piątek, 01 grudnia 2017
Jugosłowiański Lech

Trener Franciszek Smuda oparł grę poznańskiego Lecha w sezonie 2008/2009 na obcokrajowcach uzupełniając ich bardzo dobrymi polskimi piłkarzami. Większość wśród poznańskich obcokrajowców stanowili piłkarze wywodzący się z krajów byłej Jugosławii.

Na jesieni 2008 r. w meczach ligowych Lecha wystąpiło pięciu piłkarzy z byłej Jugosławii – Ivan Turina (Chorwacja), Ivan Durdević (Serbia), Zlatko Tanevski (Macedonia), Dmitrije Injać (Serbia) i Semir Stilić (Bośnia i Hercegowina). Do tego dochodzą czterej obcokrajowcy z innych państw: Manuel Arboleda (Kolumbia), Luis Henriquez (Panama), Anderson Cueto i Hernan Rengifo (obaj Peru). Spośród 21 piłkarzy, którzy jesienią zagrali w Ekstraklasie w barwach Lecha tylko dwunastu stanowili Polacy a resztę obcokrajowcy.

Djurdjević_Injać_i_Golik_w_Lechu

Piłkarze z państw byłej Jugosławii w barwach Lecha – Djurdjević, Injać i Golik.

Źródło: igol.pl.

Zimą Lech pozyskał czterech kolejnych graczy z krajów byłej Jugosławii: Chorwata Gordana Golika i trzech Bośniaków: Jasmina Buricia, Harisa Handżica i Fenena Salcinovica, którego wypożyczył do końca sezonu do norweskiego Sandefjord Fotball. A dodać należy, że wśród testowanych piłkarzy był Serb Miodrag Stosić i Brazylijczyk Carlom Mendes „Cadu”. Trener Smuda z dużym dystansem wypowiadał się o nowych nabytkach Lecha wskazując, że to „melodia przyszłości” a nie piłkarze, którzy są w stanie skutecznie rywalizować miejsce w składzie. W ten sposób Franz zasugerował, że miał niewielki wpływ na transfery, o których decydują działacze. Złośliwi przypomnieli jednak, że o Stilicu też wypowiadał się negatywnie. Smuda mówił wtedy, że kupiono kota w worku a on nie miał możliwości sprawdzenia tego piłkarza. Później zmienił jednak zdanie.

Lech w jugosłowiańskim wydaniu sprawdził się, a zwłaszcza czwórka piłkarzy – Burić, Djurdjević, Injac i Stilić. Fotel lidera po jesiennych rozgrywkach ekstraklasy i awans do fazy grupowej, a następnie 1/16 finału Pucharu UEFA potwierdziły, że dobranie akurat tych piłkarzy było właściwe.

Ostatecznie Lech w sezonie 2008/2009 wywalczył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. W kolejnym sezonie pod wodzą Jacka Zielińskiego, Lech sięgnął po Superpuchar i mistrzostwo Polski, a także awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Został zwolniony w listopadzie 2010 r., a jego dzieło (w tym awans do 1/16 finału Ligi Europy) kontynuował Jose Maria Bakero. Kluczowymi piłkarzami Lecha w tym czasie byli oczywiście „Jugole” – Djurdjević, Injać i Stilić.

Lech_przed_meczem_z_MC_listopad_2010

Listopad 2010 r. Lech przed historycznym meczem z Manchesterem City (3:1). W składzie ośmiu obcokrajowców (a w tym Burić, Djurdjević, Injać i Stilić) i tylko trzech Polaków (Bosacki, Peszko i Kikut).

Źródło: onet.pl.

Jak to było w innych klubach?

Kierunek jugosłowiański już kiedyś odniósł w Polsce sukces. W 2002 r. warszawska Legia prowadzona przez Serba Drogomira Okukę sięgnęła po Mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Kluczowymi piłkarzami tego klubu byli wówczas Aleksandar Vuković i Stanko Svitlica. Na ławce siedział Macedończyk Marjan Gierasimovski a w rezerwach kolejny Serb – Goran Njamculović.

Z kolei brazylijska przygoda Legii nie była dobrym rozwiązaniem, co potwierdził sezon 2006/2007 (Elton, Junior i Hugo Alcantara) a jedynie Edison i Roger potwierdzili swoją klasę. Podobnie nienajlepszą okazała się hiszpańska opcja firmowana przez Mirosława Trzeciaka i Jana Urbana. Mikel Arruabarena, Inaki Descarga, Balbino i Tito zawiedli. Jedynie Inaki Astiz okazał się wzmocnieniem klubu na lata.

Do historii przejdzie jednak przede wszystkim „Brasiliana” Antoniego Ptaka, która w sezonie 2006/2007 spuściła szczecińską Pogoń do I ligi (wtedy II ligi). Całego zastępu obcokrajowców tyle, że w Widzewie Łódź próbował także Dariusz Wdowczyk, który zasłynął tym, że w jednym z meczów sparingowych RTS-u wystawił jedenastkę złożoną z samych obcokrajowców. Wtedy nikt nie przypuszczał nawet, że taka sytuacja może mieć miejsce w lidze. Antoni Ptak potwierdził jednak, że może…

Ile znaczyli jugosłowiańscy piłkarze Lecha?

Dmitrije Injać występował w Lechu od wiosny 2007 r. do 2014 r. z przerwą na leczenie kontuzji i grę w Polonii Warszawa. Wystąpił w 156 ligowych meczach i zdobył 5 goli. Ivan Djurdjević związał się z Lechem jesienią 2007 r. aż do wiosny 2013 r., czyli do końca jego kariery. Dał się poznać jako charakterny piłkarz, który stał się prawdziwym lechitą. Zagrał w 105 ligowych meczach i zdobył 4 gole. Semir Stilić od sezonu 2008/2009 zagrał w Lechu przez cztery sezony, w których dużo dawał drużynie, ale po początkowych zachwytach nie zawsze utrzymywał wysoką formę. Pomimo tego wystąpił w 106 ligowych meczach, w których zdobył 18 goli. Wilkie talent, który był łączony z Celtikiem Glasgow robił karierę w… Karpatach Lwów, Gazientepsporze, APOEL Nikozja i Wiśle Kraków. Trochę zapomniany Zlatko Tanevski przez trzy lata (wiosna 2007 – wiosna 2010) wystąpił w 44 ligowych meczach, w których zdobył jednego gola. Później występował jeszcze w GKS Bełchatów i Vardarze Skopje. Natomiast Ivan Turina wystąpił tylko w dwunastu meczach sezonu 2008/2009. Poźniej występował krótko w Dinamo Zagrzeb i przez prawie trzy lata w AIK Solna. Zmarł w 2013 r. najprawdopodobniej z powodu niewydolności serca.

Spośród zawodników ściągniętych zimą 2008 r. jako inwestycja w przyszłość tylko Jasmin Burić okazał się słusznym wyborem. Zadebiutował w lidze w październiku 2009 r. i rozegrał od tamtej pory jako piłkarz Lecha rozegrał 122 ligowe mecze. Gordan Golik rozegrał w Lechu tylko dwa ligowe mecze jesienią 2009 r. Od sezonu 2011/2012 występuje w średnich klubach chorwackich, z półroczną przerwę na ligę serbską. Haris Handżić też nie zachwycił, a jesienią 2009 r. rozegrał tylko jeden mecz. Wiosną 2010 r. wrócił do FK Sarajevo, a później brał m.in. w Liechtensteinie (FC Vaduz), Rosji (FK Ufa), Chorwacji (HNK Rijeka) i na Węgrzech (Debreczyn). Fenenowi Salcinovicowi nie było dane zdebiutować w Lechu. Po wypożyczeniu do Norwegii wrócił do Bośni, a później grał także w HNK Rijeka i Sandefjord Fotball.

Podsumowanie

Jak widać jugosłowiański zaciąg sprawdził się w Poznaniu, a Injać, Djurdjević, Stilić i Burić stanowili o sile „Kolejorza”. Nie sprawdzili się piłkarze (za wyjątkiem Buricia), którzy byli sprowadzani jako inwestycja w przyszłość, zresztą żaden z nich nie zrobił poważnej kariery. Ciekawe, że Lech później zainteresował się bardziej rynkiem węgierskim i skandynawskim.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, igol.pl, onet.pl.

czwartek, 30 listopada 2017
Jak Barcelona miała zostać Ajaxem, czyli nieudany eksperyment

Był rok 1997, a Barcelona pozostawała bez zwycięstwa w Lidze Mistrzów od 1992 r., gdy rozegrano ostatnią edycję Pucharu Europy, a w rodzimej lidze na zwycięstwo czekała już trzy lata. Postanowiono więc, że trenerem zostanie uznawany za najlepszego w Europy – Holender Louis van Gaal. Czy ktoś jednak spodziewał się, że Barcelonę zasili tak wielu piłkarzy z Holandii?

Kto inny, jak nie van Gaal miał pomóc Barcelonie w odniesieniu sukcesu? Holenderski trener z grupą początkowo nikomu nieznanych piłkarzy Ajaxu Amsterdam sięgnął m.in. po Puchar UEFA w 1992 r., a w 1995 r. wygrał Ligę Mistrzów detronizując wielki i faworyzowany AC Milan. W kolejnym sezonie dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym dopiero po rzutach karnych odpadł z Juventusem, a w następnym Juventus okazał się lepszy w półfinale. Tak, to był zdecydowanie trener dla Barcelony.

Van Gaal rozpoczął pracę w Barcelonie, a wraz z nim jego dwóch byłych podopiecznych z Ajaxu, którzy przybyli po nieudanych przygodach z AC Milanem, czyli Michael Reiziger i Winston Bogarde. Van Gaal ściągnął także z Rody Kerkrade swojego rodaka – bramkarza Ruuda Hespa.

Praca holenderskiego szkoleniowca w sezonie 1997/1998 rozpoczęła się od dotkliwej porażki w Superpucharze z Realem Madryt (2:1, 1:4). Później jednak Barcelona wygrała ligę wyprzedzając drugi Athletic Bilbao o 9 punktów, a w finale Pucharu Króla pokonała po rzutach karnych Mallorcę. Cieniem na występy Barcelony w tamtym sezonie kładzie się Liga Mistrzów. Barcelona w grupie z Newcastle, Dynamem Kijów i PSV Eindhoven zajęła… ostatnie miejsce, a hańbą okryła się po dwóch porażkach z Dynamem Kijów – 0:3 na wyjeździe i 0:4 u siebie.

Sukcesy właściwie były, a zabrakło najważniejszego, dlatego posłuchano van Gaala i latem 1998 r. sprowadzono trzech kolejnych Holendrów! Boudewijn Zenden i Phillip Cocu przyszli z PSV Eindhoven, a Patrick Kluivert, który już pracował z van Gaalem w Ajaxie, podobnie jak Reiziger i Bogarde, przyszedł po nieudanej przygodzie z AC Milan. Sezon 1998/1999 Blaugrana rozpoczęła od dwóch niespodziewanych porażek z Mallorcą w meczach o Superpuchar (0:1, 1:2). W ćwierćfinale Pucharu Króla, Barcelona przegrała dwukrotnie z Valenicą (2:3, 3:4). Ligę hiszpańską jednak wygrała z przewagą jedenastu punktów nad Realem Madryt, ale Liga Mistrzów podobnie, jak w poprzednim sezonie była rozczarowaniem, bowiem w swojej grupie Barcelona musiała uznać wyższość Manchesteru United i Bayernu Monachium wyprzedzając tylko Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, w styczniu 1998 r. do Barcelony dołączyło… kolejnych dwóch Holendrów. Bracia Frank i Ronald de Boer przyszli z Ajaxu, z którym największe sukcesy świętowali oczywiście z van Gaalem.

Kluivert_i_van_Gaal_w_Barcelonie

Trening Barcelony – Louis van Gaal instruuje Patricka Kluiverta.

Źródło: marca.com.

Początek sezonu 1999/2000 potwierdzał, że w Barcelonie nie dzieje się dobrze, bowiem w Superpucharze przegrała z Valencią (0:1, 3:3). W Pucharze Króla, Barca odpadła z Atletico Madryt w półfinale. Po porażce w pierwszym meczu 0:3, Barcelona zasłaniała się problemami kadrowymi i brakiem terminów w związku z występami w Lidze Mistrzów, aż w końcu odmówiła gry i została ukarana walkowerem 0:3. W lidze lepsze o pięć punktów było Deportivo La Coruna, a w Lidze Mistrzów Barcelona odpadła dopiero w półfinale. Balaugrana pewnie przeszła dwie fazy grupowe, choć przyznać trzeba, że nie miała godnych siebie przeciwników. W ćwierćfinale, drużyna van Gaala po porażce na Stamford Bridge 1:3, doprowadziła do dogrywki a następnie wygrała 5:1. W półfinale, po porażce w pierwszy m meczu 1:4 z Valencią trudno było o optymizm. W rewanżu Barcelona wygrała 2:1, ale to było zdecydowanie za mało i katalońska drużyna odpadła. To był sezon pełen upokorzeń i goryczy, dlatego rozstanie z trenerem było pewne, czego od dłuższego czasu domagali się kibice machając białymi chusteczkami. Van Gaal zostawił po sobie holenderską kolonię, bowiem  do siedmiu piłkarzy z tego państwa, latem 2000 r. dołączył ściągnięty za rekordowe 40 milionów euro Marc Overmars.

Bracia_de_Boer_w_Barcelonie

Bracia de Boer, czyli przykład holenderskiego zaciągu w Barcelonie.

Źródło: dailymail.co.uk.

Van Gaal po przygodzie w Katalonii został trenerem reprezentacji Holandii, przegrał eliminacje do mundialu w 2002 r., a następnie… powrócił do Barcelony! Co przyświecało decydentom katalońskiego klubu trudno zrozumieć. Jedno z powiedzeń mówi, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a przecież pierwsza przygoda holenderskiego szkoleniowca skończyła się niepowodzeniem. Van Gaal popracował tylko przez siedem miesięcy i pod koniec stycznia 2003 r. jego kontrakt został rozwiązany. W lidze Barcelona grała fatalnie, a w Pucharze Króla skompromitowała się po porażce w 1/32 finału z występującą w trzeciej lidze (Segunda Division B) Novelda CF 2:3. W Lidze Mistrzów było zdecydowanie lepiej. W pierwszej fazie grupowej przeciwko FC Brugge, Galatasaray i Lokomotiw Moskwa, piłkarze van Gaala odnieśli komplet zwycięstw. Drugą rundę grupową rozpoczęli od zwycięstw z Bayerem Leverkusen i Newcastle, ale van Gaalowi nie było dane dokończyć swojego dzieła. Philippe Christanval, środkowy obrońca z Francji, który grał w Barcelonie w latach 2001-2003 powiedział, że po zwolnieniu z obowiązków trenera, van Gaal przyszedł do szatni i „płakał jak dziecko”. „Był twardy, zimny, a tu został zniszczony.” (cyt. za: irishmirror.ie).

Oprócz braku sukcesów w Lidze Mistrzów, Holendrowi zarzucano, że masowo ściągał swoich rodaków, w tym sześciu, z którymi pracował wcześniej w Ajaxie. Łącznie ściągnął ich dziewięciu, a w tym samym czasie na boisku przebywało nawet ośmiu. Do ściągnięcia dziewięciu Holendrów, van Gaal potrzebował tylko trzech lat, podczas gdy w całej dotychczasowej historii Barcelony było tylko sześciu Holendrów (Johan Cruyff, Johan Neeskens, Danny Muller, Ronald Koeman, Richard Witschge, Jordi Cruyff). Ściągniecie holenderskich piłkarzy przez van Gaala było kosztowną inwestycją, bowiem według transfermarkt.pl ich transfery pochłonęły 99,8 mln euro (w tym 40 mln euro za Overmarsa), co jak na tamte czasy było sporą kwotą. Barcelona na transferach tych piłkarzy zarobiła zaledwie14,7 miliona euro, co daje ponad 85 milionów euro deficytu! Co ciekawe, jedynym piłkarzem, za którego Barcelona dostała więcej niż sama zapłaciła był Ruud Hesp. Barca zapłaciła Rodzie Kerkradzie 1,1 miliona euro, a dostała od Fortuny Sittard 1,2 miliona euro. Trzeba przyznać, że z tytułu samych kwot transferowych, holenderski eksperyment był dosyć drogi.

Okres pracy van Gaala w Barcelonie (zwany „holenderskim”) jest znany przede wszystkim z powodu dużej liczby holenderskich piłkarzy w kadrze Blaugrany. Poza tym, kibice pamiętają bolesne porażki z Dynamem Kijów i Valencią. Z drugiej jednak strony, gdy van Gaal był trenerem klub wzbogacił się o dwa mistrzostwa i Puchar Króla. Trofeów mogło i powinno być więcej, ale nie jest też tak, że praca van Gaala to pasmo porażek, upokorzeń i wstydu. Barcelona osiągnęła to na co ją było stać w swoim holenderskim eksperymencie, inną sprawą jest fakt, że okres ten przypadł na świetną grę Valencii, która zgarnęła Barcelonie Superpuchar, półfinał Pucharu Króla i finał Ligi Mistrzów. Próbując osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów władze Barcelony gdzieś się pogubiły i chyba na zbyt wiele pozwoliły van Gaalowi w kwestii kształtowania polityki kadrowej. Pogubił się też trener, który pomimo późniejszych sukcesów z Alkmaar i Bayernem, jest uznawany za tego, któremu w Barcelonie nie udało się i od tej pory zaliczał zjazd, „jadąc” na opinii wypracowanej jeszcze z Ajaxem.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, irishmirror.ie, marca.com, dailymail.co.uk. Holendrzy w Barcelonie, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania.

czwartek, 23 listopada 2017
Najlepsi polscy strzelcy bramek w Bundeslidze

Poprzednie dwa wpisy dotyczyły Roberta Lewandowskiego i Jana Furtoka, czyli dwóch najlepszych Polaków pod względem liczby bramek strzelonych w Bundeslidze. Dzisiaj przyjrzymy się czołowej „dziesiątce” polskich strzelców.

Zdecydowanym liderem, który wyprzedza kolejnego piłkarza o ponad… 100 goli (słownie: STO GOLI!!!!!) jest oczywiście Robert Lewandowski. Nie może więc dziwić, że nie tylko przewodzi w klasyfikacji polskich strzelców, ale pnie się coraz wyżej w klasyfikacji strzelców wszechczasów Bundesligi, pukając już do czołowej „dziesiątki”. Lewandowski jest natomiast drugim strzelcem wśród obcokrajowców. W efekcie „Lewy” jest często przedstawiany w memach i grafikach przygotowanych przez kibiców w stroju superbohatera. Regularność z jaką strzela powoduje, że jego umiejętności można przyrównywać do nadludzkich supermocy, będących atrybutami fikcyjnych postaci.

Lewandowski_-_Superbohater

Bohater Lewandowski.

Źródło: pinterest.com.

Drugim strzelcem z 60 golami jest Jan Furtok. Warto zauważyć, że Furtok jako pierwszy Polak w historii Bundesligi strzelił minimum 20 goli. Później jego osiągnięcie zostało poprawione tylko przez Lewandowskiego.

Jan_Furtok_(Eintracht_Frankfurt)_11freundede

Jan Furtok (Eintracht Frankfurt) w meczu z Werderem Brema.

Źródło: 11freunde.de.

Trzecim polskim strzelcem w Bundeslidze jest Andrzej Juskowiak. Król strzelców turnieju olimpijskiego w Barcelonie w 1992 r. po całkiem niezłych występach w Sportingu Lizbona i Olympiakosie Pireus, w których rozegrał łącznie 99 meczów ligowych i strzelił 37 bramek, przeniósł się do Niemiec. W Borussi M’Gladbach był zapowiadany jako napastnik, który gwarantuje minimum 10 ligowych goli. Tymczasem zawiódł. Rozczarował. Przez dwa sezony w 52 meczach zdobył tylko 12 goli. Następnie przeniósł się do Wolfsburga, gdzie było zdecydowanie lepiej. Najwięcej bramek (13) zdobył w pierwszym sezonie w drużynie „Wilkow” (1998/1999), co dało mu 5. miejsce w klasyfikacji strzelców. Mogło być wyższe, bo po rundzie jesiennej „Jusko” był liderem z jedenastoma golami, ale wiosną strzelił tylko dwa gole.

Andrzej_Juskowiak_(VFL_Wolfsburg)t-onlinede

Andrzej Juskowiak w barwach VfL Wolfsburg.

Źródło: t-online.de.

Ciekawym przypadkiem jest Artur Wichniarek, który fenomenalnie czuł się w Arminii Bielefeld. W 2. Bundeslidze dwukrotnie został królem strzelców, a w najwyższej klasie rozgrywkowej, mimo że jego klub z reguły bronił się przed spadkiem aż czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie (10 i 12 goli po dwa razy). Znacznie gorzej szło mu w Hercie Berlin, gdzie zupełnie nie mógł się odnaleźć. Dla „Starej Damy” strzelił zaledwie 4 gole w 63 występach. Dla porównania w Arminii było to 44 gole w 152 występach.

Wichniarek czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie i pod tym względem jest lepszy od Furtoka, który uczynił to dwukrotnie, ale jeden z tych sezonów ukończył z dwudziestoma golami. Juskowiak trzykrotnie zakończył sezon z minimalną liczbą dziesięciu goli, a Leśniak, Smolarek i Błaszczykowski raz. Regularność Wichniarka nie przełożyła się na miejsca w czołowej „dziesiątce” strzelców, bo udało mu się to tylko raz (2008/2009, 10. miejsce, 12 goli). Juskowiak jest pod tym względem rekordzistą (nie licząc Lewandowskiego), bo trzykrotnie był w „dziesiątce” w sezonach – 1998/1999 (5. miejsce, 13 goli), 2000/2001 (9. miejsce, 10 goli) i 1999/2000 (10. miejsce, 11 goli). Furtok oprócz drugiego miejsca w sezonie 1990/1991 (20 goli) był jeszcze na 6. miejscu w sezonie 1989/1990 (10 goli). Leśniak był siódmy (1993/1994, 11 goli), a Smolarek ósmy (2005/2006, 13 goli).

Lewandowski to zupełnie inna liga, bo poza pierwszym (debiutanckim) sezonem w każdym kolejnym, a w tym w obecnie trwającym 2017/2018, strzelił ponad 10 goli. Oznacza to, że siedem sezonów z rzędu strzelił minimum 10 bramek. Co więcej, aż dwukrotnie strzelił 30, a trzykrotnie miedzy 20 a 30 (20, 23, 22) i dwukrotnie kilkanaście (17 i 13), przy czym wynik w obecnym sezonie (2017/2018, 13 goli) jest wynikiem po zaledwie 12 kolejkach. Miejsca w „dziesiątce” Lewandowski nie zajął tylko w debiutanckim sezonem. Dwukrotnie był królem strzelców, trzykrotnie wicekrólem i raz był trzeci. Obecny sezon trwa, a „Lewy” póki co jest liderem klasyfikacji strzelców.  

Aktualnie warunkiem dostania się na listę dziesięciu najlepszych polskich strzelców w Bundeslidze jest zdobycie 21 goli. Najbliżej przełamania tej bariery spośród grających polskich piłkarzy, nie licząc Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, jest Łukasz Piszczek. Na swoim koncie ma obecnie 17 goli i zajmuje 13. miejsce. Wyprzedzają go jeszcze Tomasz Wałdoch – 19 (Bochum 6, Schalke 13) i Artur Sobiech – 18 (Hannower). Trzymamy kciuki.

 

Polscy piłkarze – klasyfikacja najlepszych strzelców (stan na dzień 23.11.2017 r.):

1.Robert Lewandowski – 163* (Borussia Dortmund 73, Bayern Monachium 90).

2.Jan Furtok – 60 (HSV Hamburg 51, Eintracht Frankfurt 9).

3.Andrzej Juskowiak – 56 (Borussia M'gladbach 12, VfL Wolfsburg 39, Energie Cottbus 5).

4.Artur Wichniarek – 48**(Arminia Bielefeld 44, Hertha Berlin 4).

5.Marek Leśniak – 42 (Bayer Leverkusen 19, SG Wattenscheid 18, TSV 1860 Monachium 2, Bayer Uerdingen 3)

6.Jakub Błaszczykowski – 28 (Borussia Dortmund 27, VfL Wolfsburg 1).

6.Janusz Turowski – 28 (Eintracht Frankfurt 28).

8.Euzebiusz Smolarek - 25 (Borussia Dortmund 25).

9.Jacek Krzynówek – 24 (FC Norymberga 6, Bayer Leverkusen 9, VfL Wolfsburg 7, Hannower 2).

10.Andrzej Buncol – 21 (FC Homburg 5, Bayer Leverkusen 14, Fortuna Düsseldorf 2).

Statystyki na podstawie 90minut.pl i uzupełniająco – bundesblog.blogspot.com i transfermarkt.pl.

*-liczba goli według transfermarkt.pl wynosi 164. Różnica wynika z faktu, że 90minut.pl podaje, że w sezonie 2012/2013 „Lewy” strzelił 23 gole, a pozostałe źródła mówią o 24 (w tym także blog, czy na pewno wiarygodny – kicker.de). Dla zachowania spójności podaję dane za 90minut.pl.

**-liczba goli według bundesblog i transfermarkt.pl wynosi 49, ponieważ oba źródła podają o jedną bramkę więcej strzeloną w barwach Arminii, czyli 45, a nie 44.

 

Źródła: własne, bundesblog.blogspot.com, 90minut.pl, transfermarkt.pl, kicker.de, pl.wikipedia.org, pinterest.com, 11freunde.de, t-online.de.

poniedziałek, 20 listopada 2017
Polacy w lidze angielskiej

W poprzednim wpisie była mowa o polskich bramkarzach w lidze angielskiej, więc przyszła pora, aby napisać o wszystkich polskich piłkarzach, którzy wystąpili w pierwszej lidze angielskiej.

Na potrzeby poniższego zestawienia nie uwzględniamy faktu, że od sezonu 1992/1993 liga angielska została przemianowana na Premier League. Łącznie w najwyższej klasie rozgrywkowej Anglii wystąpiło 18 polskich piłkarzy i jeden, który urodzi się w Polsce, ale nie posiadał polskiego paszportu. Dodatkowo, Krystian Bielik, Bartosz Kapustka i Jan Bednarek zadebiutowali w klubach Premier League, ale w rozgrywkach pucharowych, a nie w samej Premier League. Z perspektywami na debiut pozostaje Kamil Grabara, bramkarz młodzieżowej drużyny Liverpool FC.

Liga angielska od lat uchodziła za nieprzyjazną polskim piłkarzom. Po części wynikało to z faktu, warunkiem gry w Anglii była określona procentowo liczba występów w reprezentacji i uzyskanie pozwolenia na pracę. W efekcie do Anglii trafiali prawie wyłącznie reprezentanci kraju, co zwiększało konkurencję i podnosiło poziom rozgrywek, ale także powodowało, że na ostatniej prostej „wysypywało się” wiele transferów (np. Piotra Nowaka, Pawła Wojtali, Jacka Bąka).

Łącznie polscy piłkarze, bez uwzględnienia Manny’ego Andruszewskiego, wystąpili w 926 meczach, czyli średnio w 51,4 meczach, ale piłkarze z pola rozegrali 334 mecze, czyli średnio 25,7.

Robert_Warzycha_(Everton)

Robert Warzycha (Everton) – polski piłkarz z pola z prawdopodobnie największą liczbą meczów w lidze angielskiej.

Źródło: sport.wp.pl.

Polscy piłkarze w lidze angielskiej* według liczby rozegranych meczów (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Łukasz Fabiański (Arsenal 32/0, 2007-2014 i Swansea 122/0, 2014-?) 154/0.

2.Wojciech Szczęsny (Arsenal, 2007-2015) 132/0.

3.Jerzy Dudek (Liverpool, 2001-2007) 127/0 (według transfermarkt.pl: 126/0).

4.Artur Boruc (Southampton 49/0, 2012-2014 i Bournemouth 67/0, 2014-?) 116/0.

5.Manny Andruszewski, (Southampton 1975-1980), 82/3 – urodzony w Polsce, ale bez polskiego paszportu.

6.Robert Warzycha (Everton, 1990-1994) 72/6.

7.Zbigniew Kruszyński (Wimbledon 65/4, 1988-1991 i Coventry 2/0, 1994) 67/4 [niektóre źródła podają nawet 73 mecze].

8.Tomasz Kuszczak (West Bromwich Albion 31/0, 2004-2006 i Manchester United 32/0, 2006-2012) 63/0.

9.Dariusz Kubicki (Aston Villa 25, 1991-1993 i Sunderland 29, 1994-1997) 54/0.

10.Kazimierz Deyna (Manchester City, 1978-1981) 34/12 (sport.se.pl: 32/12).

11.Marcin Wasilewski (Leicester City) – 30/1.

12.Tadeusz Nowak (Bolton, 1978-1981) 24/1.

13.Kamil Grosicki (Hull City, 2017), 15/0.

14.Grzegorz Rasiak (Tottenham 8/0, 2005/2006 Bolton 7/0, 2008) 15/0.

15.Euzebiusz Smolarek (Bolton, 2008-2009) 11/0.

16.Grzegorz Krychowiak (West Bromwich Albion, 2017-?) 8/0.

17.Emmanuel Olisedebe (Portsmouth, 2006) 2/0.

18.Jarosław Fojut (Bolton, 2006) 1/0.

19.Piotr Świerczewski (Birmingham, 2002-2003) 1/0.

Krystian Bielik (Arsenal, 2015-?) 0/0

Bartosz Kapustka (Leicester City, 2016-2017) 0/0.

Jan Bednarek (Southampton, 2017) 0/0.

Tylko pięciu Polaków (nie licząc Andruszewskiego) strzelało bramki w lidze angielskiej, a najlepszy pod tym względem jest Kazimierz Deyna, choć utarło się powszechne przekonanie, że „Deyna nie sprawdził się w Anglii”.

Marcin_Wasilewski_po_strzeleniu_gola_MU

Marcin Wasilewski cieszy się ze swojego jedynego gola w Premier League.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Po raz ostatni polski piłkarz strzelił gola prawie trzy lata temu! Marcin Wasilewski strzelił bramkę 31 stycznia 2015 r. w wyjazdowym meczu z Manchesterem United (1:3), gdy pokonał Davida De Geę. Poprzednią bramkę Polaka oglądaliśmy… 23 lat wcześniej (!) , gdy 19 sierpnia 1992 r. Robert Warzycha pokonał Petera Schemichela. Podobnie, jak w przypadku Wasilewskiego działo się to na Old Trafford, tyle że drużyna Polaka (Everton) pokonała Manchester (3:0).

Robert_Warzycha_strzela_gola_Peterowi_Schmeichelowi

Robert Warzycha pokonuje Petera Schmeichela.

Źródło: youtube.com.

Polscy strzelcy bramek w lidze angielskiej (stan an dzień 14.11.2017 r.):

12 – Kazimierz Deyna (Manchester City).

6 – Robert Warzycha (Everton).  

4 – Zbigniew Kruszyński (Wimbledon).

3 – Manny Andruszewski (Southampton).

1 – Tadeusz Nowak (Bolton).

1 – Marcin Wasilewski (Leicester City).

Pierwsze cztery miejsca wśród polskich piłkarzy pod względem liczby meczów rozegranych w lidze angielskiej zajmują bramkarze. Od prawie dwudziestu lat brakuje piłkarza z pola, który grałby regularnie i stanowił o sile swojego zespołu. Krychowiak jest tylko wypożyczony, Grosicki spadł do Championship i nie zanosi się na szybki powrót jego klubu do elity. Bielik, Kapustka, Bednarek i Grabara póki co nie przebili się w swoich klubach. Pozostaje dalej czekać.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, engfoot.blogspot.com, przegladsportowy.pl, footballfreakpl.blogspot.com, numer10.blox.pl, sport.se.pl. Polacy w Premier League, „Przegląd Sportowy” z dnia 7 kwietnia 2014 r., s. 2. „Przegląd Sportowy” z dnia 28 stycznia 2016 r., s. 13.

niedziela, 19 listopada 2017
Polscy bramkarze w lidze szkockiej i angielskiej

Porównanie liczby polskich bramkarzy w ligach zagranicznych dostarcza niezwykłych wniosków. W bardzo przyjaznej polskim piłkarzom Bundeslidze wystąpiło dotychczas pięciu polskich bramkarzy, czyli dokładnie tyle samo, ile w lidze angielskiej, która nie służy polskim piłkarzom. W ogóle Wyspy Brytyjskie okazują się przychylne polskim bramkarzom, bo w lidze szkockiej wystąpiło dotychczas ośmiu polskich bramkarzy.

W lidze angielskiej wystąpiło dotychczas pięciu polskich bramkarzy – reprezentantów Polski. Co więcej, każdy z nich (może poza Kuszczakiem) przez pewien okres swojej kariery był numerem „1” w bramce „Biało-czerwonych” i uchodził za najlepszego polskiego bramkarza.

Pierwszym bramkarzem w angielskiej Premier League był Jerzy Dudek, który spędził w Liverpoolu prawie siedem lat. We wrześniu 2001 r. przeszedł z Feyenoordu Rotterdam do „The Reds” za rekordową wówczas kwotę stanowiącą równowartość 7,4 mln euro. Najpierw zastąpił Holendra Sandera Westervelda i z reguły wygrywał rywalizację z Chrisem Kirklandem, ale po sprowadzeniu Pepe Reiny przez Rafaela Beniteza nie miał szans na miejsce w bramce. Pikanterii dodaje fakt, że działo się to po pamiętnym finale Ligi Mistrzów w Stambule, gdzie „The Reds” odwrócili losy spotkania z Milanem, a Dudek został bohaterem konkursu rzutów karnych. W lidze nie osiągnął żadnych sukcesów. Według portalu ransfermarkt.pl Dudek wystąpił w 126 meczach (według 90minut.pl – 127), w których wpuścił 118 goli (średnia 0,94 gola na mecz), a w 51 meczach zachował czyste konto (40,48%).

Drugim polskim bramkarzem w lidze angielskiej był Tomasz Kuszczak, któremu ambicja nie pozwalała na terminowanie w Hercie Berlin i latem 2001 r. związał się z West Bromwich Albion, w którym w 31 meczach solidnie zapracował na docenienie jego umiejętności i transfer do Manchesteru United (4,3 mln euro). W „The Reds” z reguły był zmiennikiem Edwina van der Saara, ale w ciągu siedmiu lat udało mu się wystąpić w 32 ligowych meczach, nie wspominając o innych rozgrywkach. W tym czasie sięgnął po cztery tytuły mistrza Anglii (2007-2009, 2011), dwa Puchary Ligii (2009, 2010), zwycięstwo w Lidze Mistrzów (2008) i Klubowych Mistrzostwach Świata (2008). Kuszczak wystąpił w 63 meczach, w których wpuścił 59 goli (średnia 0,94 gola na mecz), a w 27 meczach zachował czyste konto 42,9%). Po przygodzie z „Czerwonymi Diabłami” występował w klubach z Championship, w której rozegrał już 197 meczów (Watford, Brighton, Wolverhampton i obecnie Birmingham).

Trzecim bramkarzem był Łukasz Fabiański, który latem 2007 r. dołączył do Arsenalu z Legii za kwotę 4,35 mln euro. Przez osiem lat wystąpił tylko w 32 ligowych meczach, a jedynym sukcesem „Kanonierów” w tym czasie był Puchar Anglii (2014). „Bambi” niby był ceniony w Arsenalu, ale na dłużej nie mógł zagrzać miejsca w bramce, a Arsen Wenger stawiał na innych bramkarzy. Nie może więc dziwić, że Fabiański nie chciał przedłużyć kontraktu wygasającego latem 2014 r. Związał się z Swansea City i w ciągu czterech lat rozegrał cztery razy więcej meczów niż w Arsenalu przez osiem lat. „Łabędzie” nie grają o takie cele, jak „Kanonierzy”, ale Fabianski jest pewny miejsca w bramce i już czwarty sezon jest podstawowym bramkarzem „The Swanners”. W konsekwencji został polskim bramkarzem z największą listą występów w Premier League, a przecież cały czas gra i śrubuje swój rekord. Fabiański wystąpił w 154 meczach, w których wpuścił 213 goli (średnia 1,38 gola na mecz), a w 47 meczach zachował czyste konto (30,5%).

Łukasz Fabiański (Swansea City)

Łukasz Fabiański – polski bramkarz z największą liczbą występów w Premier League. Na zdjęciach w barwach Swansea City, w którym rozegrał zdecydowaną większość swoich meczów.

Źródło: skysports.com.

Czwartym bramkarzem był Wojciech Szczęsny, który podobnie jak Fabiański trafił do Arsenalu z Legii (styczeń 2006 r., 50 tys. euro). Szczęsny wygrywał rywalizację z Fabiańskim, ale klubowi brakowało sukcesów, a Puchar Anglii (2014) i Tarcza Dobroczynności (2014) pozostają jedynymi wywalczonymi w barwach „Kanonierów”. Po niespodziewanym sprowadzeniu Petra Cecha na The Emirates, Szczęsny próbował walczyć o miejsce w bramce, ale Wenger miał inne zdanie na ten temat. W efekcie Szczęsny spędził dwa sezony na wypożyczeniu w Romie, ale na tyle dobrze zaprezentował się w Serie „A”, że latem 2017 r. został wykupiony przez Juventus Turyn za 12,20 mln euro stając się najdroższym polskim bramkarzem. Szczęsny jest przygotowywany do roli następcy Gianluigi Buffona. W Premier League rozegrał 132 mecze, w których wpuścił 154 gole (średnia: 1,17 gola na mecz), a w 48 meczach zachował czyste konto (36,4%).

Ostatnim polskim bramkarzem, który zanotował występ w lidze angielskiej został Artur Boruc po udanej przygodzie z Legią, Celtikiem Glasgow i Fiorentiną, jako wolny piłkarz związał się z Southamptonem w 2012. Dla „Świętych” zagrał w 49 ligowych meczach, ale odkąd do klubu przyszedł Ronald Koeman stało się jasne, że dla Boruca nie ma miejsca w klubie. Boruc, podobnie jak w poprzednich klubach i jak każdy bramkarz klasy światowej, zaliczał świetne występy, ale także wpadki. Taką niewątpliwie była bramka, którą strzelił mu po strzale przez cale boisko Asmir Begović (Stoke City), czy nieudana próba okiwania Oliviera Giroud, która zakończyła się golem a dla Arsenalu. Boruc został wypożyczony do Bournemouth, które pałętało się w strefie spadkowej Championship, ale po przyjściu „Borubara” doznało całkowitej odmiany i awansowało do najwyższej klasy rozgrywkowej. Boruc rozegrał 37 meczów na drugim poziomie rozgrywkowym, awansował i znowu czarował, ale do czasu, gdy „The Cherries” sprowadzili latem 2017 r. za 11,5 mln euro z Chelsea Londyn doświadczonego Begovicia. W efekcie Boruc, podobnie jak kiedyś Dudek w rywalizacji z Reiną, z góry stał na straconej pozycji. W sezonie 2017/2018 nie zagrał jeszcze w żadnym meczu, a do prześcignięcia Dudka pod względem liczby meczów w Premier League brakuje tylko jedenastu meczów. Dotychczas Boruc wystąpił w 116 ligowych meczach, w których wpuścił 168 goli (średnio: 1,45 gola na mecz), a czyste konto zachował w 35 meczach (30,2%).

Nie można zapominać, że na zapleczu Prenmier League dobre recenzje zbiera Bartosz Białkowski występujący w Anglii od 2006 r. O transfer do Premier League będzie jednak trudno. Póki co w barwach Southamptonu, Barnsley i Ipswich Town rozegrał w Championship 127 meczów.

Podsumowując występy pięciu polskich bramkarzy w Premier League zwraca uwagę fakt, że każdy z nich w co najmniej co trzecim meczu zachowuje czyste konto. Kilka miesięcy temu portal talksport.com dokonał analizy bramkarzy różnych narodowości pod kątem liczby meczów bez puszczonej bramki. Pięciu polskich bramkarzy zachowało czyste konto 191 razy, co dało im wysoką dziesiątą pozycję. Obecnie mają 208 czystych kont. Nie powinno to dziwić, bo polscy bramkarze w Premier League są silnymi punktami swoich zespołów niezależnie od tego, czy walczą o mistrzostwo, czy o utrzymanie.

 

Polscy bramkarze w Premier League (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Łukasz Fabiański – 154 (Arsenal 32, 2007-2014 i Swansea 122, 2014-?)

2.Wojciech Szczęsny – 132 (Arsenal, 2007-2015).

3.Jerzy Dudek – 127 (Liverpool, 2001-2007); według transfermarkt.pl: 126.

4.Artur Boruc – 116 (Southampton 49, 2012-2014 i Bournemouth 67, 2014-?)

5.Tomasz Kuszczak – 63 (West Bromwich Albion 31, 2004-2006 i Manchester United 32, 2006-2012).

 

Z Anglii jest blisko do Szkocji, więc warto jeszcze spojrzeć na tamtejszą ligę i występu polskich golkiperów. Był czas, że w Szkocji zapanowała swoista moda na polskich bramkarzy, bowiem w sezonie 2007/2008 było ich aż sześciu (Boruc, Załuska, Małkowski, Szamotulski, Liberda i Krysiak). Do tej pory w Scottish Premier League wystąpiło ośmiu polskich bramkarzy, a trzech miało podpisane kontrakty z klubami występującymi w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale nie doczekało się debiutu. Zresztą jeden z nich – Maciej Dąbrowski cały czas ma szansę, aby zostać dziewiątym polskim bramkarzem w lidze szkockiej. Co ciekawe połowa polskiej bramkarskiej kolonii w Szkocji, czyli czterech wystąpiło w co najmniej dwóch klubach (Załuska, Małkowski, Szamotulski, Krysiak). Także czterech polskich bramkarzy połączyły występy w tym samym klubie – Dundee United (Załuska, Szamotulski, Cierzniak, Szromnik). Nie można też zapominać, że osiem meczy na zapleczu szkockiej elity rozegrał Zbigniew Małkowski (Gretna FC), natomiast Maciej Gostomski od stycznia do marca 2016 r. był związany kontraktem z Glasgow Rangers, ale nie zadebiutował.

Najwięcej występów w szkockiej lidze zanotował Artur Boruc, który przez pięć sezonów wywalczył z Celtami – trzy mistrzostwa, dwa puchary ligi, puchar Szkocji i 1/8 finału Ligi Mistrzów. Drugie miejsce pod względem liczby występów zajmuje Radosław Cierzniak, który był podstawowym bramkarzem Dundee United i przez trzy sezony opuścił tylko dwa ligowe mecze. Trzeci jest Łukasz Załuska, który spędził w Szkocji aż osiem sezonów, ale wystąpił tylko w 82 meczach. Stało się tak dlatego, że w Celtiku przez pięć sezonów był głównie rezerwowym i wystąpił w zaledwie 29 ligowych meczach. Jego wkład w cztery mistrzostwa i dwa Puchary Szkocji był jednak znikomy.

Artur Boruc (Celtic Glasgow) w meczu Ligi Mistrzów

Artur Boruc – polski bramkarz z największą liczbą występów w Scottish Premier League. Wszystkie rozegrał dla Celtiku Glasgow. Na zdjęciu popisuje się paradą w meczu Ligi Mistrzów.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Boruc jako jedyny polski bramkarz wystąpił zarówno w pierwszej lidze szkockiej, jak i angielskiej notując łącznie 278 występów.

 

Polscy bramkarze w Scottish Premier League (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Artur Boruc – 162 (Celtic Glasgow, 2005-2010).

2.Radosław Cierzniak – 112 (Dundee United, 2012-2015).

3.Łukasz Załuska – 82 (Dundee Uniteed 53, 2008-2009, Celtic Glasgow 29, 2009-2015)

4.Zbigniew Małkowski – 53 (Hibernian 51, 2005-2006, Inverness Caledonian Thistle 2, 2007/2008)

5.Grzegorz Szamotulski – 30 (Dundee 18, 2007/2008 i Hibernian 12, 2009).

6.Mariusz Liberda – 14 (Livingston, 2007).

7.Michał Szromnik – 13 (Dundee United, 2015-2016).

8.Artur Krysiak – 5 (Gretna 4, 2008 i Motherwell, 2009).

...

Przemysław Łukasik – 0 (Aberdeen juniorzy, 2008-2012).

Sebastian Kosiorowski – 0 (Motherwell, 2008-2009).

Maciej Dąbrowski – 0 (Hibernian, 2017-?)

 

Porównując statystyki pięciu polskich bramkarzy występujących w Bundeslidze i Premier League zdecydowanie lepiej wychodzą na tym ci drudzy. Pięciu polskich bramkarzy wystąpiło łącznie w 224 meczach Bundesligi (średnio 44,8), ale aż 190 występów był dziełem tylko dwóch – Famuły i Matyska. Natomiast pięciu w Premier League wystąpiło łącznie w 592 meczach (średnio 118,4). Ośmiu Polaków w szkockiej lidze wystąpiło łącznie w 471 meczach (średnio 58,9). Polscy bramkarze w lidze szkockiej prawie zawsze byli mocnymi punktami swoich drużyny, ale z reguły pojawiali się na krótko i szukali szczęści gdzie indziej, choć przyznać, że niezłą markę w Szkocji wyrobiło sobie kilku polskich golkiperów.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, sport.pl, sport.se.pl, pl.wikipedia.org, przegladsportowy.pl, skysports.com.

czwartek, 16 listopada 2017
Gikiewicz szóstym polskim bramkarzem w Bundeslidze?

Po podpisaniu kontraktu przez Rafała Gikiewicza z SC Freiburg pojawiło się w mediach stwierdzenie, że jest on szóstym polskim bramkarzem w Bundeslidze. Częściowo jest to prawdą, ale nie do końca.

Gikiewicz podpisał kontrakt 5 sierpnia 2016 r. Przeniósł się z drugoligowego Eintrechtu Brunszwik za kwotę 1 miliona euro. W sumie, to nie powinno to dziwić. W Brunszwiku spędził dwa sezony w trakcie których wystąpił w 66 meczach 2. Bundesligi. Wpuścił tylko 75 goli (średnia 1,14 gola na mecz), a w 21 meczach (31,8%) zachował czyste konto. W wywiadzie opublikowanym 8 sierpnia 2016 r. przez weszlo.com bramkarz powiedział m.in. „ostatnio dowiedziałem się też, że jestem szóstym bramkarzem z Polski w Bundeslidze”. Będzie to prawdziwe stwierdzenie, jeśli doprecyzujemy, że Gikiewicz ma szansę zostać szóstym bramkarzem z Polski w Bundeslidze, tzn. szóstym, który rozegra w Bundeslidze co najmniej jeden mecz. W pierwszej lidze niemieckiej co najmniej jeden mecz rozegrało dotychczas pięciu polskich bramkarzy (Aleksander Famuła, Adam Matysek, Jakub Wierzchowski, Łukasz Załuska i Przemysław Tytoń).

16 sierpnia 2016 r. w „Przeglądzie Sportowym” opublikowany został wywiad z Gikiewiczem, w którym red. M. Trela zadał mu pytanie Jest pan dopiero szóstym bramkarzem z Polski, który podpisał kontrakt w 1. Bundeslidze. To duże wyróżnienie?”. Problem w tym, że kontrakty z klubami Bundesligi podpisało wcześniej nie pięciu, a siedmiu polskich bramkarz! Skąd ta różnica? Zapewne stąd, że Tomasz Kuszczak i Tomasz Bobel nie rozegrali w swoich klubach żadnego meczu.

Gikiewicz_kontrakt_z_Freiburgiem_2016

Rafał Gikiewicz po podpisaniu kontraktu z SC Freiburg.

Źródło: seginternational.com.

Pierwszym polskim bramkarzem w Bundeslidze był Aleksander Famuła. Wychowanek Sparty Lubliniec wystąpił w 60 ligowych meczach Górnika Zabrze w latach 1981-1982. „Swego czasu w latach 80. uchodzący za jednego z najbardziej utalentowanych polskich golkiperów. Zawodnik urodzony w Lublińcu do Bundesligi trafił w dość nietypowych okolicznościach. Kiedy jego Górnik Zabrze wracał z tournée po Ameryce Południowej, Famuła na lotnisku we Frankfurcie zdecydował się odłączyć od grupy i zostać w Niemczech.” (cyt. za: laczynaspilka.pl). W Niemczech najpierw występował w SG Heidelberg-Kirchheim, skąd po trzech sezonach przeniósł się do Karlsruher SC. Już w pierwszym sezonie świętował awans do Bundesligi, w której wystąpił w 112 meczach przez pięć sezonów (od 1987/1988 do jesieni 1991). W ostatnim sezonie KSC zajęło 8. miejsce – najwyższe, gdy w klubie był Famuła. Co ciekawe, jego następcą był… Oliver Kahn. Karierę zakończył w FC 08 Homburg.

Drugim Polakiem, który dostąpił meczu w Bundeslidze była Adam Matysek (34A). Po występach w Górniku Wałbrzych, Zagłębiu Wałbrzych i 4,5 sezonie w Śląsku Wrocław trafił do 2. Bundesligi, gdzie przez pięć sezonów konsekwentnie budował swoją markę. Przez trzy sezony występował w SC Fortunie Koeln, a przez dwa sezony w FC Gutersloh. Wystąpił w 118 meczach 2. Bundesligi, w których 138 razy wyjmował piłkę z siatki (średnia: 1,17 gola na mecz), a w 39 meczach był niepokonany (33%). Dobre występy nie mogły zostać niezauważone i za kwotę 1 miliona euro przeniósł się do Bayeru Leverkusen. W sezonie 1998/1999 był podstawowym bramkarzem i wystąpił we wszystkich meczach. W kolejnych sezonach było gorzej – 29 i 15 meczów. Po przygodzie z „Aptekarzami” wrócił do Polski, gdzie występował w Zagłębiu Lubin i RKS Radomsko. Łącznie wystąpił w 136 meczach Ekstraklasy. Jeśli chodzi o Bundesligę to wystąpił w 78 meczach, w których wpuścił 73 gole (średnia: 0.94 gola na mecz), a w 27 meczach zachował czyste konto (34,6%). Matysek w dwóch pierwszych sezonach wywalczył dwa wicemistrzostwa Niemiec, choć drugie z nich ma gorzki smak, bowiem Bayer przed ostatnią kolejką miał 3 punkty przewagi nad Bayernem Monachium. Niestety, „Aptekarze” niespodziewanie przegrali na wyjeździe z Unterhaching 0:2, a Bayern pokonał u siebie Werder Brema 3:1.

Kolejnym polskim bramkarzem w Bundeslidze był Jakub Wierzchowski. Po dwóch dobrych sezonach w Ruchu Chorzów bramkarz uchodzący za duży talent przeszedł za 500 tys. euro do mającego wielkie aspiracje Werderu Brema. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne. W pierwszym sezonie Wierzchowski nie wystąpił w żadnym meczu, a w drugim w trzech spotkaniach, w których wpuścił pięć goli (średnia 1,67 gola na mecz), a w żadnym meczu nie zachował czystego konta. W obu sezonach Werder kończył rozgrywki na 6. miejscu. Po nieudanej przygodzie z niemiecką ligą, Wierzchowski wrócił do Polski, gdzie występował w Wiśle Płock, Zagłębiu Sosnowiec, Polonii Bytom i Górniku Łęczna. W Ekstraklasie zaliczył 114 meczów.

Na kolejnego polskiego bramkarza w Bundeslidze, a właściwie kolejnych dwóch bramkarzy trzeba było czekać aż dwanaście lat. W sezonie 2015/2016 barw VfB Stuttgart bronił Przemysław Tytoń (14A), który wystąpił w 30 meczach Bundesligi, ale niewiele pomógł, bowiem klub z miasta Mercedesa z hukiem spadł do 2. Bundesligi. Tytoń wpuścił aż 61 goli (średnia: 2,03 na mecz!) i tylko w czterech spotkaniach zachował czyste konto (13,3%). Czternastokrotny reprezentant Polki przeniósł się do Stuttgartu za 1 mln euro z PSV Eindhoven. Łącznie spędził w Eredivisie (w PSV i Rodzie Kerkrade) aż osiem sezonów. Wcześniej występował w Hermanie Zamość i Górniku Łęczna. Obecnie już drugi sezon przeżywa trudne chwile w Deportivo La Coruna.

W tym samym sezonie bramkarzem SV Dartmstadt 98 był Łukasz Załuska (1A). Po dziesięciu sezonach spędzonych w Scottish Premier League, w tym ośmiu w Celtiku Glasgow, spróbował szczęścia w Niemczech. Podobnie jak w Szkocji… siedział na ławce. Zadebiutował niejako na pożegnanie dopiero w ostatniej kolejce w przegranym 0:2 meczu z Borussią M’Gladbach. Po tej krótkiej przygodzie z Bundesligą wrócił do Polski, a dokładniej do Wisły Kraków. Obecnie występuje w Pogoni Szczecin.

W składach klubów Bundesligi było jeszcze dwóch polskich bramkarzy, którzy jednak nie zagrali w żadnym meczu. Tomasz Bobel przed sezonem 1998/1999 po dwóch sezonach w bramce Śląska Wrocław trafił do 2. Bundesligi do Fortuny Koeln (podobnie jak Matysek), gdzie spędził dwa sezony. Później przez trzy sezony występował w MSV Duisburg, a następnie pięć w Erzgebirge Aue. Wymarzona (i wyczekiwana) oferta z Bundesligi jednak nie przyszła. Wiosną 2009 r. Bobel występował w azerskim Neftczi Baku, a następnie podpisał kontrakt z… Bayerem Leverkusen! W drużynie „Aptekarzy” przez dwa sezony był tylko zmiennikiem Rene Adlera i nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu. Później grał jeszcze, a raczej siedział na ławce, w rezerwach Bayeru. Bobel ma na swoim koncie jeden występ w reprezentacji polski do lat 21. W Bundeslidze nie zagrał, ale za to na drugim poziomie rozgrywkowym zaliczył aż 161 występów.

Drugim polskim bramkarzem w kadrze klubu Bundesligi, który nie doczekał się debiutu był Tomasz Kuszczak (11A). Przed sezonem 1999/2000 zamienił Śląsk Wrocław na KFC Uerdingen, z którego przeniósł się już w następnym sezonie do Herthy Berlin. W klubie ze stolicy Niemiec spędził cztery sezony, ale nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu przegrywając rywalizację o miejsce w składzie z Gaborem Kiraly’m i Christianem Fielderem. W tym czasie Kuszczak wystąpił w 87 meczach rezerw Herthy w Oberlidze. Po niemieckiej przygodzie przeniósł się do Anglii, gdzie występował w Premier League (West Bromwich Albion, Manchester United) i Championship (Watford, Brighton, Wolverhampton, Birmingham).

Gikiewicz ma szansę zostać szóstym polskim bramkarzem, który rozegra mecz w Bundeslidze (po Famule, Matysku, Wierzchowskim, Tytoniu i Załusce), ale na pewno nie jest szóstym polskim bramkarzem z kontraktem w Bundeslidze. Tomaszowie – Kuszczak i Bobel już wcześniej podpisali kontrakty odpowiednio z Herthą Berlin i Bayerem Leverkusen, ale nie zadebiutowali w rozgrywkach Bundesligi. Gikiewicz jest więc ósmym polskim bramkarzem związanym umową z klubem Bundesligi.

A swoją drogą to ciekawe, że w Bundeslidze, która przez wiele lat uchodziła za niezwykle przyjazną polskim piłkarzom, w której wystąpiło ponad stu, a w jednym sezonie nawet kilkunastu Polaków, zagrało tylko pięciu polskich bramkarzy.

Gikiewicz podobnie, jak trzech innych polskich bramkarzy (Matysek, Kuszczak i Bobel) zanim trafił do Niemiec był związany ze Śląskiem Wrocław. Czy to oznacza, że wśród obecnych i przyszłych bramkarzy Śląsk należy upatrywać kandydatów do gry w Bundeslidze? Poza tym, Gikiewicz podobnie jak trzech polskich bramkarzy (Famuła, Matysek, Kuszczak) przeniósł się do Bundesligi bezpośrednio z klubu występującego w 2. Bundeslidze, a dodatkowo Bobel przeniósł się z Azerbejdżanu, ale miał za sobą aż dziesięć sezonów na poziomie 2. Bundesligi.

W chwili publikowania tego wpisu Gikiewicz czeka na debiut w Bundeslidze, ale w przeciwieństwie do Bobela i Kuszczaka ma już na swoim koncie debiut w oficjalnym meczu swojego klubu. W październiku 2017 r. wystąpił w wygranym 3:1 z Dynamem Drezno meczu II rundy Pucharu Niemiec (DFB Pokal). Podstawowym bramkarzem jest jednak Alexander Schwolow. Gikiewicz trenuje i cierpliwie czeka na swoją szansę. Może kolejny występ 20 grudnia 2017 r. w meczu 1/8 finału Pucharu Niemiec z Werderem Brema?

 

Polscy bramkarze w Bundeslidze (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Aleksander Famuła – 112 (Karlsruher SC, 1987-1991).

2.Adam Matysek – 78 (Bayer Leverkusen, 1998-2001).

3.Przemysław Tytoń – 30 (VfB Stuttgart, 2015/2016).

4.Jakub Wierzchowski – 3 (Werder Brema, 2001-2003).

5.Łukasz Załuska – 1 (Darmstadt, 2015/2016).

----------------------------

Tomasz Kuszczak – 0 (Hertha Berlin, 2000-2004).

Tomasz Bobel – 0 (Bayer Leverkusen, 2009-2011).

Łukasz Gikiewicz – 0 (SC Freiburg, 2016-?).

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, weszlo.com, przegladsportowy.pl, laczynaspilka.pl, bundesblog.blogspot.com, dfb.de, seginternational.com. Czuję, że piszę historię – wywiad red. M. Treli z Rafałem Gikiewiczem, „Przegląd Sportowy” z dnia 16 sierpnia 2016 r., s. 34.

poniedziałek, 13 listopada 2017
Gwiazdy ekstraklasy lądują w Izraelu

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych izraelskiej ligi nikt nie traktował poważniej, a jej poziom nie był zbyt wysoki. Swego czasu grało w niej wielu Polaków. Z czasem w Izraelu pojawiły się większe pieniądze, lepsi piłkarze i awanse mistrza kraju do Ligi Mistrzów! Ekstraklasa zaczęła tracić dystans do ligi izraelskiej, a ostatnio gwiazdy ekstraklasy trafiają do Izraela!

Wprawdzie w latach 2010-2012 w ekstraklasie pojawiło się prawie dziesięciu piłkarzy z Izraela, ale było to związane z większymi pieniędzmi, które polskie kluby otrzymały za sprzedaż praw telewizyjnych. Ponad przeciętność wybił się tylko Maor Melikson i Gruzin Włademir Dwaliszwili. I właśnie Melikson w styczniu 2013 roku odchodził z Wisły Kraków (46 meczów ligowych / 6 goli) do francuskiego Valenciennes za 800 tys. euro jako pewna siebie i skonfliktowana z otoczeniem gwiazda ekstraklasy. We Francji mu nie wyszło (52/4), ale latem 2014 r. nie przyjął oferty Legii i możliwości gry w eliminacjach ligi Mistrzów, tylko wolał wrócić do Hapoelu Beer-Szewa.

W podobnych okolicznościach, jak Melikson odchodził z Legii portugalski napastnik Orlando Sa. Przyznać trzeba, że to świetny napastnik (33/14), ale  jego charakter uniemożliwiał mu współpracę z trenerem Bergiem i kolegami z drużyny. Legia otrzymała za niego 1,5 mln euro. W Reading też długo nie zagrzał miejsca. Rozegrał 19 meczy, w których zdobył 5 bramek. Zasłynął niewykorzystanym karnym w ostatniej minucie debiutu z Birmingham (karnego obronił Tomasz Kuszczak), hat-trickiem w meczu z Ipswich Town i czerwoną kartką w meczu z Derby. W styczniu 2016 r. przeniósł się do Maccabi Hajfa i wiosną rozegrał 10 meczów, w których zdobył 2 gole. Obecnie błyszczy w belgijskim Standardzie Liege.

Orlando_Sa_w_Maccabi_Tel_Awiw

Orlando Sa w barwach Maccabi Tel Awiw.

Źródło: isport.co.il.

Latem 2016 r. czeski pomocnik Kamil Vacek opuścił Piasta Gliwice, ponieważ skończyło się roczne wypożyczenie, a Piast nie było stać na wykupienie zawodnika za kwotę 600 tys. euro. Piłkarzem poważnie był zainteresowany Lech, ale poza zainteresowaniem nie podjął nawet rozmów z czeskim klubem. Szybko okazało się, że „najlepszy piłkarz polskiej ligi” (jak mówił o Vacku selekcjoner czeskiej reprezentacji – Peter Vrba) jest za słaby dla Sparty i podjął treningi z drugoligowym FC Vlasim (!!!), z którym Sparta współpracuje. Zresztą, Vacek to nie pierwszy piłkarz, który tak odbił się od stadionu przy Letnej. Rok wcześniej kontrakt ze Spartą podpisał Marco Paixao. Gwiazda ekstraklasy (57/27), ale w Sparcie prawie wcale nie zaistniał. Tymczasem 9 sierpnia 2016 r. Vacek niespodziewanie podpisał kontrakt z Maccabi Haifa. Kwota transferu wyniosła 350 tys. euro. Pod koniec sierpnia 2017 r. Vacek związał się ze Śląskiem Wrocław.

Kamil_Vacek_Maccabi_Haifa

Kamil Vacek w koszulce Maccabi Haifa.

Źródło: isport.blesk.cz.

W tym samym okienku transferowym (17 sierpnia 2016 r.) kontrakt z Bnei Yehuda Tel Awiw podpisał litewski bramkarz Emilijus Zubas, który nie mógł znaleźć sobie klubu. Zubas po wiośnie 2013 r. był wybierany w różnych plebiscytach i konkursach najlepszym bramkarzem polskiej ligi, ale do tej dyspozycji już nigdy nie powrócił.

Emilijus_Zubas_w_Bnei_Yehuda

Emiljus Zubas w barwach Bnei Yehuda Tel Awiw.

Źródło: sportas.lt.

Kilka dni później Legia awansowała do Ligi Mistrzów, a do ostatnich godzin okienka transferowego ważyły się losy transferu Nemanji Nikolicia. Gdy z transakcji króla strzelców ekstraklasy sezonu 2015/2016 wycofał się Hull City, to Maccabi Tel Awiw zaproponowało 3,5 mln euro za transfer definitywny! I tylko to pokazało przepaść miedzy możliwościami finansowymi polskich i izraelskich klubów. Legia i Lech najwięcej płaciły za piłkarzy 1 mln euro. Maccabi potrzebowało napastnika, bowiem (o czym była mowa już wcześniej) Orlando Sa podpisał kontrakt ze Standardem Liege.

Pół żartem, pół serio można dodać, że wiosną 2016 r. w izraelskiej LigaT HaAL występowała jeszcze jedna „gwiazda” z ekstraklasy. 10 meczów w barwach Maccabi Hajfa rozegrał chorwacki bramkarz Marijan Antolović ;-) Swego czasu Chorwat zapowiadał: „Legia zarobi na mnie miliony”… po prostu Gwiazda!

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.de, transfermarkt.pl, sport.pl, przegladsportowy.pl, isport.co.il, isport.blesk.cz, sportas.lt.

sobota, 04 listopada 2017
Rzadko się zdarza

Przez polską ekstraklasę przewinęło się wielu zagranicznych trenerów. Niewielu miało jednak znane w Europie nazwisko i CV, a jeszcze mniej było takich, którzy po pracy w Polsce znaleźli lepsze miejsce zatrudnienia. To się naprawdę rzadko zdarza, a tymczasem Stanisław Czerczesow, po zakończeniu współpracy z Legią został selekcjonerem reprezentacji Rosji! Zostało to ogłoszone 11 sierpnia 2016 r.

Czerczesow podobno miał oferty ze Spartaka Moskwa, Lokomotiwu Moskwa i Red Bull Salzburg. Ostatecznie jednak został trenerem Sbornej, co po pracy w Legii, należy uznać za spory awans i docenienie pracy, którą wykonał w Polsce.

Czerczesow_(Legia)_podczas_konferencji_prasowej

Stanisław Czerczesow podczas konferencji prasowej jako trener Legii Warszawa.

Źródło: legia.net.

Czerczesow_(Rosja)_podczas_konferencji_prasowej

Stanisław Czerczesow podczas konferencji prasowej jako selekcjoner Sbornej.

Źródło: sport.tvp.pl.

Lepsze miejsca pracy pod względem prestiżu i poziomu gry (a nie finansowym!), po przygodzie z ekstraklasą znalazło tylko pięciu trenerów. Wspomniany Czerczesow, Dan Petrescu, Frantisek Straka, Rivardo Moniz i następca Czerczesowa w Legii, czyli Besnik Hasi.

Dan Petrescu miał niewielkie doświadczenie (Sportul Studentesc, Rapid Bukareszt), gdy trafił pod Wawel, gdzie nie zagrzał zbyt długo miejsca. Później wywalczył z nieistniejącym już klubem Unirea Urziceni – mistrzostwo Rumunii (2009) i awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, co otworzyło mu drogę do kontraktów w Kubaniu Krasnodar, Dynamie Moskwa, Targu Mures, CFR Cluj oraz w klubach z Chn, Kataru i ZEA.

Frantisek Straka, legenda Sparty Praga, po spuszczeniu Arki Gdynia do 1. ligi, co przypłacił płaczem podczas konferencji prasowej objął, choć na krótko, stery w… największym rywalu Sparty, czyli Slavii Praga. Później prowadził znane w Polsce kluby zza południowej granicy, czyli 1. FK Pribam i Slovan Bratysława.

Holender Ricardo Moniz całkiem nieźle spisywał się w roli trenera Lechii Gdańsk, ale z powodów osobistych zrezygnował z kontynuowania współpracy i… odnalazł się w TSV 1860 Monachium. Wprawdzie to klub tylko z 2. Bundesligi, ale o sporym potencjale, zainteresowaniu i prestiżu.

Ostatnim w tym prestiżowym gronie jest Besnik Hasi. Albańczyk zastąpił Czerczesowa na stanowisku trenera Legii i osiągnął historyczny sukces w postaci awansu do Ligi Mistrzów po dwudziestu latach przerwy, jednak o reszcie jego pobytu w Warszawie lepiej nie mówić. W kolejnym sezonie Hasi prowadził Olympiakos Pireus i powtórzyła się sytuacja z Warszawy, czyli awans do Ligi Mistrzów i szybkie zwolnienie.

Ciekawie potoczyły się losy czeskiego szkoleniowca Josefa Csaplara, który po niespodziewanym wywalczeniu z Wisłą Płock Pucharu Polski i Superpucharu w 2006 zapracował sobie na pracę w lepszych klubach czeskiej ligi, czyli Viktorii Żiżkov i Slovanie Liberec. Młodym i utalentowanym trenerem, co udowodnił w NAC Breda był Robert Maaskant, ale później nie było lepiej – Groningen, Dynamo Mińsk, asystent w Columbus Crew, ponownie NAC Breda i Go Ahed Eagles. W 2017 r. zakończył karierę trenera

Portugalczyk Quim Machado miał budować potęgę Lechii, a tymczasem mocno zawiódł. Później pracował w klubach o podobnym, średnim poziomie jak np. Vitoria Setubal, Belenenses. Podobnie wyglądała historia innego portugalskiego trenera Jorge Paixao, który mając doświadczenie w postaci pracy z Estrelą Amadora i Farense objął Zawiszę Bydgoszcz. Później pracował m.in. w Olhanense i znowu w Farense, czyli prowadził kluby o podobnym poziomie sportowym.

Ciekawą grupę stanowią szkoleniowcy, którzy po prowadzeniu polskich ligowców w końcu prowadzili młodzieżowe reprezentacje (U-21). Dragomir Okuka po przygodzie z Legią szkolił serbską młodzieżówkę, z którą dotarł nawet do półfinału mistrzostw Europy (2006). Poza tym pracował bez sukcesów w Omonii Nikozja, Lokomotiwie Sofia, Kavalii i klubach chińskich (wicemistrzostwo Chin i trener roku w 2012). Pavel Hapal po zakończeniu pracy z Zagłębiem Lubin prowadził FK Senica, a później młodzieżową reprezentację Słowacji, z którą wystąpił nawet podczas polskiego UEFA Euro U-21 w 2017 r. Werner Liczka prowadził natomiast po przygodzie z „Czarnymi koszulami” młodzieżową reprezentację Czech, a później Górnika Zabrze, Wisłę Kraków, Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski i dwukrotnie tymczasowo Banika Ostrawa. Znany z Wisły Płock Drażen Besek prowadził reprezentację Chin do lat 23.

Znamiennym jest, że część trenerów (zwłaszcza z Czech i Słowacji) po podjęciu pracy w polskim klubie kontynuuje tutaj karierę i tylko zmienia kluby, albo co jakiś czas wraca do Polski (Bohumil Panik, Libor Pala, Petr Nemec, Jan Kocian, Dusan Radolsky).

Polskie kluby prowadziło kilku trenerów, którzy byli znakomitymi i znanymi w Europie piłkarzami, ale w karierze trenerskiej już się nie popisali, a po zakończeniu przygody z ekstraklasą, nie otrzymali żadnej interesującej oferty. Wyjątkami byli Petrescu, Czerczesow i Straka, ale wspomnianą tendencję potwierdzają Jose Maria Bakero, Henning Berg (po ponad półrocznej przerwie od zwolnienia w Legii objął Videoton), Jan Kocian, Lubos Kubik, Radoslav Latal, Thomas von Heesen, czy legendarny (nie żyjący już) piłkarz i trener Vitesse Arnhem – Theo Bos.

Polskie kluby nie stać jeszcze na zatrudnianie znanych i uznanych trenerów, dlatego pojawiają się raczej znani byli piłkarze, którzy różnie sprawdzają się w roli szkoleniowców. Raczej są na początku swojej trenerskiej kariery, dlatego łatwiej sprowadzić ich do Polski. Niektórzy po przygodzie z ekstraklasą robią jednak postęp, a przykłady Petrescu, czy Czerczesowa muszą napawać optymizmem.

 

Źródła: własne, sport.pl, pl.wikipedia.org, legia.net, sport.tvp.pl. A. Dawidziuk, Czerczesow nie dostał ofert, „Przegląd Sportowy” z dnia 30 maja 2016 r., s. 10.

piątek, 25 sierpnia 2017
Z czego zapamiętamy UEFA Euro 2016?

Mistrzostwa Europy we Francji już za nami. Zapamiętamy je przede wszystkim ze względu na znakomity udział Polaków, ale z czego jeszcze? Nie bierzemy pod uwagę wyników, gry piłkarzy i elementów typowo piłkarskich. Co więc było takiego charakterystycznego i wyjątkowego we francuskim turnieju? Przy czym poniższy wybór jest subiektywny, a kolejność całkowicie przypadkowa.

Dwaj bracia zagrali przeciwko sobie

Po raz pierwszy w historii piłkarskich mistrzostw Europy przeciwko sobie zagrało dwóch braci. 11 lipca 2016 r. Granit Xhaka reprezentował Szwajcarię, a Taulant Xhaka Albanię. Powody do radości mógł mieć tylko ten pierwszy, bowiem Szwajcaria wygrała 1:0. W mistrzostwach świata  wystąpiła. Na mundialu w Brazylii przeciwko sobie zagrali bracia Boateng.

Bracia_Xhaka_Euro_2016

Bracia Granit Xhaka (Szwajcaria) i Taulant Xhaka (Albania) zagrali przeciwko sobie.

Źródło: sport.pl.

Cztery podarte koszulki i przedziurawiona piłka

W meczu Szwajcaria – Francja, zawiedli nie tylko piłkarze, którzy nie potrafili strzelić choćby jednej bramki, ale zawiódł także sprzęt sportowy. Po starciach z rywalami podarte zostały koszulki Szwajcarów – Admira Mehmediego, Breela Embolo i Granita Xhaki (dwukrotnie!). Helweci byli wyposażeni w sprzęt Pumy, a Xherdan Shaqiri pozwolił sobie na następujący komentarz do tej sytuacji: „Mam nadzieję, że Puma nie robi prezerwatyw.” (cyt. za: „Przegląd Sportowy”). Wpadkę zaliczył także Adidas, bowiem w 54. minucie meczu Valon Behrami stanął na futbolówce i… przedziurawił ją korkami. Trzeba przyznać, że ten mecz dla obu producentów sprzętu sportowego nie był dobrą reklamą.

Koszulki_Szwajcarów_Euro_2016

Źródło: eska.pl.

Ukraińska szatnia

Po przegranym meczu z Niemcami, światowe media obiegły zdjęcia szatni Ukraińców pełnej petów, puszek po piwie i butelek po winie i coca-coli. „Przegląd Sportowy” zauważał: „W czasach diety glutenowej i stuprocentowych profesjonalistów, rzadko spotyka się takie obrazki (…)”. Nasi wschodni sąsiedzi tłumaczyli, że nie pozostawili po sobie szatni w takim stanie, ale mecze z Irlandią Północną i Polską przegrali, co spowodowało, że kibice podejrzewali, że Ukraińcy za dużo imprezowali. Trzy porażki na Euro spowodowały, że nowym trenerem został legendarny napastnik – Andrij Szewczenko. Ale „Szewa” znacząco nie odmienił reprezentacji, która w czerwcu 2017 r. sensacyjnie przegrała w meczu towarzyskim z… Maltą (0:1).

Ukraińska_szatnia_Euro_2016

Wygląd ukraińskiej szatni po meczu z Niemcami.

Źródło: 2x45.info.

Gradobicie

Mecz Irlandii Północnej z Ukrainą (2:0) został przerwany 16 czerwca 2016 r. przez sędziego Pavela Kraloveca z Czech na siedem minut z powodu gradobicia. Tym razem żadnych doniesień z szatni Ukraińców nie odnotowano.

Gradobicie_Euro_2016

Źródło: przegladsportowy.pl.

Hu!!!

Piłkarze Islandii nie dość, że osiągnęli historyczny sukces, bo po raz pierwszy w historii awansowali do finałów imprezy mistrzowskiej, to jeszcze okazali się jej rewelacją i odpadli dopiero w ćwierćfinale. Oprócz gry piłkarzy w pamięci pozostanie doping kibiców i ich specyficzny okrzyk: „Hu!!!!”.

Kibice_Islandii_Euro_2016

Źródło: foxsports.com.au.

Maniery Joachima Loewa

Komentarz absolutnie zbyteczny. Każdy widział. Inną sprawą jest to, czy taki materiał powinien być upubliczniany, choć z drugiej strony żyjemy w czasach, w który wszystko jest na sprzedaż. Trener Loew jest osobą publiczną, znaną, a więc musi się bardziej pilnować niż przeciętny zjadacz chleba i ograniczać swoje instynkty.

Maniery_Loewa

Źródło: footroll.pl.

Poprawienie włosów ważniejsze niż obrona

Podczas meczu Turcja – Chorwacja (0:1) turecki obrońca Ozan Tufan postanowił poprawi włosy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdy nie fakt, że w tej samej chwili na strzał zza pola karnego zdecydował się Luka Modrić i… strzelił jedyną bramkę w meczu! Być może bramka nie padłaby, gdyby turecki obrońca zajął się swoją robotą, a nie elegancją.

Tufan_poprawia_włosy_-_Euro_2016

Ozan Tufan poprawia włosy, co wychwyciła turecka telewizja.

Źródło: tvn24.pl.

Gabor Kiraly rekordzistą

Węgierski bramkarz Gabor Kiraly, znany bardziej ze swoich dresowych spodni niż z umiejętności piłkarskich, został najstarszym zawodnikiem, który zagrał w mistrzostwach Europy. W ostatnim swoim meczu podczas Euro 2016 węgierski bramkarz ma 40 lat i 86 dni. „Poprzedni rekord należał do Lothara Mattheusa, który podczas ostatniego występu na Euro 2000 w Belgii i Holandii miał 39 lat i 91 dni.” (cyt. za: sport.pl). Francuskie Euro było debiutem Kiraly’ego w imprezie mistrzowskiej i zakończył je z wynikiem 108 meczów w reprezentacji.

Kiraly_-_Euro_2016

Źródło: sportsky.it.

Rzut karny wykonywany przez Zazę

Konkurs rzutów karnych w ćwierćfinałowym meczu Niemcy – Włochy przejdzie do historii piłki nożnej jako jeden z najbardziej nieudolnych popisów piłkarzy. Kopacze obydwu drużyn zmarnowali aż siedem z osiemnastu „jedenastek” (39%), a był taki moment, że ich skuteczność sięgnęła zaledwie 40% (cztery wykorzystane z dziesięciu wykonanych). Kwintesencją słabej postawy piłkarzy była jedenastka wykonana przez włoskiego napastnika Simone Zazę. Wszedł na boisko w doliczonym czasie dogrywki tylko po to, aby pewnie wykorzysta rzut karny. Tymczasem tak drobił kroki przed strzałem, że w końcu wyekspediował piłkę w trybuny.

Karny_Simone_Zazy_-_Euro_2016

Źródło: radiozet.pl.

Ronaldo!!!!!!!

Nie mogło być inaczej! Euro 2016 nieodłącznie będzie wiązało się z Ronaldo. Najpierw były fatalne pudła, irytacja, komiczna mimika twarzy, nerwowość, a później bramki, przebłyski doskonałej gry, a w chwili, gdy miała być puenta zdarzył się dramat, czyli kontuzja. Załzawiony Ronaldo cielił się w rolę trenera i zarządzał drużyną pozostawiając w cieniu Fernando Santosa. Ostatecznie Portugalia (niespodziewanie) wygrała turniej, a Ronaldo triumfował. Tak w skrócie wyglądał jego turniej. Piłkarskiej jakości i fajerwerków zabrakło, ale wokół Ronaldo działo się tak wiele, że niezwykle czytelnie wpisał się w historię UEFA Euro 2016.

Po dwóch remisach w fazie grupowej (z Islandią i Austrią) Portugalia stanęła pod ścianą, bo niekorzystny wynik mógł sprawdzić, że odpadnie z turnieju. Nie może więc dziwić nerwowość piłkarzy. Na spacerze przed ostatnim grupowym meczem z Węgrami (3:3) Do Ronaldo podszedł dziennikarz „i spytał się go czy jest gotów do gry. Ronaldo był bardzo rozwścieczony pytaniem dziennikarza, i tym, że mu zadaje pytania - kiedy nie ma żadnej oficjalnej konferencji prasowej - że aż zabrał mu mikrofon i wrzucił do rzeki!” (cyt. za: sport.pl).

 Ronaldo_wyrzuca_mikrofon_-_Euro_2016

Źródło: sport.pl.

Portugalia nie zachwycała, ale dotarła do finału, w którym faworyzowani byli raczej gospodarze. Tymczasem w 25. minucie Ronaldo po starciu z Dmitri Payetem doznał kontuzji i nie mógł kontynuować gry! To był prawdziwy dramat największej gwiazdy Portugalczyków – tak człowieka, jak i piłkarza. Ronaldo popłakał się będąc jeszcze na boisku, ale raczej nie z bólu, a bardziej ze złości, że nie dokończy tego meczu. W tym momencie wydawało się bowiem, że Portugalia pozbawiona swojego lidera nie ma szans na końcowy sukces.

Kontuzja_Ronaldo_finał_Euro_2016

 Źródło: eska.pl.

Ronaldo pozbierał się i zaczął dyrygować grą swoich kolegów stanowiąc konkurencję dla Fernando Santosa. Wyglądało to naprawdę zabawnie, choć z drugiej strony pokazuje ile emocji i chęci zwycięstwa kryje w sobie portugalski geniusz.

Ronaldo_trenerem_Euro_2016

Źródło: sportskeeda.com.

Turniej we Francji był pełen ciekawych, nieprzeciętych i niezwykłych sytuacji. Kolejne mistrzostwa to mundial w Rosji, a że (jak można wyczytać w internecie) „Rosja to stan umysłu”, będzie chyba ciekawiej niż na Euro 2016.

 

Źródła: własne, sport.tvp.pl, sport.pl, eska.pl, 2x45.info, przegladsportowy.pl, foxsports.com.au, footroll.pl, tvn24.pl, sportsky.it, radiozet.pl, sportskeeda.com. M. Szmigielski, M. Trela, Alfabet Euro 2016, „Przegląd Sportowy” z dnia 11 lipca 2016 r., s. 7. „Skarb Kibica Euro 2016. Podsumowanie” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 13 lipca 2016 r. 

czwartek, 24 sierpnia 2017
Obcokrajowcy z Ekstraklasy w UEFA Euro 2016

Piłkarskie Mistrzostwa Europy we Francji w 2016 r. były wyjątkowe dla Polski nie tylko ze względu na doskonała grę Biało-Czerwonych, ale ze względu na rekordową liczbę obcokrajowców z polskiej Ekstraklasy, którzy wystąpili w Euro. Co ciekawe, pół roku po zakończeniu Euro 2016 żaden nie występował już w Polsce.

We francuskim turnieju wystąpiło aż pięciu obcokrajowców z polskich klubów, dwóch mających za sobą grę w Polsce w przeszłości i dwóch, którzy później trafili do Polski. To absolutny rekord. Z jednej strony jest powodem do zadowolenia, bo może wskazywać na rosnący poziom polskiej ligi, jak również efektywność transferów przeprowadzanych przez polskie kluby. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że liczba uczestników Euro zwiększyła się z 16 do 24, co automatycznie spowodowało spadek poziomu rozgrywek.

Czterech reprezentantów Ekstraklasy wystąpiło w reprezentacji Węgier. Richard Guzmics (Wisła Kraków) wystąpił we wszystkich czterech meczach w pełnym wymiarze czasowym, czyli 360 min. (100% możliwego czasu gry) i zanotował jedną żółtą kartkę. Guzmics rozegrał dla „Białej Gwiazdy” dwa sezony – 54 mecze ligowe. Jesienią 2016 wystąpił jeszcze w 11 meczach (1 gol) i na początku stycznia 2017 r. przeniósł się za 1 milion euro do chińskiego Yanbian Funde.

Guzmics_i_Nani_podczas_Euro_2016

Guzmics próbuje zablokować strzał Naniego.

Źródło: sport.dziennik.pl.

Drugi z obrońców z Polski to Tamas Kadar (Lech Poznań), który wystąpił w trzech meczach w każdym po 90 minut (75%) i dwukrotnie był karany żółtymi kartkami. Kadar występował w Poznaniu od wiosny 2015 r. – 38 meczy. Jesienią 2016 r. wystąpił jeszcze w 17 meczach, a w lutym 2017 r. za 2,5 miliona euro przeniósł się do Dynama Kijów.

Kadar_podczas_Euro_2016

Tamas Kadar podczas meczu z Austrią (2:0).

Źródło: zimbio.com.

Skrzydłowym z Polski, a zarazem drugim piłkarzem „Kolejorza” był Gergő Lovrencsics. Wystąpił w dwóch meczach, razem 173 minuty (48,1%). Lovrencics występował w Lechu przez cztery sezony (od 2012/2013) – 112 meczy, 19 bramek, ale klub nie przedłużył z nim kontraktu. Na Euro wystąpił jako piłkarz Lecha, ale było wiadomo, że w nowym sezonie będzie reprezentował barwy Ferencvarosi Budapeszt.

Lovrencics_i_Carvalho_podczas_Euro_2016

Gergő Lovrencsics walczy o piłkę z Williamem Carvalho.

Źródło: sport.interia.pl.

Napastnikiem był król strzelców Ekstraklasy 2015/2016 – Nemanja Nikolić (Legia Warszawa), który wystąpił w dwóch meczach zaledwie 39 minut (10,8%). W meczu z Islandią (1:1) zaliczył asystę przy wyrównującej (samobójczej) bramce, która dała Węgrom awans do 1/8 finału. Superstrzelec z Legii bardzo przeżywał, że w kadrze gra mało, ale nie ma się czemu dziwić. W sezonie 2015/2016 strzelił 28 goli w 37 meczach. Jesienią 2017 r. dołożył 12 goli w 19 meczach i za 3 miliony euro odszedł do Chicago Fire.

Nikolić_podczas_Euro_2016

Radość Nemanji Nikolicia po samobójczym golu Islandczyków.

Źródło: marca.com.

Piątym obcokrajowcem z Polskiego klubu był Ondrej Duda (Legia Warszawa). Wystąpił w 3 meczach 146 minut (40,6%), a w pierwszym spotkaniu z Walią (1:2) strzelił bramkę, która spowodowała, że w dwóch kolejnych meczach grupowych rozpoczynał mecz w pierwszym składzie. Duda grał w Legii od wiosny 2014 r. – 67 meczy, 10 bramek, ale z jego formą w ostatnich dwóch sezonach nie było najlepiej, dlatego transfer do Herthy Berlin za 4,2 miliona euro był znakomitym interesem ubitym przez władze Legii.

 Duda_podczas_Euro_2016

Ondrej Duda cieszy się z bramki strzelonej Walijczykom.

Źródło: zimbio.com.

Jeśli chodzi o piłkarzy, którzy występowali w lidze polskiej to było ich dwóch – Bekim Balaj (Albania) i Jan Mucha (Słowacja). Balaj wystąpił 31 minut (11,5%) w ostatnim meczy fazy grupowej z Rumunią (0:1). Balaj w sezonie 2013/2014 wystąpił w 31 meczach ligowych Jagiellonii Białystok, dla której zdobył 7 goli. Przed Euro reprezentował barwy chorwackiej HNK Rijeka, a po turnieju we Francji – Tereka Grozny.

Balaj_podczas_Euro_2016

Bekim Balaj w zwycięskim meczu z Rumunią (1:0).

Źródło: zimbio.com.

Drugi piłkarz z przeszłością w Polsce, czyli Jan Mucha (Slovan Bratysława) nie wystąpił na Euro, bo bronił Matus Kozacik. Mucha w latach 2005-2010 reprezentował Legią Warszawa przez pięć sezonów – 95 ligowych meczów. Więcej występów spośród słowackim bramkarzy w polskiej lidze mają na swoim koncie Marian Kelemen, Dusan Kuciak i Michal Pesković.

Jan_Mucha_podczas_Euro_2016

Jan Mucha.

Źródło: uefa.com.

Piłkarzami, którzy zagrali we Francji, a później zasili polski klub (Legię Warszawa) byli Tomas Necid (Czechy, Bursaspor) i Armando Sadiku (Albania, FC Vaduz). Co ciekawe, obaj zagrali później w Legii Warszawa, ale nie spotkali się w stolicy Polski. Necid został wypożyczony przez Legię na pól roku na początku 2017 r. Wystąpił w 3 meczach 169 minut (62,3%), a w drugim mecz z Chorwacją w czwartek minucie doliczonego czasu gry pewnie wykorzystał rzut karny ustalając wynik meczu na 2:2.

Necid_podczas_Euro_2016

Radość Tomasa Necida po wykorzystaniu rzutu karnego w meczu z Hiszpanią.

Źródło: laprensa.hn.

Sadiku został wykupiony z FC Zurich przez Legię latem 2017 r. za 750 tys. euro. We francuskim turnieju wystąpił we wszystkich trzech meczach reprezentacji Albanii (231 minut, 77%). W meczu z Rumunią strzelił historyczną, bo pierwszą bramkę Albanii na Mistrzostwach Europy.

Armando_Sadiku_Euro2016

Armando Sadiku cieszy się ze zdobycia bramki w meczu z Rumunią.

Źródło: sportowefakty.wp.pl.

Dodatkowo, kilku obcokrajowców z Ekstraklasy miało mniejsze lub większe szanse na udział w Euro 2016. W listopadzie 2015 r. głośno zrobiło się o szansach Kamila Vacka (wówczas Piast Gliwice), który zagrał w dwóch meczach sparingowych – 4 minuty z Serbią i cały mecz z Polską. Trener Pavel Vrba trochę prowokacyjnie mówił, że Vacek to najlepszy piłkarzy polskiej ligi, ale ostatecznie nie znalazł on uznania w oczach trenera i nie znalazł się w kadrze na turniej we Francji. Choć jeszcze w marcu zagrał 78 minut w sparingu ze Szkocją. Drugim Czechem, który mógł łudzić się, że pojedzie na Euro był Adam Hlousek (Legia Warszawa), choć on w marcu 2015 r. był powoływany do szerokiej kadry na mecze towarzyskie, ale w nich nie grał.

O występie na Euro marzył także Słowak Erik Jendrisek (wówczas Cracovia), który rozegrał w drużynie narodowej 33 mecze. Brał udział w mundialu w 2010 r. w RPA, gdzie wystąpił w trzech spotkaniach. W latach 2008-2011 występował w kadrze w miarę regularnie, ale ostatni mecz rozegrał 23 maja 2014 r. z Czarnogórą (2:0). W marcu 2015 r. był powoływany przed meczami z Luksemburgiem i Czechami, dlatego swoje szanse oceniał nisko. Trener Zieliński przyznawał, że jedyne, co się Słowakowi nie udawało ostatnio, to powrót do reprezentacji. W kontekście słowackiej kadry można jeszcze było myśleć o Dusanie Kuciaku (od 2016 r. Hull City, a wcześniej Legia Warszawa), który w Legii należał do kluczowych piłkarzy, ale w Anglii przepadł, a w kadrze ostatni raz zagrał w czerwcu 2013 r. Ostatnim piłkarzem, który mógł myśleć o powołaniu do kadry na Euro 2016 był Węgier Adam Gyurcso (Pogoń Szczecin). Skrzydłowy zasilił „Portowców” z początkiem 2016 r., a w kadrze grał głównie w meczach towarzyskich. Zagrał nawet w przedostatnim sparingu Węgier przez Euro z Wybrzeżem Kości Słoniowej w maju 2016 r. Selekcjoner jednak nie wysłał do niego powołania.

Przed Euro we Francji o swoich szansach niespodziewanie nie wypowiadał się Marco Paixao (Lechia Gdańsk), który tak głośno mówił, że pojedzie na mundial w Brazylii. Nie wypowiadał się też inny Portugalczyk, były piłkarz Legii, Orlando Sa. Zresztą od czasy, gdy trafili do Ekstraklasy żaden nie został powołany do portugalskiej kadry.

Jak widać Euro 2016 było historyczne dla obcokrajowców występujących w Ekstraklasie. A jak będzie podczas jubileuszowego Euro 2020? Mam nadzieję, że tylko lepiej.

 

Obcokrajowcy z Ekstraklasy na Euro 2016:

Richard Guzmics (Węgry, Wisła Kraków) – 4 (4 całe) mecze, 360 minut, 100%, żółta kartka.

Tamas Kadar (Węgry, Lech Poznań) – 3 (3) mecze, 270 minut, 75%, 2 żółte kartki.

Gergő Lovrencsics (Węgry, Lech Poznań) – 2 (0) mecze, 173 minuty (48,1%).

Ondrej Duda (Słowacja, Legia Warszawa) – 3 (0) mecze, 146 minut (40,6%), bramka.

Nemanja Nikolić (Węgry, Legia Warszawa) – 2 (0) mecze, 39 minut (10,8%), asysta.

 

Obcokrajowcy, którzy grali w Ekstraklasie:

Bekim Balaj (Albania, HNK Rijeka, kiedyś Jagiellonia Białystok) – 1 (0) mecz, 31 minut (11,5%).

Jan Mucha (Słowacja, Slovan Bratysława, kiedyś Legia Warszawa) – 0 meczy.

 

Obcokrajowcy, którzy później grali w Ekstraklasie:

Tomas Necid (Czechy, Bursaspor, później Legia Warszawa) – 3 (1) mecze, 169 minut (62,3%), bramka.

 Armando Sadiku (Albania, FC Vaduz, FC Lugano, FC Zurich, później Legia Warszawa) – 3 (1) mecze, 231 minut (77%), bramka.

 

Kwoty transferów podane za transfermarkt.pl.

 

Źródła: własne, uefa.com, weszlo.com, 90minut.pl, transfermarkt.pl, sportowefakty.wp.pl, pl.wikipedia.org, sport.dziennik.pl, zimbio.com, sport.interia.pl, uefa.com, laprensa.hn. G. Wojtowicz, Euro ucieka Słowakowi, „Przegląd Sportowy” z dnia 8 lutego 2016 r., s. 5. M. Miga, Nietypowy, defensywny napastnik, „Przegląd Sportowy” z dnia 26 lutego 2016 r., s. 14. „Skarb Kibica Euro 2016” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 10 czerwca 2016 r., s. 146-149. „Skarb Kibica Euro 2016. Podsumowanie” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 13 lipca 2016 r.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi