środa, 18 lutego 2009
Eduardo da Silva wrócił!

Jestem pod wielkim wrażeniem powrotu do gry chorwackiego napastnika Arsenalu Londyn Eduardo da Silvy. Po ciężkiej kontuzji, jakiej doznał w lutym zeszłego roku, doszedł do zdrowia, grał w rezerwach Arsenalu a w ostatnim tygodniu w reprezentacji Chorwacji i meczu pucharowym przeciwko Cardiff City.

 

Każdy powrót do zdrowia po ciężkiej kontuzji a taką jest właśnie złamanie kości stanowi powód do zadowolenia i wiary w możliwości organizacji człowieka. W przypadku da Silvy było to złamanie kości stawu skokowego z zerwaniem wszystkich wiązadeł. Dla mnie niesamowitym herosem pod względem takich powrotów jest Djibril Cisse, który wrócił po dwukrotnym w ciągu 18 miesięcy złamaniu kości strzałkowej i piszczelowej. Da Silva, Cisse czy Larsson to dowody na to, że można się podnieść po kontuzji i grać na podobnym, jeśli nie lepszym poziomie (patrz Henrik Larsson). To jest też dowód na to, że my amatorscy piłkarze – zwykli śmiertelnicy, też mamy jakąś szansę na powrót do normalności. Oczywiście nie ma wątpliwości co do faktu, że zawodowi piłkarze są otoczeni specjalistyczną opieką a na ich powrót do zdrowia pracuje cały sztab ludzi. Piłkarze przyjmują niesamowite leki pobudzające organizm do leczenia. Dodatkowo ciężko pracują podczas rehabilitacji, aby powrócić do zdrowia. Z drugiej jednak strony są też negatywne przypadki piłkarzy, który przy podobnych kontuzjach nie wrócili już do gry w piłkę, jak np. David Busst, Luc Nilis, czy Marcin Molek. Media zawsze informują o piłkarzach powracających do zdrowia, przezwyciężających kontuzję. Milczą natomiast o tych, którym się nie udało. O tych, których organizmy odmówiły współpracy i nie chciały już wrócić do sportu. Dzisiaj doskonale wiem co czują i w jakim stanie są tacy, dla których mecz, w którym doznali kontuzji był ich ostatnim w karierze. Wiem co to znaczy, gdy chęci i ambicja przegrywają z możliwościami a jedyną nadzieją jest wiara w normalne chodzenie…

 
09:22, martinez-4ever , Kontuzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2009
Śmierć na Węgrzech

Doniesienia z zeszłej niedzieli o śmierci rumuńskiego piłkarza ręcznego musiały poruszyć wszystkich, którzy jeszcze niedawno świętowali brązowy medal Mistrzostw Świata wywalczony przez polską reprezentację w Chorwacji. Od tamtego tragicznego dnia upłynął już tydzień i wiadomo więcej na temat okoliczności śmierci Mariana Cozmy.

Zawodnicy węgierskiego klubu MKB Veszprem bawili się w nocy z soboty na niedzielę w jednym z tamtejszych lokali świętując narodziny córki reprezentanta Węgier Gergely'ego Ivanciska. W klubie bawili się też Serb Żarko Sesum, Chorwat Ivan Pesić i Węgier Nikola Eklemović.

Cozma stanął w obronie kelnerki, którą chciał uderzyć jeden z członków grupy przestępczej. Bandyci odmówili zapłacenia rachunku. Napastnicy wyprowadzili Cozmę przed klub, gdzie szef grupy Sandor Raffael zadał mu dwa ciosy nożem w serce. Na pomoc Rumunowi ruszyli Sesum i Pesić. Pierwszy został ugodzony nożem w okolice nerki, co spowodowało konieczność jej usunięcia. Drugi został skopany i z ciężkimi obrażeniami głowy odwieziony do szpitala. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Kilka dni później dwaj członkowie grupy (Raffael i Gyozo Nemeth) zostali zatrzymani, gdy zmierzali do granicy Austrii z Włochami.

Marian_Cozma

Cozma miał 26 lat i występował na pozycji kołowego. W spotkaniu el. ME 2010 w listopadzie 2008 Rumunia - Polska (33:29) zdobył dwie bramki. Grał też na niedawno zakończonych Mistrzostwach Świata. Rumunia zajęła 15. miejsce a on zdobył 18 goli. Ogółem w reprezentacji rozegrał 60 meczy rzucając 115 bramek. W 6 meczach Ligi Mistrzów strzelił 23 bramki. Sesum grał w barwach Serbii na ostatnich mistrzostwach świata: 9 meczy i 19 bramek, w tym 1 w meczu przeciwko Polsce. Pesić jest w szerokiej kadrze reprezentacji Chorwacji.

Śmierć tego świetnego zawodnika to bez wątpienia wielka tragedia dla całego świata piłki ręcznej, a przede wszystkim dla jego rodziny, reprezentacji i klubu, jednego z najlepszych w całej Europie.".

MKB_Veszprem

MKB Veszprém KC (węg. MKB Veszprém Kézilabda Club) to jeden z najlepszych klubów piłki ręcznej na świecie. Założony w 1977 r. zdobył 16 razy Mistrzostwo Węgier i 17 razy Puchar tego kraju. Do tego dochodzą sukcesy w europejskich pucharach - zdobycie Pucharu EHF (1992), Pucharu Zdobywców Pucharów (2008) i finału Ligi Mistrzów (2002) i Superpucharu Europy (Chamiopns Trophy 2008). Od sezonu 1997/1998 tylko dwukrotnie Veszprem nie doszedł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W jednym sezonie w ogóle nie grał w LM a w drugim swój udział zakończył na fazie grupowej.

O kruchości sportowego życia mogliśmy przekonać się dwa dni wcześniej. W piątek, 6 lutego, podczas treningu szpadzistów AZS AWF Warszawa junior Konrad Kulik został trafiony pękniętą klingą, która przebiła mu płuco. Odsyłany od szpitala do szpitala zmarł w karetce. To pierwszy tak tragiczny wypadek w powojennej historii polskiej szermierki.

Zdjęcia pochodzą ze stron: http://www.mkbveszprem.hu/ i http://www.ehfcl.com/men/2008-09/clubs

22:12, martinez-4ever , PIŁKA RĘCZNA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lutego 2009
W co gra Beenhakker?

Feyenoord Rotterdam oficjalnie poinformował, że Leo Beenhakker przyjął propozycję objęcia funkcji doradcy technicznego kierownictwa „Feye” do końca trwającego sezonu. Leo zapewnił, że będzie pozostawał w cieniu, bez kontraktu, bez pieniędzy, bez oficjalnej funkcji. Informacja Feyenoordu zadaje się temu przeczyć. Zanosi się na kolejny konflikt na linii PZPN-Beenhakker, bo Grzegorz Lato powiedział, że nie zgodził się na żadną formę współpracy trenera z jakąkolwiek inną drużyną.

 

Beenhakker najpierw otrzymał propozycję objęcia funkcji trenera Feyenoordu i prowadzenia go wraz z reprezentacją Polski. Lato nie zgodził się, co w związku z nieudanymi meczami reprezentacji jesienią należy uznać za słuszne, bo Leo powinien skoncentrować się na najbliższych meczach reprezentacji. Wprawdzie trener zapewnia, że obie funkcje nie kolidowałyby ze sobą, ale nie oszukujmy się, że Beenhakker dalej pracowałby z takim zaangażowaniem w Polsce jak do tej pory a trzeba przyznać, że to zaangażowanie maleje. Z drugiej strony Leo daje coraz więcej powodów, dla których należy sądzić, że kwestią czasu jest porzucenie polskiej kadry i związanie się z Feyenoordem.

 

Lato postąpił jak przystało na każdego pracodawcę. Płaci (niemało), wymaga i chce mieć pracownika na wyłączność. Odmowa nie zdenerwowała Beenhakkera tak jak ujawnienie jego pytania o możliwość współpracy z klubem z Rotterdamu. Leo był wściekły, że jego rozmowa z prezesem PZPN trafiła na łamy gazet i być może na złość Prezesowi PZPN Beenhakker przyjął propozycję doradztwa. Podkreślił jednak, że będzie to robił wyłącznie w swoim czasie wolnym i nikt nie będzie mu dyktował co w tym czasie będzie robił. Lato częściowo zgadza się z tym twierdzeniem, bo nie zamierza dysponować wolnym czasem Beenhakkera, ale nie wyraża zgody, aby w tym czasie współpracował z jakąkolwiek inną drużyną.

 

Odnoszę wrażenie, że Beenhakker zostając doradcą Feyenoordu przygotowuje się do przejęcia tego klubu w nowym sezonie niezależnie od wyników osiągniętych przez polską reprezentację. Częściowo potwierdzają to słowa samego Beenhakkera: „Chcę pracować z myślą o przyszłym sezonie, wprowadzając rozwiązania i struktury, które pozwolą trenerowi zespołu działać w optymalnych warunkach.”. Wydaje się, że w przypadku braku awansu do Mistrzostwa Świata w 2010 roku winny będzie tylko trener a podjęcie współpracy z „Feye” będzie mu wypominane przy każdym niepowodzeniu polskiej kadry.

 

A jeszcze niedawno Leo mówił: „Pracujemy na rzecz całego narodu. Reprezentujemy Polskę. Jestem bardzo szczęśliwy, że ludzie tak interesują się reprezentacją.”…

 

Cytaty pochodzą z serwisu sport.pl.

 

piątek, 13 lutego 2009
Upokorzone Hoffenheim

Lider Bundesligi doznał wyjątkowo bolesnej porażki. Na własnym stadionie uległ Bayerowi Leverkusen aż 1:4. Porażka nie dość, że wysoka to może jeszcze kosztować piłkarzy Hoffenheim spadek na trzecią pozycję. W Leverkusen okazały debiut zaliczył niechciany w Bochum Tomasz Zdebel, który rozegrał pełne 90 minut. Warto dodać, że na jesieni Leverkusen także rozgromiło Hoffenheim (5:2).

Czego jednak oczekiwać po ekipie z Hoffenheim skoro podczas przerwy zimowej najlepszy strzelec klubu Vedran Ibisević doznał kontuzji, która wyeliminowała go z gry w tym sezonie. Poza tym terener Hoffenheim Ralf Ragnick w jednej z wypowiedzi przed rundą wiosenną powiedział: „Myślenie o tym, że możemy zdobyć mistrzostwo jest nierealne. Dobrze by było, gdybyśmy zajęli w lidze piąte lub szóste miejsce. Trzeba by być naprawdę naiwnym, by ufać, że wciąż będziemy potrafili sprawić tyle niespodzianek, ile nam się udało jesienią.". W ten sposób trener podciął trochę skrzydła swoim podopiecznym, którzy dzisiaj przegrali z Leverkusen, a w zeszłym tygodniu zremisowali z czerwoną latarnią Bundesligi - Borussią Moenchengladbach. Jedynie na inaugurację rundy wiosennej Hoffenheim wygrało (2:0 z Energie Cottbus).

Sytuacja w Bundeslidze staje się coraz bardziej ciekawa, ponieważ w walkę o mistrzostwo zaangażowanych jest pięć zespołów - wspomniane już Hoffenheim i Leverkusen oraz Bayern, Hertha i HSV. Z jednej strony oznacza to, że Bundesliga jest w tym sezonie niesamowicie wyrównana, ale z drugiej strony zanosi się na to, że tegoroczny mistrz zdobędzie tytuł grając wyjątkowo nierówno.

Paradoksalnie chimeryczny Bayern cały czas ma szanse na tytuł, a jeśli wygra w Berlinie z Herthą to zostanie liderem. A ja tradycyjnie parafrazując słowa jednego z polityków powtórzę: „Klinsmann musi odejść".

Tagi: bundesliga
23:41, martinez-4ever , PIŁKA NOŻNA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2009
Hasan Salih Kabze nie dla Legii

W dniu wczorajszym „Fakt" (odrębną sprawą jest wiarygodność tego źródła) poinformował, że szefowie Legii Warszawa „nie chcieli zatrudnić piłkarza, który grał w Lidze Mistrzów". Informacja została podchwycona przez co najmniej kilka internetowych serwisów piłkarskich.

Owym piłkarzem jest Hasan Salih Kabze, 26-letni reprezentant Turcji (7 meczy i 2 bramki). Kabze jest piłkarzem mistrza Rosji - Rubina Kazań, w którym według niektórych źródeł od 2007 roku rozegrał w lidze 20 meczy (8 bramek). Wcześniej grał w Galatasaray Stambuł, Dardanelspor i Bucaspor. W barwach „Galaty" rozegrał w lidze 54 mecze i strzelił 16 bramek a przynajmniej tak wynika z informacji zamieszczonych na stronie Tureckiej Federacji Piłkarskiej (TFF). „Fakt" podaje jednak, że Kabze strzelił 8 bramek więcej. Kabze „nie jest zadowolony z faktu, że w drużynie mistrza Rosji nie może przebić się do podstawowego składu. Dlatego szukał zatrudnienia w Polsce".

Hasan_Salih_Kabze

Menadżer piłkarza Jakub Słowik wysłał jego CV do Legii, Polonii i Wisły. Tylko Polonia była zainteresowana piłkarzem, ale proponowała testy. Menadżer piłkarza stwierdził jednak: „to przecież absurd, żeby taki piłkarz przyjeżdżał na testy do Polski". Innymi słowy jeden z polskich klubów miał dokonać przysłowiowego „kupna kota w worku". Piłkarz miał, bowiem zostać oceniony na podstawie CV i ewentualnej kasety z jego najlepszymi występami. Jak montowane są takie kasety widać przy perypetiach Wisły podczas próby zakontraktowania solidnego bramkarza. CV piłkarza budzi szacunek, ale nie może być wyznacznikiem jego formy, tym bardziej, że ten piłkarz do tej pory nie był w kręgu zainteresowania polskich klubów a więc trudno mówić o długofalowym obserwowaniu.

Piłkarz teoretycznie jest „za darmo", bo (jak twierdzi menadżer) nie trzeba płacić za niego odstępnego i dodaje, że kluby bez problemu mogłyby spełnić wymagania finansowe Kabze, ponieważ piłkarz chciał za wszelką cenę grać i był w stanie zejść z bardzo dobrych zarobków, jakie miał w Rubinie. Pojawia się jednak pytanie czy rzeczywiście Kabze zgodziłby się na mniejsze zarobki. Przykład Legii wskazuje, że deklaracji piłkarzy (Jacek Bąk i Jacek Krzynówek) niczego jeszcze nie przesądzają. Dodatkowo należy pamiętać, że piłkarze, za który nie trzeba płacić odstępnego traktują to jako okoliczność, która ma zapewnić im wyższy kontrakt. Poza tym nie wiadomo ile Kabze zarabiał w lidze rosyjskiej, która jeszcze do niedawna uchodziła za istne eldorado. Wprawdzie nastał kryzys i w Rosji eldorado dobiegło końca, ale kryzys dopadł też Polskę. Być może to też jest powód, dla którego również polskie kluby „zaciskają pasa".

Rozpoczęcie rundy wiosennej już za dwa tygodnie, większość klubów dopięła już kadry a pojawienie się nowego piłkarza, zwłaszcza niesprawdzonego stanowi ryzyko. Po pierwsze, nie pozostało już dużo czasu na wspólne treningi a tym samym na zgranie. Po drugie, nie wiadomo jak piłkarz wkomponuje się w drużynę. Po trzecie, budżety klubów nie są z gumy i nie można ciągle zwiększać wydatków. Można dywagować czy Legia nie skąpi pieniędzy na Kabze, bo przecież Edson „zwolnił" wysoki kontrakt a poza tym sprzedano Wawrzyniaka za 1,5 mln euro. Z drugiej jednak strony Dziennik „Polska" podał, że Legia dostała tylko część pieniędzy z tych półtora miliona a reszta jest uzależniona od częstotliwości występów Wawrzyniaka. Część pieniędzy została wykorzystana na nieplanowane transfery Komorowskiego i Ostrowskiego a być może Chikwaikwai i Mwanjali. To wszystko dywagacje, które nie zmieniają faktu jakim jest bardzo duże ryzyko, które niesie za sobą zatrudnienie Hasana Saliha Kabze. Nie oszukujmy się, że to tani piłkarz. Jestem pewien, że jego roczny kontrakt miałby opiewać na 200-250 tys. euro. Akurat Legia po wpadkach z Arruabareną, Tito i chyba Descargą, nie może pozwolić sobie na kolejny błąd.

W polskiej lidze było już kilku piłkarzy z CV imponującymi, jak na polskie warunki. Przypomnę tylko Ulricha Borowkę, Angelo Hugesa i Olega Salenkę. Cokolwiek pozytywnego pokazał Huges, ale i tak nie wzniósł się ponadprzeciętność. Z kolei Inaki Descarga walczy o miejsce w składzie, ale CV może nie pomóc mu w wygraniu rywalizacji z Jakubem Rzeźniczakiem.

„Fakt" (jak zwykle) zrobił dużo szumu i zamieszania. Moim zdaniem niesłusznie, ponieważ Kabze wygląda na dobrego piłkarza, ale zatrudnianie go tylko dlatego, że jest „za darmo" i grał w reprezentacji Turcji i Galatasaray Stambuł, to gruba przesada.

Tagi: Legia
23:37, martinez-4ever , Transfery
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009
Zwycięstwo nad Walią

„Biało-czerwoni" zupełnie nie zasłużyli na dzisiejsze zwycięstwo w meczu sparingowym z Walią, bo to rywale byli lepsi. Nasza kadra, co to dużo mówić, zawiodła. Na nieco ponad miesiąc zaczynam mieć duże obawy czy stać nas na zwycięstwo w Belfaście. Poprzedni występ kadry „A" (za taką trudno uznać kadrę, która zagrała przeciwko Litwie) odbył się w Dublinie i napawał optymizmem. Teraz nastroje powinny być zgoła odmienne.

Pewnym wytłumaczeniem gorszej gry może być fakt, że część kadrowiczów jeszcze nie rozpoczęła rozgrywek ligowych w tym sezonie, a część zagrała dopiero kilka meczy. Walijczycy grający na Wyspach są w pełni sezonu. To nie jest jednak dobre wytłumaczenie. Od kadry Beenhakkera powinniśmy wymagać więcej. Wydaje się, że w dzisiejszym meczu zabrakło też zaangażowania i woli walki.

Cudowna bramka Rogera pozostała nam na osłodę tego słabego meczu, a trzeba przyznać, że dzisiejsze zwycięstwo ma gorzki smak. Wygraliśmy - to fakt, ale gra pozostawia wiele do życzenia.
wtorek, 10 lutego 2009
Euro 2012 w Polsce i w Niemczech?

Z dużym zdziwieniem przyjąłem informację, że polscy politycy rozmawiają w tzw. kuluarach z Niemcami w sprawie organizacji Euro 2012 na stadionach w Berlinie i Lipsku. Takie działania są zupełnie niepotrzebne, ponieważ Polska ma swoje przygotowania i swoje problemy i nie powinna oglądać się na problemy Ukraińców. Naszym zadaniem jest przygotowanie Euro 2012 w Polsce i wspieranie Ukraińców, a nie prowadzenie potajemnych negocjacji z Niemcami. Ukraińcom jesteśmy winni lojalność w ramach wspólnego kandydowania, przygotowania i (oby) organizacji tej imprezy.

Oczywiście faktem są opóźnienia w budowie stadionów, a zwłaszcza we Lwowie, ale nie zapominajmy, że jeszcze do niedawna to my mieliśmy duże problemy a UEFA z Platinim na czele groziła palcem wskazując na konieczność przyspieszenia prac. Upłynęło tylko kilka miesięcy i nasi politycy stawiają nas w lepszej sytuacji. Niby dlaczego? Przecież wiadomo, że infrastrukturalnie nie podołamy temu wyzwaniu. Nie będzie wystarczającej liczby nowych lub zmodernizowanych dróg, autostrad, lotnisk, dworców i hoteli. To, że na Ukrainie jest pod tym względem gorzej nie ma żadnego znaczenia. Polski komitet organizacyjny powinien dołożyć wszelkich starań, aby Polska wraz z Ukrainą mogły zorganizować największą sportową imprezę w dotychczasowej historii obu państw. Nie przypadkiem media informują, że Euro odbędzie się w Polsce, ale na ilu i na jakich stadionach tego nie wiadomo. Infrastrukturalnie i logistycznie będzie jednak pełna prowizorka. Ukraińcy niby są w gorszej sytuacji, ale to właśnie oni oddali już do użytku stadion w Dniepropietrowsku, który jest pierwszą gotową areną Euro 2012.

Jestem przeciwny prowadzeniu jakichkolwiek rozmów z Niemcami, ponieważ naszym partnerem (i współorganizatorem Euro!) jest Ukraina a nie Niemcy. Poza tym ewentualną decyzję o zmianie organizatora może podjąć tylko i wyłącznie UEFA. Polska powinna zająć się przygotowaniem imprezy, ale widać, że decydenci wzięli sobie do serca wypowiedź Prezesa PZPN, który stwierdził, że jeśli Ukraina sobie nie poradzi to zorganizujemy Euro z Niemcami. Nie ma nic przeciwko Niemcom, ale takie wybieganie w przyszłość jest bez sensu, gdy jeszcze do niedawna w Polsce nic się nie działo w kwestii przygotowania tej imprezy. Wypowiedź ministra Rapackiego wskazująca, że głównym problemem Ukrainy jest niestabilność polityczna, niczemu nie służy. Niestety w sprawie Euro 2012 już dawno wkroczyliśmy w etap, w którym politycy mają najwięcej do powiedzenia a to mistrzowskiej imprezie nie wróży nic dobrego. Promyczkiem nadziei w tym całym zamieszaniu jest postawa spółki PL.2012, której rzeczniczka dementowała dzisiejsze doniesienia niemieckiej prasy mówiąc m.in.: „Pracujemy razem z Ukrainą. Jesteśmy lojalnym partnerem i robimy swoje (...)Organizujemy mistrzostwa razem z Ukrainą.".
23:02, martinez-4ever , EURO 2012
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Kobieta w polskiej lidze żużlowej

Podpisanie w zeszłym tygodniu kontraktu przez KM Ostrów Wlkp. z 19-letnią Dunką - Nanny Jorgensen stanowi bezprecedensowe wydarzenie w historii polskiego żużla. Do tej pory był on zdominowany przez mężczyzn, choć należy wspomnieć o opolance Sylwii Pszon, która kilka lat temu startowała wyłącznie pokazowo, ponieważ zgodnie z obowiązującym wówczas regulaminem kobiety nie mogły uprawiać sportu żużlowego.

Jorgensen prawdopodobnie będzie startowała wyłącznie w turniejach towarzyskich a jej zakontraktowanie było posunięciem bardziej marketingowym niż sportowym. Prezes KM Ostrów nie wyklucza jednak, że Dunka wystartuje w jednym z meczów, choć wiadomo, że tor zweryfikuje jej umiejętności. Nanny będzie miała o tyle łatwiejszy start w Ostrowie, że wcześniej prawo do treningów wspólnie z mężczyznami wywalczyła Kinga Wachowska.

Warto wspomnieć, że Nanny Jorgensen nie jest pierwszą i (zapewne) ostatnią kobietą, która próbuje swoich sił w żużlu. Holenderka Nynke de Jong była prawdopodobnie najlepszą kobietą startującą na żużlu, choć częściej startowała na torach piaszczystych i na trawie. Dzięki startom na niemieckiej licencji w 2002 r. zdobyła mistrzostwo tego kraju w wyścigach na torze piaszczystym. W 2001 r. w finale Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów startowała Sabina Bogh z Danii. Warto jeszcze wspomnieć, że na przełomie lat 20-tych i 30-tych minionego stulecia startowały Fay Taylour, znana jako Queen of Speedway i Eva Asquith.

Przypadek Jorgensen skłania do głębszej refleksji. Kolejne bariery dotyczące podziału poszczególnych dyscyplin sportu ze względu na płeć zaczynają pękać. W ciągu ostatnich dwudziestu lat kobiety zaczęły uprawiać (wydawałoby się) typowo męskie dyscypliny sportu takie jak boks, zapasy, hokej na lodzie i football amerykański (o Lingerie Football League jeszcze napiszę). W niektórych dyscyplinach jak na przykład w żużlu kobiety zaczynają najpierw od treningów a później przechodzą do rywalizacji z mężczyznami. Być może żużel podąży przykładem skoków narciarskich, gdzie chętnych do uprawiania tej dyscypliny sportu było tak dużo, że kobiety zaczęły rywalizować między sobą. Najpierw Austriaczka Eva Ganster skakała przed zawodami Pucharu Świata w Kulm starając się pobić kobiecy rekord świata w długości lotu a później zaraziła swoją pasją inne przedstawicielki płci pięknej. Od 1999 r. kobiety rywalizowały w FIS Ladies Grad Prix, a od 2004 r. w Pucharze Kontynentalnym. W tym roku w Liberce zadebiutują na Mistrzostwach Świata a za pięć lat na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi.

Wygląda na to, że sportowa emancypacja kobiet rozszerza swoje kręgi.

Informacje nt. kobiet startujących na żużlu pochodzą z forum: www.sportsboard.pl.
23:24, martinez-4ever , Żużel
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lutego 2009
Jeleń zbawcą Auxerre

Tak długo jak Ireneusz Jeleń nie grał, tak długo Auxerre grało poniżej oczekiwań. Jeleń wrócił i stał się niemal cud. Słabo grający zespół AJA bezbramkowy zremisował z Lorient w zeszłym tygodniu. Dzisiaj Auxerre wygrało w Nancy 2:0 a jedną z bramek strzelił Jeleń. Wygląda na to, że Jeleń mimo kontuzji, która wyłączyła go prawie z połowy sezonu, zostanie najlepszym strzelcem zespołu. Obecnie ma na swoim koncie cztery bramki. Strzelanie bramek to jedno a znaczenie w drużynie, to drugie. Wydaje się, że Jeleń skuteczności jest dodatkowo „dobrym duchem” zespołu. Jego powrót do drużyny został pozytywnie odebrany przez zawodników, trenerów i kibiców Auxerre. Dodatkowo media od dawna już wskazywały, że polepszenia sytuacji Auxerre, a zespół broni się w tym sezonie przed spadkiem, należy spodziewać się po powrocie Jelenia. I tak się stało! Dobre występy Jelenia w Ligue 1 zapewne nie zaowocują powołaniem do kadry, bo z Jeleniem jest podobnie jak z Wichniarkiem…

23:45, martinez-4ever , PIŁKA NOŻNA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 lutego 2009
Hajduk Split – pogromca Legii

Pisałem już o Crvenie i trochę o Partizanie, ale muszę pozostać na Bałkanach, aby wspomnieć o innym bałkańskim klubie, który zostawił w moim sercu bolesną zadrę.

Chodzi o Hajduka Split, założonego 13 lutego 1911 roku. Z uwagi na białe stroje nazywany jest Bili, a także Hajduci oraz Majstori s mora. Słowo „hajduk" oznacza bałkańskiego zbójnika walczącego z imperium otomańskim. „Hajduk" pochodzi z języka węgierskiego, w którym oznacza rabusia. Największymi sukcesami klubu są półfinały Pucharu Zdobywców Pucharów (1972/1973) i Pucharu UEFA (1983/1984).

W sezonie 1994/1995 Hajduk nie dał warszawskiej Legii żadnych szans w eliminacjach do Ligi Mistrzów, wygrywając 1:0 przy Łazienkowskiej i 4:0 na legendarnym stadionie Poljud. Legia nie nawiązała żadnej walki. Hajduk był poza jej zasięgiem a w Lidze Mistrzów odpadł dopiero w ćwierćfinale, zwyciężony przez późniejszego triumfatora - Ajax Amsterdam.

Nazwiska piłkarzy Hajduka, które wtedy nic mi nie mówiły, później dobrze zadomowiły się w mojej pamięci - Toni Gabrić, Igor Stimać, Aljosa Asanović, Milan Rapaić, Tomislav Erceg, Nenad Pralija, a poza tym Butorović, Person, Hibić, Vuica, Vulić, Mornar, Mestrović, Andrijasević, Prażenica i Vladislavić.

Hajduk był trudnym rywalem a Wojtek Kowalczyk po losowaniu powiedział, że to najgorszy rywal jakiego Legia mogła wylosować. Pamiętam też, że trener Legii Paweł Janas tłumaczył, że polska liga jest słaba, że Hajduk ściągnął z zagranicy przed Ligą Mistrzów najlepszych chorwackich piłkarzy i że z uwagi na World Cup 1994, Legia nie mogła grać z silnymi sparingpartnerami. Legia z tej porażki wyciągnęła wnioski i (dopiero) rok później mogła cieszyć się z awansu do elitarnej Ligi Mistrzów.

Dzięki rywalizacji z Hajdukiem zrozumiałem jaką siłę reprezentuje chorwacka piłka a występy reprezentacji Chorwacji podczas Euro 1996 i Cope du Monde 1998 do tej pory nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że Chorwaci są trudnym rywalem. Zwłaszcza jeżeli chodzi o reprezentację, bo klubowa piłka ogranicza się do Hajduka i Dinama (Croatii) Zagrzeb.

Pewnym paradoksem jest to, że osiągnięcia Hajduka z okresu rywalizacji z Legią, nie zostały powtórzone. Hajduk nie osiągnął żadnych sukcesów w europejskich pucharach a niektóre z jego występów stanowią kompromitację. Być może stało się tak dlatego, że na domowym podwórku, Hajduk całkowicie przegrał rywalizację z Dinamem. Od tamtej pory Hajduk zdobył tylko cztery mistrzostwa (1995, 2001, 2004, 2005), kończąc rywalizację w lidze z reguły na drugim miejscu. Zdarzało się, że Hajduk zajmował dopiero 5. miejsce (2006 i 2008). Jeśli chodzi o występy w europejskich pucharach w ostatniej dekadzie, to przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, że Hajduk odpada z rywalizacji po jednej, dwóch rundach. Nie awansował po raz drugi do Ligi Mistrzów. Nie grał też w fazie grupowej Pucharu UEFA.

Pewnym pocieszeniem z punktu widzenia polskiej piłki klubowej jest wyeliminowanie Hajduka przez Wisłę Kraków w Pucharze UEFA sezonu 2001/2002 (2:2 i 1:0). Hajdukowi zdarzały się jednak przykre wpadki. Dwa lata wcześniej odpadł z rywalizacji w Pucharze UEFA po dwumeczu z Lewskim Sofia (0:0 i 0:3). W eliminacjach Ligi Mistrzów 2000/2001 przegrał z węgierskim Dunafferrem (0:2 i 2:2). Gdy cztery lata później lepszym okazał się irlandzki Shelbourne (3:2 i 0:2), wydawało się, że doszło do kompromitacji, ale w następnym sezonie Hajduk dokonał rzeczy niezwykłej. Przegrał z Debreczynem 0:3 na wyjeździe i 0:5 u siebie!
 
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi