RIO 2016 – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 5 sierpnia 2016 r., s. 11.

08:14, martinez-4ever , IGRZYSKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017
Wpadki organizacyjne na arenach Igrzysk w Rio

Podczas XXXI Letnich Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro (5-21 sierpnia 2016 r.) podobnie, jak podczas każdej dużej imprezy organizatorzy nie ustrzegli się problemów, wpadek i kompromitacji. Skupimy się jednak tylko na tych, które dotyczyły obiektów sportowych.

Puste trybuny

To problem, którego obawia się każdy z organizatorów jakiejkolwiek imprezy. Nie ominął też Brazylijczyków. Podczas niektórych imprez trybuny świeciły pustkami, co wynikało z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze, z powodu niewielkiego zainteresowania niektórymi dyscyplinami olimpijskimi. Brazylijczycy interesują się przede wszystkim piłką nożną i siatkówką, a reszta jest im raczej obca i obojętna. Po drugie, wpływ na cenę biletów miały drogie (jak na brazylijskie standardy) ceny wejściówek.

 Pustki_na_trybunach_w_RIO

Pustki na trybunach aren w Rio.

Źródło: sport.pl.

Wiatr i inne problemy na torze regatowym

Lagoa Stadium to obiekt, na którym rozgrywano zawody wioślarskie i kajakowe. Podczas niektórych konkurencji wiało tak mocno, że przewracało łodzie. Dodatkowo, niektórzy zawodnicy zgłaszali zastrzeżenia co do odpowiedniego oczyszczenia akwenu sugerując, że pływają w nim różne przedmioty. Przed igrzyskami dużo czasu poświęcono na epatowanie ryzykiem zarażenia się wirusem Zika, ale podczas Olimpiady temat upadł.

Lagoa_Stadium

Lagoa Stadium.

Źródło: sportsvideo.org.

Trasa wyścigu kolarskiego ze startu wspólnego

Organizatorzy mieli pomysł, aby fragment trasy przeprowadzić piaszczystą plażą, co spotkało się ogromną krytyką głównie ze strony kolarzy. Z pomysłu zrezygnowano, ale krytyka pozostała, choć z innego powodu. Dobór trasy okazał się (delikatnie mówiąc) nienajlepszy. Trudne technicznie i wymagające zjazdy oraz fatalne zabezpieczenie sprawiły, że część kolarek i kolarzy zaliczyło upadki odnosząc poważne kontuzje. Prowadząca w wyścigu kobiet holenderka Anemiek van Bleuten uderzyła w krawężnik i leżała nieprzytomna. Zawodniczka złamała trzy kręgi w odcinku lędźwiowym i doznała wstrząśnienia mózgu. Groźne wypadki zaliczyli wśród mężczyzn m.in. Vincenzo Nibali, Sergio Henao i Richie Porte. Na nieszczęściu dwóch pierwszych skorzystał Rafał Majka, bowiem wywalczył brązowy medal.

Upadek_Henao_i_Nibaliego_RIO_2016

Rafał Majka przejeżdża między leżącymi Henao i Nibalim, co okaże się kluczem do sięgnięcia po brązowy medal.

Źródło: elespanol.com.

Trasa MTB częściowo zniszczona przez pożar

Problemy, choć głównie wizerunkowe dotknęły także trasę do kolarstwa górskiego. „Kontrolowane wypalanie śmieci wymknęło się spod kontroli. Wiatr, który osiągał w porywach aż 90 km/h przyczynił się do rozprzestrzenienia ognia. Organizatorzy robią co w ich mocy, by powstrzymać żywioł, ale płomienie…” (cyt. za: przegladsportowy.pl) zniszczyły część infrastruktury.

 Pożar_w_Radical_Park

Pożar w Radical Park.

Źródło: smh.com.au.

Tor kolarski pełen zastrzeżeń

Rio Olympic Velodrome w Parku olimpijskim Barra budził wiele zastrzeżeń jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji. Zmodernizowany obiekt był do dyspozycji kolarzy od niespełna dwóch tygodni. Po remoncie nie rozegrano na nim żadnych zawodów, co uniemożliwiło sprawdzenie go w warunkach sportowej rywalizacji. Spore uchybienia zdradzała nawierzchnia toru, co zresztą było przyczyną opóźnień w oddaniu obiektu do użytku. „Wykonawcy mieli problemy z pozyskaniem desek z sosny syberyjskiej, niezbędnych do wyłożenia toru.” (cyt. za: eurosport.onet.pl). Okazało się, że jakość przygotowania nawierzchni pozostawiała wiele do życzenia i zagrażała bezpieczeństwu zawodników. Spod desek wydostawał się klej użyty do montażu. Podczas treningu nie obeszło się bez upadku, np. podczas treningu reprezentantek Australii, a jednak z nich Melissa Hoskins została przewieziona do szpitala. Organizatorzy do ostatnich chwil usuwali wszelkie nieprawidłowości i zawody udało się jednak przeprowadzić bez większych problemów. Tor, mimo obaw, że deski są za bardzo nasiąknięte wilgocią, okazał się bardzo szybki. Pobito na nim cztery rekordy świata i pięć rekordów olimpijskich, głównie w konkurencjach drużynowych.

Naprawa_welodromu_w_RIO

Naprawa uszkodzeń na welodromie w Rio.

Źródło: eurosport.onet.pl.

Na nieszczęście dla Brazylijczyków, wybudowany kosztem 45 milionów dolarów, obiekt doznał poważnych zniszczeń pod koniec lipca 2017 r. Na dach welodromu spadł mały ręcznie robiony balon ogrzewany ciepłym powietrzem. Ogniem zajął się dach, a następnie wnętrze obiektu z samym torem…

Spalony_welodrom_w_RIO

Źródło: cyclingmagazine.ca.

Brazylijczycy nie do końca wiedzieli jak wykorzystać tor po zakończeniu igrzysk, więc los zadrwił z nich okrutnie. Albo poniosą dodatkowe koszty i wyremontują obiekt, albo nie będą z niego korzystali.

Zielona woda w basenie

Z dnia na dzień woda w jednym z kompleksu basenów Maria Lenk Aquatics Center zmieniła kolor z przejrzystego na zielony. Woda w basenie obok była przejrzysta, a w basenie do skoków była zielonkawa. „Szefowie igrzysk wraz ze Światową Federacją Pływacką przekonywali już, że źle zostały dobrane chemikalia i zapewniali, że sytuacja nie zagraża zdrowiu sportowców. Szef obiektu Gustavo Nascimento stwierdził teraz, że prawdopodobnym sprawcą zamieszania jest nadtlenek wodoru. - W dniu otwarcia igrzysk wlano do wody 80 litrów nadtlenku. On nie jest szkodliwy dla zdrowia - mówi Brazylijczyk.” (cyt. za: sport.pl). Organizatorzy wlali do basenu wodę, która wypełniała położony obok basen rozgrzewkowy. Do niego została wlana nowa woda.

Baseny_w_RIO

Źródło: sport.pl.

Sean Deveney z serwisu "Sporting News" wyśmiewał organizatorów dowodząc, że zmiana koloru wody wynikała z ich błędnych założeń - po prostu nie przewidzieli, że z basenu będzie korzystało tak wielu sportowców.”. Natomiast Kevin Post twórcę basenów na igrzyskach w Atlancie w 1996 r. w wypowiedzi dla „Business Insider” stwierdził, że „Większość basenów jest kontrolowana komputerowo, monitorując poziom pH (…) To nie jest takie trudne, ale mam wrażenie, że w Rio nie posiadają takich zabezpieczeń.” (cyt. za: sport.pl). Być może popsuła się maszyna odpowiedzialna za aplikowanie chloru do wody. Niezależnie jednak od przyczyn organizatorzy bagatelizowali sprawę i narazili zdrowie sportowców.

Podsumowanie

Problemy z obiektami sportowymi podczas dużych imprez, zwłaszcza gdy prace wykończeniowe trwają niemalże do rozpoczęcia rywalizacji, stają się zjawiskiem powszechnym. Ciekawe, że problemy dotyczyły wszystkich obiektów kolarskich… 

 

Źródła: własne, sport.pl, sportsvideo.org, elespanol.com, smh.com.au, przegladsportowy.pl, eurosport.onet.pl, espn.com, pl.wikipedia.org. Skarb Kibica. RIO 2016 – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 5 sierpnia 2016 r., s. 12. K. Wolnicki, Wielki Majka, wielka drużyna. Na brąz!, Przegląd Sportowy” z dnia 8 sierpnia 2016 r., s. 2-3. R. Opiatowski, Wiało tak mocno, że przewracało łodzie, Przegląd Sportowy” z dnia 8 sierpnia 2016 r., s. 9.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi