Wpisy z tagiem: piłka nożna

piątek, 01 grudnia 2017
Jugosłowiański Lech

Trener Franciszek Smuda oparł grę poznańskiego Lecha w sezonie 2008/2009 na obcokrajowcach uzupełniając ich bardzo dobrymi polskimi piłkarzami. Większość wśród poznańskich obcokrajowców stanowili piłkarze wywodzący się z krajów byłej Jugosławii.

Na jesieni 2008 r. w meczach ligowych Lecha wystąpiło pięciu piłkarzy z byłej Jugosławii – Ivan Turina (Chorwacja), Ivan Durdević (Serbia), Zlatko Tanevski (Macedonia), Dmitrije Injać (Serbia) i Semir Stilić (Bośnia i Hercegowina). Do tego dochodzą czterej obcokrajowcy z innych państw: Manuel Arboleda (Kolumbia), Luis Henriquez (Panama), Anderson Cueto i Hernan Rengifo (obaj Peru). Spośród 21 piłkarzy, którzy jesienią zagrali w Ekstraklasie w barwach Lecha tylko dwunastu stanowili Polacy a resztę obcokrajowcy.

Djurdjević_Injać_i_Golik_w_Lechu

Piłkarze z państw byłej Jugosławii w barwach Lecha – Djurdjević, Injać i Golik.

Źródło: igol.pl.

Zimą Lech pozyskał czterech kolejnych graczy z krajów byłej Jugosławii: Chorwata Gordana Golika i trzech Bośniaków: Jasmina Buricia, Harisa Handżica i Fenena Salcinovica, którego wypożyczył do końca sezonu do norweskiego Sandefjord Fotball. A dodać należy, że wśród testowanych piłkarzy był Serb Miodrag Stosić i Brazylijczyk Carlom Mendes „Cadu”. Trener Smuda z dużym dystansem wypowiadał się o nowych nabytkach Lecha wskazując, że to „melodia przyszłości” a nie piłkarze, którzy są w stanie skutecznie rywalizować miejsce w składzie. W ten sposób Franz zasugerował, że miał niewielki wpływ na transfery, o których decydują działacze. Złośliwi przypomnieli jednak, że o Stilicu też wypowiadał się negatywnie. Smuda mówił wtedy, że kupiono kota w worku a on nie miał możliwości sprawdzenia tego piłkarza. Później zmienił jednak zdanie.

Lech w jugosłowiańskim wydaniu sprawdził się, a zwłaszcza czwórka piłkarzy – Burić, Djurdjević, Injac i Stilić. Fotel lidera po jesiennych rozgrywkach ekstraklasy i awans do fazy grupowej, a następnie 1/16 finału Pucharu UEFA potwierdziły, że dobranie akurat tych piłkarzy było właściwe.

Ostatecznie Lech w sezonie 2008/2009 wywalczył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. W kolejnym sezonie pod wodzą Jacka Zielińskiego, Lech sięgnął po Superpuchar i mistrzostwo Polski, a także awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Został zwolniony w listopadzie 2010 r., a jego dzieło (w tym awans do 1/16 finału Ligi Europy) kontynuował Jose Maria Bakero. Kluczowymi piłkarzami Lecha w tym czasie byli oczywiście „Jugole” – Djurdjević, Injać i Stilić.

Lech_przed_meczem_z_MC_listopad_2010

Listopad 2010 r. Lech przed historycznym meczem z Manchesterem City (3:1). W składzie ośmiu obcokrajowców (a w tym Burić, Djurdjević, Injać i Stilić) i tylko trzech Polaków (Bosacki, Peszko i Kikut).

Źródło: onet.pl.

Jak to było w innych klubach?

Kierunek jugosłowiański już kiedyś odniósł w Polsce sukces. W 2002 r. warszawska Legia prowadzona przez Serba Drogomira Okukę sięgnęła po Mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Kluczowymi piłkarzami tego klubu byli wówczas Aleksandar Vuković i Stanko Svitlica. Na ławce siedział Macedończyk Marjan Gierasimovski a w rezerwach kolejny Serb – Goran Njamculović.

Z kolei brazylijska przygoda Legii nie była dobrym rozwiązaniem, co potwierdził sezon 2006/2007 (Elton, Junior i Hugo Alcantara) a jedynie Edison i Roger potwierdzili swoją klasę. Podobnie nienajlepszą okazała się hiszpańska opcja firmowana przez Mirosława Trzeciaka i Jana Urbana. Mikel Arruabarena, Inaki Descarga, Balbino i Tito zawiedli. Jedynie Inaki Astiz okazał się wzmocnieniem klubu na lata.

Do historii przejdzie jednak przede wszystkim „Brasiliana” Antoniego Ptaka, która w sezonie 2006/2007 spuściła szczecińską Pogoń do I ligi (wtedy II ligi). Całego zastępu obcokrajowców tyle, że w Widzewie Łódź próbował także Dariusz Wdowczyk, który zasłynął tym, że w jednym z meczów sparingowych RTS-u wystawił jedenastkę złożoną z samych obcokrajowców. Wtedy nikt nie przypuszczał nawet, że taka sytuacja może mieć miejsce w lidze. Antoni Ptak potwierdził jednak, że może…

Ile znaczyli jugosłowiańscy piłkarze Lecha?

Dmitrije Injać występował w Lechu od wiosny 2007 r. do 2014 r. z przerwą na leczenie kontuzji i grę w Polonii Warszawa. Wystąpił w 156 ligowych meczach i zdobył 5 goli. Ivan Djurdjević związał się z Lechem jesienią 2007 r. aż do wiosny 2013 r., czyli do końca jego kariery. Dał się poznać jako charakterny piłkarz, który stał się prawdziwym lechitą. Zagrał w 105 ligowych meczach i zdobył 4 gole. Semir Stilić od sezonu 2008/2009 zagrał w Lechu przez cztery sezony, w których dużo dawał drużynie, ale po początkowych zachwytach nie zawsze utrzymywał wysoką formę. Pomimo tego wystąpił w 106 ligowych meczach, w których zdobył 18 goli. Wilkie talent, który był łączony z Celtikiem Glasgow robił karierę w… Karpatach Lwów, Gazientepsporze, APOEL Nikozja i Wiśle Kraków. Trochę zapomniany Zlatko Tanevski przez trzy lata (wiosna 2007 – wiosna 2010) wystąpił w 44 ligowych meczach, w których zdobył jednego gola. Później występował jeszcze w GKS Bełchatów i Vardarze Skopje. Natomiast Ivan Turina wystąpił tylko w dwunastu meczach sezonu 2008/2009. Poźniej występował krótko w Dinamo Zagrzeb i przez prawie trzy lata w AIK Solna. Zmarł w 2013 r. najprawdopodobniej z powodu niewydolności serca.

Spośród zawodników ściągniętych zimą 2008 r. jako inwestycja w przyszłość tylko Jasmin Burić okazał się słusznym wyborem. Zadebiutował w lidze w październiku 2009 r. i rozegrał od tamtej pory jako piłkarz Lecha rozegrał 122 ligowe mecze. Gordan Golik rozegrał w Lechu tylko dwa ligowe mecze jesienią 2009 r. Od sezonu 2011/2012 występuje w średnich klubach chorwackich, z półroczną przerwę na ligę serbską. Haris Handżić też nie zachwycił, a jesienią 2009 r. rozegrał tylko jeden mecz. Wiosną 2010 r. wrócił do FK Sarajevo, a później brał m.in. w Liechtensteinie (FC Vaduz), Rosji (FK Ufa), Chorwacji (HNK Rijeka) i na Węgrzech (Debreczyn). Fenenowi Salcinovicowi nie było dane zdebiutować w Lechu. Po wypożyczeniu do Norwegii wrócił do Bośni, a później grał także w HNK Rijeka i Sandefjord Fotball.

Podsumowanie

Jak widać jugosłowiański zaciąg sprawdził się w Poznaniu, a Injać, Djurdjević, Stilić i Burić stanowili o sile „Kolejorza”. Nie sprawdzili się piłkarze (za wyjątkiem Buricia), którzy byli sprowadzani jako inwestycja w przyszłość, zresztą żaden z nich nie zrobił poważnej kariery. Ciekawe, że Lech później zainteresował się bardziej rynkiem węgierskim i skandynawskim.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, igol.pl, onet.pl.

czwartek, 30 listopada 2017
Jak Barcelona miała zostać Ajaxem, czyli nieudany eksperyment

Był rok 1997, a Barcelona pozostawała bez zwycięstwa w Lidze Mistrzów od 1992 r., gdy rozegrano ostatnią edycję Pucharu Europy, a w rodzimej lidze na zwycięstwo czekała już trzy lata. Postanowiono więc, że trenerem zostanie uznawany za najlepszego w Europy – Holender Louis van Gaal. Czy ktoś jednak spodziewał się, że Barcelonę zasili tak wielu piłkarzy z Holandii?

Kto inny, jak nie van Gaal miał pomóc Barcelonie w odniesieniu sukcesu? Holenderski trener z grupą początkowo nikomu nieznanych piłkarzy Ajaxu Amsterdam sięgnął m.in. po Puchar UEFA w 1992 r., a w 1995 r. wygrał Ligę Mistrzów detronizując wielki i faworyzowany AC Milan. W kolejnym sezonie dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym dopiero po rzutach karnych odpadł z Juventusem, a w następnym Juventus okazał się lepszy w półfinale. Tak, to był zdecydowanie trener dla Barcelony.

Van Gaal rozpoczął pracę w Barcelonie, a wraz z nim jego dwóch byłych podopiecznych z Ajaxu, którzy przybyli po nieudanych przygodach z AC Milanem, czyli Michael Reiziger i Winston Bogarde. Van Gaal ściągnął także z Rody Kerkrade swojego rodaka – bramkarza Ruuda Hespa.

Praca holenderskiego szkoleniowca w sezonie 1997/1998 rozpoczęła się od dotkliwej porażki w Superpucharze z Realem Madryt (2:1, 1:4). Później jednak Barcelona wygrała ligę wyprzedzając drugi Athletic Bilbao o 9 punktów, a w finale Pucharu Króla pokonała po rzutach karnych Mallorcę. Cieniem na występy Barcelony w tamtym sezonie kładzie się Liga Mistrzów. Barcelona w grupie z Newcastle, Dynamem Kijów i PSV Eindhoven zajęła… ostatnie miejsce, a hańbą okryła się po dwóch porażkach z Dynamem Kijów – 0:3 na wyjeździe i 0:4 u siebie.

Sukcesy właściwie były, a zabrakło najważniejszego, dlatego posłuchano van Gaala i latem 1998 r. sprowadzono trzech kolejnych Holendrów! Boudewijn Zenden i Phillip Cocu przyszli z PSV Eindhoven, a Patrick Kluivert, który już pracował z van Gaalem w Ajaxie, podobnie jak Reiziger i Bogarde, przyszedł po nieudanej przygodzie z AC Milan. Sezon 1998/1999 Blaugrana rozpoczęła od dwóch niespodziewanych porażek z Mallorcą w meczach o Superpuchar (0:1, 1:2). W ćwierćfinale Pucharu Króla, Barcelona przegrała dwukrotnie z Valenicą (2:3, 3:4). Ligę hiszpańską jednak wygrała z przewagą jedenastu punktów nad Realem Madryt, ale Liga Mistrzów podobnie, jak w poprzednim sezonie była rozczarowaniem, bowiem w swojej grupie Barcelona musiała uznać wyższość Manchesteru United i Bayernu Monachium wyprzedzając tylko Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, w styczniu 1998 r. do Barcelony dołączyło… kolejnych dwóch Holendrów. Bracia Frank i Ronald de Boer przyszli z Ajaxu, z którym największe sukcesy świętowali oczywiście z van Gaalem.

Kluivert_i_van_Gaal_w_Barcelonie

Trening Barcelony – Louis van Gaal instruuje Patricka Kluiverta.

Źródło: marca.com.

Początek sezonu 1999/2000 potwierdzał, że w Barcelonie nie dzieje się dobrze, bowiem w Superpucharze przegrała z Valencią (0:1, 3:3). W Pucharze Króla, Barca odpadła z Atletico Madryt w półfinale. Po porażce w pierwszym meczu 0:3, Barcelona zasłaniała się problemami kadrowymi i brakiem terminów w związku z występami w Lidze Mistrzów, aż w końcu odmówiła gry i została ukarana walkowerem 0:3. W lidze lepsze o pięć punktów było Deportivo La Coruna, a w Lidze Mistrzów Barcelona odpadła dopiero w półfinale. Balaugrana pewnie przeszła dwie fazy grupowe, choć przyznać trzeba, że nie miała godnych siebie przeciwników. W ćwierćfinale, drużyna van Gaala po porażce na Stamford Bridge 1:3, doprowadziła do dogrywki a następnie wygrała 5:1. W półfinale, po porażce w pierwszy m meczu 1:4 z Valencią trudno było o optymizm. W rewanżu Barcelona wygrała 2:1, ale to było zdecydowanie za mało i katalońska drużyna odpadła. To był sezon pełen upokorzeń i goryczy, dlatego rozstanie z trenerem było pewne, czego od dłuższego czasu domagali się kibice machając białymi chusteczkami. Van Gaal zostawił po sobie holenderską kolonię, bowiem  do siedmiu piłkarzy z tego państwa, latem 2000 r. dołączył ściągnięty za rekordowe 40 milionów euro Marc Overmars.

Bracia_de_Boer_w_Barcelonie

Bracia de Boer, czyli przykład holenderskiego zaciągu w Barcelonie.

Źródło: dailymail.co.uk.

Van Gaal po przygodzie w Katalonii został trenerem reprezentacji Holandii, przegrał eliminacje do mundialu w 2002 r., a następnie… powrócił do Barcelony! Co przyświecało decydentom katalońskiego klubu trudno zrozumieć. Jedno z powiedzeń mówi, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a przecież pierwsza przygoda holenderskiego szkoleniowca skończyła się niepowodzeniem. Van Gaal popracował tylko przez siedem miesięcy i pod koniec stycznia 2003 r. jego kontrakt został rozwiązany. W lidze Barcelona grała fatalnie, a w Pucharze Króla skompromitowała się po porażce w 1/32 finału z występującą w trzeciej lidze (Segunda Division B) Novelda CF 2:3. W Lidze Mistrzów było zdecydowanie lepiej. W pierwszej fazie grupowej przeciwko FC Brugge, Galatasaray i Lokomotiw Moskwa, piłkarze van Gaala odnieśli komplet zwycięstw. Drugą rundę grupową rozpoczęli od zwycięstw z Bayerem Leverkusen i Newcastle, ale van Gaalowi nie było dane dokończyć swojego dzieła. Philippe Christanval, środkowy obrońca z Francji, który grał w Barcelonie w latach 2001-2003 powiedział, że po zwolnieniu z obowiązków trenera, van Gaal przyszedł do szatni i „płakał jak dziecko”. „Był twardy, zimny, a tu został zniszczony.” (cyt. za: irishmirror.ie).

Oprócz braku sukcesów w Lidze Mistrzów, Holendrowi zarzucano, że masowo ściągał swoich rodaków, w tym sześciu, z którymi pracował wcześniej w Ajaxie. Łącznie ściągnął ich dziewięciu, a w tym samym czasie na boisku przebywało nawet ośmiu. Do ściągnięcia dziewięciu Holendrów, van Gaal potrzebował tylko trzech lat, podczas gdy w całej dotychczasowej historii Barcelony było tylko sześciu Holendrów (Johan Cruyff, Johan Neeskens, Danny Muller, Ronald Koeman, Richard Witschge, Jordi Cruyff). Ściągniecie holenderskich piłkarzy przez van Gaala było kosztowną inwestycją, bowiem według transfermarkt.pl ich transfery pochłonęły 99,8 mln euro (w tym 40 mln euro za Overmarsa), co jak na tamte czasy było sporą kwotą. Barcelona na transferach tych piłkarzy zarobiła zaledwie14,7 miliona euro, co daje ponad 85 milionów euro deficytu! Co ciekawe, jedynym piłkarzem, za którego Barcelona dostała więcej niż sama zapłaciła był Ruud Hesp. Barca zapłaciła Rodzie Kerkradzie 1,1 miliona euro, a dostała od Fortuny Sittard 1,2 miliona euro. Trzeba przyznać, że z tytułu samych kwot transferowych, holenderski eksperyment był dosyć drogi.

Okres pracy van Gaala w Barcelonie (zwany „holenderskim”) jest znany przede wszystkim z powodu dużej liczby holenderskich piłkarzy w kadrze Blaugrany. Poza tym, kibice pamiętają bolesne porażki z Dynamem Kijów i Valencią. Z drugiej jednak strony, gdy van Gaal był trenerem klub wzbogacił się o dwa mistrzostwa i Puchar Króla. Trofeów mogło i powinno być więcej, ale nie jest też tak, że praca van Gaala to pasmo porażek, upokorzeń i wstydu. Barcelona osiągnęła to na co ją było stać w swoim holenderskim eksperymencie, inną sprawą jest fakt, że okres ten przypadł na świetną grę Valencii, która zgarnęła Barcelonie Superpuchar, półfinał Pucharu Króla i finał Ligi Mistrzów. Próbując osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów władze Barcelony gdzieś się pogubiły i chyba na zbyt wiele pozwoliły van Gaalowi w kwestii kształtowania polityki kadrowej. Pogubił się też trener, który pomimo późniejszych sukcesów z Alkmaar i Bayernem, jest uznawany za tego, któremu w Barcelonie nie udało się i od tej pory zaliczał zjazd, „jadąc” na opinii wypracowanej jeszcze z Ajaxem.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, irishmirror.ie, marca.com, dailymail.co.uk. Holendrzy w Barcelonie, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania.

środa, 29 listopada 2017
Polskie centra pobytowe UEFA Euro 2012 – sukces i… niedosyt

Aż trzynaście z szesnastu uczestników UEFA Euro 2012 na swoje centra pobytowe wybrało ośrodki znajdujące się na terenie Polski. Nawet większość reprezentacji, które fazę grupową rozgrywały na Ukrainie, wybrały Polskę. To sukces, ale z pobytem reprezentacji, zwłaszcza tych najbardziej utytułowanych, wiązano większe nadzieje.

Wydawało się, że pobyt reprezentacji kilkunastu uczestników UEFA Euro 2012 będzie okazją do spotkań, otwartych treningów, może meczy sparingowych i… nie wiadomo czego jeszcze.

Piłkarze byli skupieni i skoncentrowani. Wymagali i oczekiwali zupełnego spokoju, a pracownicy ośrodków podkreślali, że piłkarze nie mieli żadnych specjalnych życzeń. Brak natrętnych fanów i paparazzi pochowanych po krzakach zdecydowanie im odpowiadał. Reprezentacje były odgrodzone szczelnym i wysokim płotem, zasłonięte banerami i obstawione (ubranymi na czarno) ochroniarzami. W takich właśnie warunkach piłkarze szukali odpowiedniego przygotowania do zbliżających się meczów. Na pewno zawiedzeni byli łowcy autografów i kibice liczący na spotkanie, czy zdjęcie z Cristiano Ronaldo, czy Ikerem Casillasem.

Każde wyjście z terenu ośrodka lub wyjazd autokaru reprezentacyjnego były monitorowane przez miejscowych, jak i przez media. Te ogólnopolskie informowały przede wszystkim o pobycie Hiszpanów w Gniewinie i Portugalczyków w Opalenicy. Niekiedy pojawiały się wzmianki o Niemcach, którzy przebywali w Gdańsku, a pozostałe reprezentacje, nawet Anglia, Holandia i Włochy, miały względny spokój. A miejscowi wielokrotnie okazywali sympatię piłkarzom drużyny, która przebywała w ich pobliżu. Traktowali ich jak „swoje” reprezentacje. Dopingowali, wspomagali, trzymali kciuki, ale także przyozdabiali ulice i domy.

Poza treningiem niełatwo było spotkać piłkarzy poza hotelem. Niektórzy, jak Hiszpanie prawie wcale nie opuszczali swojej bazy pobytowej. Hiszpanie zupełnie zamknęli się przed widownią, dlatego część mieszkańców Gniewina narzekała, że piłkarze Hiszpanii nie pojawili się we wsi. Piłkarze innych reprezentacji, jak np. Portugalii, rzadko opuszczali bazę. Podobno zdecydowali się na przejażdżkę rowerową po okolicy, a niektórzy skorzystali z pizzerii. Część miejscowych szukała kontaktu z piłkarzami i z wypiekami na twarzy oczekiwała aż pojawia się w mieście, ale np. jedna z mieszkanek Opalenicy powiedziała: To niesamowite uczucie mieć takie gwiazdy na wyciągnięcie ręki i to w swoim rodzinnym mieście. (cyt. za: wiadomosci.onet.pl).

Zresztą to odgrodzenie się każdej reprezentacji od lokalnej miejscowości i poczucie jakiejś tajemniczości sprzyjało plotkom, które rozchodziły się lotem błyskawicy. Wystarczyło powiedzieć, że ktoś widział, któregoś z piłkarzy i natychmiast podchwycali to inni. Zawodnicy rozpalali nie tylko emocje, ale także wyobraźnię.

Obrazek_UEFA_Euro_2012

Źródło: allthatisgaming.wordpress.com.

Okazją do zobaczenia piłkarzy, a niekoniecznie do spotkania, były otwarte (pokazowe) treningi, które organizowała część reprezentacji. W Krakowie otwarte treningi organizowały wszystkie trzy reprezentacje mające bazy pobytowe w Krakowie lub okolicach – Włoch, Anglii i Holandii. Trening „Oranje” na stadionie „Wisły” obejrzało 25 tys. widzów, rekordowa liczba jak na trening UEFA Euro 2012.

W Opalenicy na otwarte treningi Portugalii przyjeżdżało średnio po dwa tysiące osób. W Gniewinie tłum chętnych tak napierał na bramę prowadzącą na trybuny, że musiała interweniować policja. Niektórzy narzekali, ale nie z tego powodu. Nauczycielka, która zabrała dzieci na otwarty trening w Gniewinie powiedziała: „Mamy reprezentację Hiszpanii, a w ogóle jej nie widać. Piłkarze grali gdzieś daleko, nie reagowali na przywoływania, nie kopnęli choćby jednej piłki w kierunku trybun.” (cyt. za: Newsweek). Ludzie spodziewali się, że Pique, czy Torres podejdą do nich i przybiją „piątkę”, dadzą autograf, czy zgodzą się zrobić zdjęcie.

Zdania mieszkańców były podzielone. Część z nich narzekała na brak kontaktu z piłkarzami, ale część była zadowolona z samego faktu, że piłkarze przebywali w ich miejscu zamieszkania. Z tego też powodu niektórzy uważali, że nic lepszego im się nie przytrafiło. Inni narzekali na niewielki ruch w agroturystyce, choć przyznać trzeba, że mógł on wynikać z powodu zdecydowanie zbyt wysokich cen.

Zyskać chciały też gminy znajdujące się w cieniu miast gospodarzy, a już na pewno te gminy, w których znajdowały się bazy noclegowo-treningowe. Po zakończeniu turnieju ich przedstawiciele cieszyli się z medialnego rozgłosu i liczyli na przyszłe zyski. Wcześniej o takiej reklamie na pewno nie mogli nawet pomarzyć, bo nazwy miejscowości pojawiły się nie tylko w polskich, ale i zagranicznych mediach. Na taką promocję gmin nie było stać.

W ośrodkach, w których gościły największe gwiazdy, czyli Hiszpania, Portugalia i Włochy, turyści i zagraniczne kluby robiły rezerwacje zaraz po finale, a do recepcji kibice dzwonili z licznymi pytaniami odnośnie zachowania swoich idoli w wolnym czasie.

Na zgrupowania do ośrodków w Gniewinie i Opalenicy przyjeżdżali później piłkarze m.in. Amkara Perm, Hapoel Beer-Szewa, Omonii Nikozja, Panathinaikosu Ateny, czy AEK Ateny. Zauważyć jednak trzeba, że akurat w tych ośrodkach to nic nowego, bo już wcześniej ich właściciele mogli liczyć na zagranicznych gości. W Gniewinie niezależnie od UEFA Euro 2012 rezerwacje były zrobione z dużo większym wyprzedzeniem, a organizacja turnieju jedynie umocniła pozycję tego ośrodka. W przypadku pozostałych niekoniecznie Euro wpłynęło na zwiększone obroty.

Zainteresowanie polskimi centrami podczas turnieju UEFA Euro 2012 na pewno świadczyło o poziomie i jakości świadczonych usług. Niektóre z nich dzięki turniejowi zostały wcześniej zmodernizowane lub ulepszone. W połączeniu z medialnym zainteresowaniem, to zdecydowane zyski po polskiej stronie. Narzekać mogli kibice i mieszkańcy miejscowości, w których bazy miały poszczególne reprezentacje. Liczyli na spotkania z piłkarzami, autografy, zdjęcia, ale piłkarze szukali ciszy i spokoju, więc trudno im było wykazać się całkowitą otwartością wobec kibiców. Niemniej otwarte treningi, podziękowania i inne miłe gesty wobec polskich kibiców, nie mogą być zapomniane, choć kibice, jak to kibice oczekiwali dużo, dużo więcej.

 

Źródła: własne, sport.pl, wyborcza.pl, wiadomosci.onet.pl, bip.krakow.pl. M. Święchowicz, Iker za płotem, Newsweek z dnia 18-24 czerwca 2012 r., s. 18-20. Ł. Zalesiński, Euroszansa dla małych, „Rzeczpospolita” z dnia 25 czerwca 2012 r., s. 5. A. Karwowska, Spać jak Ronaldo, czyli interes po Euro, „Metro” z dnia 29 maja 2013 r., s. 2.

wtorek, 28 listopada 2017
Jak Petrescu wyleciał z Wisły Kraków

Były znakomity piłkarz i wówczas początkujący trener – Dan Petrescu został trenerem Wisły Kraków pod koniec 2005 r. Nadzieje i oczekiwania były ogromne, a po dziesięciu miesiącach Rumuna już nie było pod Wawelem. Rozstał się w nienajlepszej atmosferze, choć chyba nie do końca zasłużył na krytykę.

Dan Petrescu jako piłkarz uczestniczył w finałach piłkarskich mistrzostw świata (1994, 1998) i Europy (1996, 2000), zagrał w finale Pucharu Europy (1989), występował na boiskach włoskiej Serie A (FC Foggia, FC Genoa) i angielskiej Premier League (Sheffield Wednesday, Chelsea, Bradford City, Southampton). Z Chelsea sięgnął po dwa Puchary Anglii (1997, 2000), Puchar Ligi Angielskiej (1998), Puchar Zdobywców Pucharów (1998) i Superpuchar Europy (1998). Nic więc dziwnego, że jego przybycie do Polski było dużym wydarzeniem. Nigdy wcześniej w polskiej lidze nie było piłkarza z taką przeszłością i takimi osiągnięciami. Petrescu zapoczątkował nowy trend w polskiej lidze, czyli zatrudnianie znanych byłych piłkarzy, którzy zaczynali poważną karierę trenerską (przykład Nandora Hidegkutiego to odrębna historia). W kolejnych latach zatrudnienie w Polsce znaleźli np. Bakero, Berg, Czerczesow, Latal i Hapal, ale nawet na ich tle sukcesy piłkarskie „Borsuka” budzą szacunek.

Rumun podpisał 8 grudnia 2005 r. roczny kontrakt z Wisłą Kraków z opcją przedłużenia na następny rok. Zgodnie z umową miał zarabiać 25 tys. euro miesięcznie. Ówczesny dyrektor sportowy Wisły Grzegorz Mielcarski podkreślał: najbardziej spodobała nam się filozofia pracy Dana (cyt. za: „Przegląd Sportowy”; wszystkie cytaty pochodzą z różnych wydań „Przeglądu Sportowego”). Petrescu zwracał uwagę, że w jego pracy najważniejsze są trzy założenia szkoleniowe: „organizacja, dyscyplina i ciężka praca”. Nie było mu dane wypełnić kontraktu w całości i został zwolniony 18 września 2006 r.

Dan_Petrescu_na_tle_herbu_Wisły

Dan Petrescu na tle herbu Wisły Kraków.

Źródło: eurosport.interia.pl.

Wisłę poprowadził tylko w 23 meczach, z których 14 wygrał, 6 zremisował i 3 przegrał (bramki 34:14). Bilans w polskiej lidze to 20 meczy, 13 zwycięstw, 5 remisów i 2 porażki (bramki: 32:12). Petrescu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski 2006, start nowego sezonu nie był najlepszy (3 zwycięstwa i 4 remisy), a w pierwszym meczu o fazę grupową Pucharu UEFA, Wisła niespodziewanie przegrała u siebie 0:1 z Iraklisem Saloniki, ostatnim w tamtym czasie klubie ligi greckiej. Ostatnie cztery mecze przed zwolnieniem to wspomniana porażka z Iraklisem i trzy ligowe remisy z rzędu.

Petrescu został zwolniony za niezadowalające wyniki i brak porozumienia z piłkarzami, a dosłownie za zbyt ciężkie treningi. Gdyby scharakteryzować jego pracę w Wiśle popierając się na wypowiedziach piłkarzy i opiniach dziennikarzy wystarczyłoby powiedzieć - krzykacz, gwiazdor i po prostu słaby trener. Jakub Błaszczykowski powiedział natomiast, że to najgorszy trener z jakim pracował.

Piłkarze anonimowo mówili, że trener zgrywał wielką gwiazdę i traktował wszystkich z góry. Petrescu nie ukrywał, że nienawidzi przegrywać. Mówił, że nie widzi nic złego w pewności siebie dodając, że dzięki niej osiągnął więcej niż wszyscy piłkarze Wisły razem wzięci. „Ja swoją mentalność wyniosłem z Anglii. Wiem, jak wygląda zawodowy futbol (…) Mentalnie jestem Brytyjczykiem. Zawsze chcę więcej, nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co mam.”. Odnośnie traktowania innych z góry mówił: „Zachowywałem się normalnie. W pracy dawałem z siebie 120 procent. Przychodziłem do klubu rano, wracałem wieczorem i non stop harowałem (…) nie to, że odpuszczałem.”.

Piłkarze twierdzili, że Rumun przeprowadzał ciężkie treningi i podobno nie personalizował ich. Marek Konieczny, który w tamtym czasie był kierownikiem drużyny Wisły mówił jednak: „To nieprawda, bo piłkarze byli podzieleni na trzy grupy pod względem wydolnościowym.”.  Co więcej, Konieczny dodaje, że Petrescu chciał w Krakowie wprowadzić pełen profesjonalizm. Niektórzy uważają, że słów Koniecznego nie można brać na poważnie, skoro później odwiedzał Petrescu w Rumunii, co miało świadczyć o braku jego bezstronności.

Jak zarzuty piłkarzy odpiera sam zainteresowany? Tłumaczył, że najpierw chciał wprowadzić żelazną dyscyplinę, a jeśli przyniosłaby efekty, to wtedy można być bardziej elastycznym wobec piłkarzy i dać im więcej luzu. Dodawał również, że trener nie może być przyjacielem piłkarzy i musi się zdecydować, czy chce wyników, czy miłości piłkarzy. Jak widać, jeśli grupa nie pójdzie za nim, jak w ogień, to zostanie sam przeciwko wszystkim. Tak właśnie stało się w Wiśle, a Petrescu na przykładzie piłkarzy Wisły pozwolił sobie na ogólną uwagę nt. pracy polskich piłkarzy: Jest jakiś problem z mentalnością polskich piłkarzy. Nie mają ochoty na ciężką pracę (…) Polscy piłkarze nigdy nie będą zadowoleni. Trener będzie albo za ostry albo za miękki. Zawsze znajdzie się wytłumaczenie..

Kibice i dziennikarze naśmiewali się z Petrescu, który większą część meczu spędzał przy linii bocznej z podniesionymi rękoma i nieustannym krzykiem kwestionującym decyzje sędziego. Tak, Rumun należy do tych trenerów, którzy szukają winy wśród sędziów. Mówił, że wiele rzeczy dzieje się przeciwko prowadzonej przez niego drużynie, jak np. niepodyktowane rzuty karne. Mówił: „Kiedy pracowałem w Wiśle, sędziowie byli non stop przeciwko nam. Wisła z nimi wojowała (…) i teraz kilku z nich widzę w więzieniu.”.

Dan_Petrescu_w_charakterystycznej_pozie

Charakterystyczna poza Petrescu podczas meczów Wisły.

Źródło: romanowo.blogspot.pl.

Na co jeszcze narzekał Petrescu? Oj, lista jest długa. Zacznijmy od czterech najbardziej absurdalnych. Po pierwsze, zastrzegał, że nie chce mówić o tym, co działo się w Wiśle przed jego przyjściem, czym ewidentnie sugerował, że przyczyn przegrania mistrzostwa Polski w 2006 r. należy doszukiwać się przed jego przyjściem pod Wawel. Po drugie, podkreślał, że Legia wyjątkowo często wygrywała na wiosnę 2006 r. i w każdej innej lidze nie zdarzają się takie serie zwycięstw. Wisła miała więc po prostu pecha. Po trzecie, terminarz był niekorzystny dla Wisły. „Biała Gwiazda” najpierw grała z rywalami, który w następnej kolejce zmęczeni przystępowali do meczu z Legią. Po czwarte, utrudnieniem była… nierówna murawa.

Oczywiście, jak każdy trener wskazywał na konieczność wzmocnień. Gdy pracował w Wiśle mówił, że sukces może osiągnąć po wzmocnieniu składu i pozwoleniu na długofalową pracę. Twierdził, że potrzebuje: „lewego obrońcy, trzech pomocników i dwóch napastników”, ale zaznaczał, że „każdy zespół potrzebuje nowych twarzy”. Z tymi napastnikami to raczej nie przypadek, bo wśród głównych powodów niewywalczenia mistrzostwa wymieniał nieskuteczność. Po zakończeniu pracy o swojej filozofii futbolu i jej zderzeniu z krakowską rzeczywistością mówił: „Chcę mieć tych graczy, którzy kochają wygrywać. Nie takich, którzy marudzą, że to albo tamto mu się nie podoba. Dobry piłkarz zasuwa bez względu na okoliczności. A tacy kosztują. Ale W Wiśle chcieli, żebym pozyskał zawodników za darmo.”.

Przypomnieć należy, że gdy na oficjalnej konferencji, gdy został zaprezentowany jako trener mówił o organizacji, dyscyplinie i ciężkiej pracy, a władze Wisły podkreślały, że spodobała im się filozofia Rumuna, czyli w domyśle – organizacja, dyscyplina i ciężka praca. Piłkarze chyba nie mieli nic do powiedzenia w sprawie wyboru trenera i ich drogi z trenerem szybko się rozeszły. Trudno do końca ocenić jak było z ciężką pracą, ale wierzę, że Petrescu jako ambitny piłkarz i trener chciał narzucić polskim piłkarzom wzorce, które dostrzegł w Anglii. Nie udało się i pewnie prawda leży gdzieś po środku. Zwłaszcza, że innym metody Petrescu odpowiadały i dwóch klubach (Unirea Urziceni i Kubań Krasnodar) osiągnął sukcesy dzięki którym został wybrany trenerem roku w Rumunii (2008, 2009, 2011).

Może i Rumun traktował innych z góry, ale pomijając względy etyczne, czy można mu się dziwić? Zdobył ogromne doświadczenie, które teraz chciał wykorzystać w Wiśle, a przecież to on był trenerem i to on decydował o drużynie. Petrescu napotkał jednak trudności i już po czterech miesiącach mówił, że potrzebuje „mocniejszego wsparcia ze strony właściciela i pracowników klubu”, bo „czasem trzeba na bieżąco przedyskutować pewne problemy”. Czyżby władze „Białej Gwiazdy” szybko zorientowały się, że to nie jest trener odpowiedni dla piłkarzy?

Pobyt w Krakowie Petrescu uważał jednak za udany, bo twierdził, że zdobył tam bezcenne doświadczenie. Co więcej, wcale nie zraził się do pracy pod Wawelem, bo później nie wykluczał powrotu do pracy w Wiśle. O swoich marzeniach osiem lat temu mówił: „trenowanie Steauy, reprezentacji Rumunii, a któregoś dnia może Chelsea, ale chciałbym też wrócić kiedyś do Wisły”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, bo Petrescu nie pracowal w żadnym z tych miejsc. Na pewno jest bardziej doświadczonym trenerem, a nie tak utytułowanym na jakiego się zapowiadał po sukcesach z Unireą Urziceni. Stał się raczej drogim niż dobrym trenerem, o czym może świadczyć przyjmowanie ofert z Rosji, Kataru, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Niemniej podjęcie przez niego prestiżowej pracy, jak np. z reprezentacją Rumunii jest całkiem możliwe.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, eurosport.interia.pl, romanowo.blogspot.pl, pl.wikipedia.org. P. Fleszar, Zatrudniony na próbę, „Przegląd Sportowy” z dnia 9 grudnia 2005 r., s. 8. K. Kawa, Pierwszy taki Dan nad Wisłą, „Magazyn Sportowy” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 3 lutego 2006 r., s. 8-13. Samotność Rumuna – wywiad red. K. Kawy i G. Wojtowicza z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 18 kwietnia 2006 r., s. 12. Odzyskamy tytuł – wywiad red. P. Fleszara z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 maja 2006 r., s. 5. M. Miga, Niechciany szkoleniowiec roku, „Przegląd Sportowy” z dnia 29 grudnia 2008 r., s. 9. Nie przyjaźnię się z piłkarzami – wywiad red. M. Wawrzynowskiego z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 lutego 2009 r., s. 14-15.

poniedziałek, 27 listopada 2017
Jak Podbrożny (nie) strzelał w Lidze Mistrzów

Jerzy Podbrożny w połowie lat dziewięćdziesiątych był czołowym strzelcem polskiej ligi. W europejskich pucharach, a zwłaszcza w Lidze Mistrzów i później zagranicą już tak skuteczny nie był. Dwukrotny król strzelców polskiej ligi (jeszcze w barwach Lecha Poznań), w Lidze Mistrzów trafił tylko raz i jego grze przyjrzymy się przez pryzmat cytatów z „Przeglądu Sportowego”.

31 maja 1995 r. Legia pokonała w meczu XXII kolejki polskiej ligi, Raków Częstochowa 3:0 (2:0) i zdobyła mistrzostwo Polski w sezonie 1994/1995. Dwie bramki dla Legii zdobył Zbigniew Mandziejewicz, a trzecią dołożył Jerzy Podbrożny. To był drugi mecz Legii, który oglądałem na stadionie przy Łazienkowskiej. Pamiętam, jak po jednej z niewykorzystanych sytuacji przez „Gumę”, siedzący obok mnie ojciec nie mógł się nadziwić, jak Podbrożny mógł nie trafić. Wtedy odwrócił się do nas jeden ze stałych bywalców (karneciarzy) i powiedział: „Proszę Pana, on tu nie w takich sytuacjach pudłował. Wiem, co mówię, bo wszystkie mecze oglądam.”. Taki był właśnie Podbrożny – z jeden strony superstrzelec, a z drugiej strony marnował doskonale sytuacje. W ówczesnej Legii nie było to problemem, bo drużyna była tak silna w każdej formacji, że stwarzała mnóstwo sytuacji w prawie każdym meczu.

Dwa miesiące później Legia (z Podbrożnym) w składzie rozpoczęła walkę o historyczny, pierwszy awans polskiego klubu do Ligi Mistrzów. Jak „Przegląd Sportowy” relacjonował występy „Gumy”?

 

Runda eliminacyjna Ligi Mistrzów 1995/1996

09.08.1995 Legia – IFK Goeteborg 1:0.

Grał 87 minut i został zmieniony przez Ryszarda Stańka, gol z rzutu karnego w 49. minucie, żółta kartka.

Podbrożny pędzi sam na bramkarza. Ravelli to jednak wielki cwaniak, nie wychodzi do napastnika, czeka i broni strzał z ostrego kąta.” [wszystkie cytaty z meczów za „Przeglądem Sportowym”].

 

23.08.1005 IFK Goeteborg – Legia 1:2

Grał 90 minut.

Supersnajper z Łazienkowskiej dryblował, przepychał się i strzelał, ale bez niezbędnego fartu. Chwaląc pana Jurka nie można mu jednak nie wytknąć pewnej nonszalancji.” Zresztą sam piłkarz przyznał to po meczu mówiąc: „Może zbyt nonszalancko grałem po zdobyciu wyrównującej bramki.”.

Last musnął piłkę ręką a futbolówka spadła pod nogi Podbrożnego, który jednak za długo zwlekał ze strzałem.

Lewandowski ponownie wrzucił ze skrzydła, Podbrożny strzelił głową, ale za słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_IFK_Goeteborg

Podbrożny atakowany przez dwóch piłkarzy IFK Goeteborg.

Źródło: sport.tvp.pl.

Faza grupowa

13.09.1995 Legia – Rosenborg Trondheim 3:1

Nie grał.

 

27.09.1995 Spartak Moskwa – Legia 2:1

Nie grał.

 

18.10.1995 Legia – Blackburn Rovers 1:0

Grał cały mecz, strzelił bramkę w 26. minucie.

Jeszcze ze skrzydła podaje Pisz i Podbrożny z linii pola bramkowego przenosi futbolówkę nad poprzeczką.”.

 

01.11.1995 Blackburn Rovers – Legia 0:0

Grał 45. minut, zmienił go Cezary Kucharski

Wieszczycki oddaje Podbrożnemu. Potężne uderzenie i Tim Flowers wybija piłkę ręką.

Po meczu powiedział: „Zszedłem z boiska po pierwszej połowie, bo grałem słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_Blackburn

Podbrożny w meczu przeciwko Blackburn – jedynym w Lidze Mistrzów, w którym zdobył bramkę.

Źródło: przegladsportowy.pl.

22.11.1995 Rosenborg Trondheim – Legia 4:0

Grał cały mecz.

Podbrożny przyjmuje piłkę na udo, strzela, ale w nogi Kucharskiego.”.

 

06.12.1995 Legia – Spartak Moskwa 0:1

Grał cały mecz.

Podbrożny z czterech metrów uderzył wysoko nad poprzeczką.  Czasami tak bywa… Piękna akcja, wyborna sytuacja a gola nie ma.”.

 

Ćwierćfinał

06.03.1996 Legia – Panathinaikos Ateny 0:0

Grał cały mecz.

Strzał Podbrożnego obok bramki.”.

Podbrożny nie doszedł do dośrodkowania Bednarza.

Najładniejsza z dotychczasowych akcji Legii, zainicjowana przez Sokołowskiego, ale bramki i tak by nie było, ponieważ Podbrożny był na spalonym.”.

 

20.03.1996 Panathinaikos Ateny – Legia 3:0

Grał cały mecz.

Sędzia odgwizduje spalonego, ale Podbrożny udaje, że nie słyszy i strzela. Z trzech metrów w słupek do pustej bramki. Aż przykro na to patrzeć.”.

 

Podsumowanie występów Podbrożnego w Lidze Mistrzów

„Guma” wystąpił w sześciu meczach Ligi Mistrzów przez 495 minut. Strzelił jedną bramkę, ale sytuacji strzeleckich miał znacznie więcej. Najdogodniejszych sytuacji w domowych meczach z Blackurn i Spartakiem nie wykorzystał. Zamiast w bramkę celował nad bramką. Oto cały „Gumiś”.

Podbrożny zajmuje obecnie 12. miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców polskiej ligi. Zdobył 122 gole dla… siedmiu klubów – Igloopolu Dębica (7), Lecha Poznań (48), Legii (45), Zagłębia Lubin (11), Pogoni Szczecin (6), Amiki Wronki (1) i Widzewa Łódź. Był nawet dziesiąty, ale został wyprzedzony przez Tomasza Frankowskiego (168) i Pawła Brożka (138). W latach 1994-1996 Podbrożny rozegrał w barwach Legii 99 meczów, w których zdobył 55 goli. W lidze zagrał 78 razy i zdobył 45 bramek. W Warszawie był krótko, ale taką skutecznością i sukcesami na stałe zapisał się w historii Legii i trafił do galerii sław tego klubu.

 

Źródła: własne, legia.net, legionisci.com, 90minut.pl, sport.tv.pl, przegladsportowy.pl. Różne archiwalne wydania „Przeglądu Sportowego” z 1995 r. UEFA Champions League. Statistics Handbook Sesaon 1996/1997. A. Gowarzewski, Encyklopedia piłkarska FUJI. Kolekcja klubów. Tom 13. Legia najlepsza jest…, Wydawnictwo GiA, Katowice 2013, s. 204-207. „Skarb Kibica. Ekstraklasa sezon 2017/2018 – jesień” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 14 lipca 2017 r., s. 103.

niedziela, 26 listopada 2017
Jean-Marc Bosman – celebryta, który stał się biedakiem

Były belgijski piłkarz, który doprowadził do zrewolucjonizowania europejskiego rynku transferowego zupełnie nie wykorzystał szansy, którą dostał od losu. Obecnie w poczuciu wykorzystania i krzywdy żyje w trudnych warunkach z dala od futbolu.

Jean-Marc Bosman, bo o nim mowa w czerwcu 1990 r. chciał odejść ze swojego klubu – FC Liege, z którym wygasł mu kontrakt. Otrzymał propozycję z drugoligowej francuskiej Dunkerque FC, ale wtedy Belgowie zażądali… 2,5 miliona franków francuskich (800 tys. dolarów). W sierpniu 1990 r. Bosman wniósł sprawę do sądu i to rozpoczęło rewolucję europejskiej i światowego rynku transferowego. W grudniu 1995 r. ETS wydał słynny wyrok ETS nr C-415/93zgodnie, z którym żądanie kwoty odstępnego w przypadku piłkarzy, którym wygasły kontrakty jest nieuprawnione, a limitowanie obcokrajowców z UE jest sprzeczne z prawem.

J.M.Bosman_na_fladze_UE

Jean-Marc Bosman – celebryta.

Źródło: pol.worldfootball.net.

Bosman był przeciętnym piłkarzem, ale korzystał też na tym, że nosił takie samo nazwisko jak John Bosman, holenderski napastnik, mistrz Europy z 1988, zawodnik Ajaxu, PSV, KV Mechelen, Anderlechtu, z którymi wywalczył sześć tytułów mistrzowskich (dwa w Holandii i cztery w Belgii), a także Alkmaar i Twente. Jean-Marc nie ma czym porównywać się z Johnem, bowiem szczytem jego możliwości była gra w młodzieżowych reprezentacjach Belgii (20 gier), a także w Standardzie Liege (1983-1988) i RFC Liege (1988-1990), z którym nawet sięgnął po Puchar Belgii. Później Bosman prowadził sądową batalię grając w niższych ligach w Olympique Saint-Quentin (1990-1991), USL Dunkerque (1991-1992) lub CS Saint-Denis (1991-1993) [źródła podają różną przynależność klubową pilkarza], ROC Charleroi-Marchienne (1993-1994, Belgia, III/IV liga) i CS Vise (1995-1996, Belgia, IV liga). Po części wynikało to z faktu, że w klubach z najwyższych klas rozgrywkowych nie było chętnych na zatrudnienie piłkarza, który burzył korzystny dla nich system transferowy.

J.M.Bosman_i_Porsche_Carrera

Jean-Marc Bosman i jego Porsche Carrera.

Źródło: news.coral.co.uk.

Bosman otrzymał z tytułu odszkodowania prawie milion euro i zachował się, jak ktoś, kto nie wie, co zrobić z ogromną kwotą pieniędzy. „(…) zaczął żyć na wysokim poziomie. Kupił dwa domy (…) Ponadto sprawił sobie Porsche Carrera. Po zakończeniu kariery zupełnie nie mógł jednak sobie poradzić w życiu. Nie znalazł żadnej sensownej pracy, a ludzie ze świata piłki o nim zapominali. Bosman popadł w depresję, nadużywał alkoholu. By mieć za co żyć, wyprzedawał majątek. Wkrótce został z niczym...” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Stosował przemoc wobec najbliższych i trafił na terapię antyalkoholową. „W 2013 r. został dozorcą, ale długo tam nie wytrzymał. Żył z zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 750 euro miesięcznie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Zasiłek został mu jednak zabrano, bo uznano, że za mało aktywnie szuka pracy. „Od tej pory utrzymuje się z bardzo skromnych kwot, które wypłaca mu związek zawodowy piłkarzy FIFPro [międzynarodowa federacja piłkarzy zawodowych – przyp. Autor bloga]. Ledwo wystarcza mu na jedzenie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl).

J.M.Bosman_obecnie

Jean-Marc Bosman obecnie.

Źródło: dhnet.be.

W wywiadach i krótkich wypowiedział, których udzielał w ostatnich latach bije od niego gorycz. Podkreśla, że dzięki niemu piłkarze zarabiają miliony, a on nic z tego nie ma. Przykładowo: „Dzięki mnie futbol obrócił miliardy euro, a ja dostałem marny milion euro brutto. 33% poszło na podatki, a 30% na prawników” (cyt. za: wykop.pl) albo „Belgijscy piłkarze mogą teraz zarabiać 300 tys. euro tygodniowo, a ja nie mam nic. A przecież zacząłem walkę, dzięki której piłkarzom żyje się lepiej. Może kiedyś mi za to podziękują.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Dodaje również – „W 1995 powinienem wynegocjować z moimi prawnikami prowizje od każdego transferu.” (cyt. za: wykop.pl). O swoich błędach Bosman mówi albo niechętnie albo wcale.

Jego adwokaci w tamtej sprawie, Luc Misson i Jean-Louis Dupont, zrobili wielkie kariery w świecie sportu, a Bosman nie potrafił wykorzystać okazji, jaką dał mu los. Po pierwsze, na pewno można zarzucić mu zbyt wystawy tryb życia. O ile zakupienie mieszkań można zrozumieć i traktować jako inwestycje, albo zabezpieczenie przyszłości dzieci, o tyle zakup Porsche Carrery to już ekstrawagancja i niepotrzebny zbytek dla kogoś, kto nie miał stałego źródła dochodów. Bosman był wtedy celebrytą, gwiazdą mediów. Ubrany w elegancki garnitur pozujący do zdjęć dobrze się czuł w nowej roli, myślał krótkowzrocznie. Po drugie, Bosman chyba nie do końca policzył ile życie będzie kosztowało go w przyszłości. Po trzecie, teraz narzeka, że część odszkodowania pochłonęło wynagrodzenie dla prawników i podatek, ale prawie dwadzieścia lat temu nic o tym nie mówił. Tylko, że wtedy to nie było dla niego problemem. Po czwarte, podejrzewam, że Bosman zarabiał wtedy z dodatkowych zajęć więcej niż z gry w piłkę i nie odkładał tych pieniędzy, bo był przecież celebrytą! „(…) piłkarze z wdzięczności za to co dla nich zrobił organizowali zbiórki dla niego lub przekazywali mu dochody z pokazowych meczów” (cyt. za: sport.pl). A sam Bosman mniej więcej rok po wygraniu sprawy przed ETS mówił w wywiadzie dla „France Football”, cytowanym przez „Przegląd Sportowy”: „Przyznaję, że wiele mediów płaciło mi za rozmowy, bowiem stałem się popularny i wszyscy chcieli się pochwalić wykorzystując moją twarz i moje nazwisko. Oczywiście zwracano mi także koszty uczestnictwa w różnorakich konferencjach. A jeśli chodzi o odszkodowanie klubu i związku – 23 miliony belgijskich franków – przyznane mi przez sąd, to jeszcze mi wszystkiego nie wypłacono.”. Po piąte, część pieniędzy stracił przez nietrafioną inwestycję, ale można zastanawiać się, czy była ona przemyślana. „Po wygraniu sprawy założył firmę, która produkowała koszulki z jego nazwiskiem. Plan był taki, aby kupowali je piłkarze wdzięczni mu za podarowanie wolności i wielkich zarobków. Niestety, Bosman sprzedał... jeden trykot, który kupił syn jego adwokata. Oszczędności, które poszły na ten biznes, przepadły i Belg popadł w długi. To pogłębiło depresję i alkoholizm.” (cyt. za: sport.se.pl).

Żal czytać i patrzeć na to, co dzieje się z byłym piłkarzem, który miał tak ogromne zasługi dla ochrony praw zawodowych piłkarzy i sportowców. Wkład Bosmana w szeroko rozumianą wolność zawodowych piłkarzy, jak również we wzrost ich zarobków, jest niepodważalny. Są jednak takie powiedzenia, jak „nic nie ma za zasługi”, „nic nie ma za darmo” i przede wszystkim „każdy jest kowalem własnego losu”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że Jean-Marc Bosman, albo ich nie znał albo zlekceważył. Nie mam wątpliwości, że po wyroku ETS, źle pokierował, nawet nie swoją karierą, a swoim życiem. Może się trochę tłumaczyć nieudaną inwestycją, ale on nawet tego nie robi, tylko dalej prezentuje roszczeniową postawę. Chyba zabrakło mu trochę pokory i gotowości do normalnej pracy, a nie zarabiania milionów euro i jeżdżenia Porsche Carrera. „Życie to sztuka wyborów”, a Bosman od pewnego momentu podejmował chyba tylko złe wybory, a szkoda.

 

Źródła: własne, przegladsportowy.pl, sport.onet.pl, sport.pl, wylop.pl, bbc.com, transfermarkt.pl, pol.worldfootball.net, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, news.coral.co.uk, dhnet.be. System transferowy runął!, „Przegląd Sportowy” nr 1 (11 539), z dnia 2 stycznia 1996 r., s. 2. M. Kalita, Bosman – rok po sprawie, „Przegląd Sportowy” nr 12 (11 801), z dnia 17-19 stycznia 1997 r., s. 5.

czwartek, 23 listopada 2017
Najlepsi polscy strzelcy bramek w Bundeslidze

Poprzednie dwa wpisy dotyczyły Roberta Lewandowskiego i Jana Furtoka, czyli dwóch najlepszych Polaków pod względem liczby bramek strzelonych w Bundeslidze. Dzisiaj przyjrzymy się czołowej „dziesiątce” polskich strzelców.

Zdecydowanym liderem, który wyprzedza kolejnego piłkarza o ponad… 100 goli (słownie: STO GOLI!!!!!) jest oczywiście Robert Lewandowski. Nie może więc dziwić, że nie tylko przewodzi w klasyfikacji polskich strzelców, ale pnie się coraz wyżej w klasyfikacji strzelców wszechczasów Bundesligi, pukając już do czołowej „dziesiątki”. Lewandowski jest natomiast drugim strzelcem wśród obcokrajowców. W efekcie „Lewy” jest często przedstawiany w memach i grafikach przygotowanych przez kibiców w stroju superbohatera. Regularność z jaką strzela powoduje, że jego umiejętności można przyrównywać do nadludzkich supermocy, będących atrybutami fikcyjnych postaci.

Lewandowski_-_Superbohater

Bohater Lewandowski.

Źródło: pinterest.com.

Drugim strzelcem z 60 golami jest Jan Furtok. Warto zauważyć, że Furtok jako pierwszy Polak w historii Bundesligi strzelił minimum 20 goli. Później jego osiągnięcie zostało poprawione tylko przez Lewandowskiego.

Jan_Furtok_(Eintracht_Frankfurt)_11freundede

Jan Furtok (Eintracht Frankfurt) w meczu z Werderem Brema.

Źródło: 11freunde.de.

Trzecim polskim strzelcem w Bundeslidze jest Andrzej Juskowiak. Król strzelców turnieju olimpijskiego w Barcelonie w 1992 r. po całkiem niezłych występach w Sportingu Lizbona i Olympiakosie Pireus, w których rozegrał łącznie 99 meczów ligowych i strzelił 37 bramek, przeniósł się do Niemiec. W Borussi M’Gladbach był zapowiadany jako napastnik, który gwarantuje minimum 10 ligowych goli. Tymczasem zawiódł. Rozczarował. Przez dwa sezony w 52 meczach zdobył tylko 12 goli. Następnie przeniósł się do Wolfsburga, gdzie było zdecydowanie lepiej. Najwięcej bramek (13) zdobył w pierwszym sezonie w drużynie „Wilkow” (1998/1999), co dało mu 5. miejsce w klasyfikacji strzelców. Mogło być wyższe, bo po rundzie jesiennej „Jusko” był liderem z jedenastoma golami, ale wiosną strzelił tylko dwa gole.

Andrzej_Juskowiak_(VFL_Wolfsburg)t-onlinede

Andrzej Juskowiak w barwach VfL Wolfsburg.

Źródło: t-online.de.

Ciekawym przypadkiem jest Artur Wichniarek, który fenomenalnie czuł się w Arminii Bielefeld. W 2. Bundeslidze dwukrotnie został królem strzelców, a w najwyższej klasie rozgrywkowej, mimo że jego klub z reguły bronił się przed spadkiem aż czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie (10 i 12 goli po dwa razy). Znacznie gorzej szło mu w Hercie Berlin, gdzie zupełnie nie mógł się odnaleźć. Dla „Starej Damy” strzelił zaledwie 4 gole w 63 występach. Dla porównania w Arminii było to 44 gole w 152 występach.

Wichniarek czterokrotnie strzelił minimum 10 goli w sezonie i pod tym względem jest lepszy od Furtoka, który uczynił to dwukrotnie, ale jeden z tych sezonów ukończył z dwudziestoma golami. Juskowiak trzykrotnie zakończył sezon z minimalną liczbą dziesięciu goli, a Leśniak, Smolarek i Błaszczykowski raz. Regularność Wichniarka nie przełożyła się na miejsca w czołowej „dziesiątce” strzelców, bo udało mu się to tylko raz (2008/2009, 10. miejsce, 12 goli). Juskowiak jest pod tym względem rekordzistą (nie licząc Lewandowskiego), bo trzykrotnie był w „dziesiątce” w sezonach – 1998/1999 (5. miejsce, 13 goli), 2000/2001 (9. miejsce, 10 goli) i 1999/2000 (10. miejsce, 11 goli). Furtok oprócz drugiego miejsca w sezonie 1990/1991 (20 goli) był jeszcze na 6. miejscu w sezonie 1989/1990 (10 goli). Leśniak był siódmy (1993/1994, 11 goli), a Smolarek ósmy (2005/2006, 13 goli).

Lewandowski to zupełnie inna liga, bo poza pierwszym (debiutanckim) sezonem w każdym kolejnym, a w tym w obecnie trwającym 2017/2018, strzelił ponad 10 goli. Oznacza to, że siedem sezonów z rzędu strzelił minimum 10 bramek. Co więcej, aż dwukrotnie strzelił 30, a trzykrotnie miedzy 20 a 30 (20, 23, 22) i dwukrotnie kilkanaście (17 i 13), przy czym wynik w obecnym sezonie (2017/2018, 13 goli) jest wynikiem po zaledwie 12 kolejkach. Miejsca w „dziesiątce” Lewandowski nie zajął tylko w debiutanckim sezonem. Dwukrotnie był królem strzelców, trzykrotnie wicekrólem i raz był trzeci. Obecny sezon trwa, a „Lewy” póki co jest liderem klasyfikacji strzelców.  

Aktualnie warunkiem dostania się na listę dziesięciu najlepszych polskich strzelców w Bundeslidze jest zdobycie 21 goli. Najbliżej przełamania tej bariery spośród grających polskich piłkarzy, nie licząc Lewandowskiego i Błaszczykowskiego, jest Łukasz Piszczek. Na swoim koncie ma obecnie 17 goli i zajmuje 13. miejsce. Wyprzedzają go jeszcze Tomasz Wałdoch – 19 (Bochum 6, Schalke 13) i Artur Sobiech – 18 (Hannower). Trzymamy kciuki.

 

Polscy piłkarze – klasyfikacja najlepszych strzelców (stan na dzień 23.11.2017 r.):

1.Robert Lewandowski – 163* (Borussia Dortmund 73, Bayern Monachium 90).

2.Jan Furtok – 60 (HSV Hamburg 51, Eintracht Frankfurt 9).

3.Andrzej Juskowiak – 56 (Borussia M'gladbach 12, VfL Wolfsburg 39, Energie Cottbus 5).

4.Artur Wichniarek – 48**(Arminia Bielefeld 44, Hertha Berlin 4).

5.Marek Leśniak – 42 (Bayer Leverkusen 19, SG Wattenscheid 18, TSV 1860 Monachium 2, Bayer Uerdingen 3)

6.Jakub Błaszczykowski – 28 (Borussia Dortmund 27, VfL Wolfsburg 1).

6.Janusz Turowski – 28 (Eintracht Frankfurt 28).

8.Euzebiusz Smolarek - 25 (Borussia Dortmund 25).

9.Jacek Krzynówek – 24 (FC Norymberga 6, Bayer Leverkusen 9, VfL Wolfsburg 7, Hannower 2).

10.Andrzej Buncol – 21 (FC Homburg 5, Bayer Leverkusen 14, Fortuna Düsseldorf 2).

Statystyki na podstawie 90minut.pl i uzupełniająco – bundesblog.blogspot.com i transfermarkt.pl.

*-liczba goli według transfermarkt.pl wynosi 164. Różnica wynika z faktu, że 90minut.pl podaje, że w sezonie 2012/2013 „Lewy” strzelił 23 gole, a pozostałe źródła mówią o 24 (w tym także blog, czy na pewno wiarygodny – kicker.de). Dla zachowania spójności podaję dane za 90minut.pl.

**-liczba goli według bundesblog i transfermarkt.pl wynosi 49, ponieważ oba źródła podają o jedną bramkę więcej strzeloną w barwach Arminii, czyli 45, a nie 44.

 

Źródła: własne, bundesblog.blogspot.com, 90minut.pl, transfermarkt.pl, kicker.de, pl.wikipedia.org, pinterest.com, 11freunde.de, t-online.de.

środa, 22 listopada 2017
„Eksperci” część 9 – Brak wiary autora bloga w udaną karierę Lewandowskiego w Bayernie

Przyszła pora, żeby posypać głowę popiołem. W tym dziale z reguły wyrywam z kontekstu wypowiedzi (niekiedy mocno archiwalne) piłkarzy, trenerów, czy dziennikarzy, odnoszę je do faktów i chętnie pokazuję jak bardzo się mylili. Teraz trzeba pośmiać się z samego siebie.

Wprawdzie nie dałem temu wyrazu na blogu, ale byłem przeciwnikiem transferu Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium. Wydawało mi się, że Borussia Dortmund jest szczytem możliwości dla „Lewego”, zwłaszcza, że ugruntował swoją pozycję jako kluczowego piłkarza klubu. Jak mantrę powtarzałem, że „nie takim napastnikom Bayern łamał kariery” mają na myśli ostatnie przykłady Miroslava Klose i Lukasa Podolskiego, których potencjał nie został w pełni wykorzystany przez Bawarczyków.

Byłem przekonany, że transfer „Lewego” to element strategii klubu, która polega na systematycznym osłabianiu największych rywali poprzez podkupywanie im najlepszych piłkarzy. Akurat w przypadku Lewandowskiego Bayern nie musiał nic płacić, więc z góry było wiadomo, że transfer będzie sukcesem. Bo jak inaczej nazwać bezgotówkowe wyciągnięcie Lewandowskiego z Borussi? Bayern już na starcie był wygrany, ale miałem poważne obawy, a wręcz byłem przekonany, że „Lewemu” przypadnie rola rezerwowego, zwłaszcza, że w klubie błyszczeli Thomas Mueller, Arjen Robben i Franck Ribery.

Lewandowski_na_tle_herbu_Bayernu

Źródło: futbolfejs.pl.

Nie wiem, czy ktokolwiek spodziewał się, że talent Lewandowskiego tak eksploduje, że stanie się maszynką do strzelania goli, która zasługuje na wymienienie obok Messiego, Ronaldo, Neymara, czy Suareza. Wprawdzie jego osiągnięcia i strzeleckie rekordy są mniej medialne niż osiągnięcia wymienionych napastników, to jednak „Lewy” stał się piłkarzem kompletnym. Wiem natomiast, że potwornie pomyliłem się w ocenie tego transferu, ale paradoksalnie, im bardziej „Lewy” zaskakuje swoją skutecznością i śrubuje swoje rekordy tym bardziej… mnie to cieszy! :-)

Co ciekawe, podobne zdanie jak moje wypowiedział Jan Furtok. W kwietniu 2013 r. w wywiadzie dla portalu 11freudne.de stwierdził, że doradzałby Lewandowskiemu pozostanie w Dortmundzie.

 

Źródła: własne, 11freunde.de, futbolfejs.pl.

wtorek, 21 listopada 2017
Furtok był pierwszy

Od kilku sezonów czołowym strzelcem Bundesligi jest Robert Lewandowski, który prawie co sezon walczy o koronę króla strzelców. Pierwszym Polakiem, który realnie walczył o miano najlepszego strzelca Bundesligi był jednak Jan Furtok.

Polski napastnik trafił do ligi niemieckiej jesienią 1988 r. jako 26-letni doświadczony już piłkarz. Wiosną 1980 r. zadebiutował w polskiej lidze w barwach GKS Katowice, ale na kolejny występ czekał prawie dwa i pół roku. Łącznie wystąpił w 169 meczach, w których zdobył 77 goli, co oznacza że strzelał gola w co drugim meczu. Furtok był wówczas reprezentantem Polski, uczestnikiem mistrzostw świata w Meksyku w 1986 r., choć wystąpił tylko w jednym meczu – z Brazylią (na trzydzieści ostatnich minut wszedł za Kazimierza Przybysia). W tamtych czasach zagranicę wyjeżdżali naprawdę najlepsi polscy piłkarze, praktycznie tylko reprezentanci Polski, a nie jak obecnie – młodzi, zdolni i podobno utalentowani po udanej jednej rundzie w ekstraklasie.

Furtok przez trzy sezony z rzędu (1985/1986, 1986/1987, 1987/1988) strzelał co najmniej 15 goli (łącznie 51), trzykrotnie był wicekrólem strzelców, co nie mogło umknąć uwadze zagranicznych klubów. Rozmowy przedstawicieli HSV Hamburg z GKS Katowice, a dokładniej z nieżyjącym już prezesem Marianem Dziurowiczem przeciągały się. Furtok w polskiej lidze już nie zachwycał (tylko 1 gol w 9 meczach), ale kluby porozumiały się w kwestii kwoty transferowej (1,2 miliona marek, choć niektóre źródła podają 1,6 miliona marek). Furtok zwrócił uwagę na istotny fakt na początku jego przygody z Hamburgiem – „Przyszedłem świeżo po Okońskim, który tam był bożyszcze, zresztą on wszędzie był bożyszcze.” (cyt. za: weszlo.com). „Oko” przed dwa sezony wystąpił w 62 meczach, w których zdobył 15 goli, ale to tylko na marginesie. Wróćmy do bohatera tego wpisu.

W sezonie 1988/1989 Furtok zdążył wystąpić w 21 meczach, w których zdobył 9 bramek. Całkiem nieźle, jak na debiutanta w Bundeslidze. Głównym asystentem Furtoka była Uwe Bein, a HSV zakończył rozgrywki na wysokim 4. miejscu. W sezonie 1989/1990 Furtok strzelił tylko jednego gola więcej, czyli 10, ale wystąpił w 33 meczach. O okazje bramkowe dla Furtoka dbali (późniejszy trener Lechii Gdańsk) Thomas Von Hessen, Armin Eck i partner z ataku, czyli Brazylijczyk Nando. Latem 1990 r. do HSV dołączył Waldemar Matysik, ale obaj Polacy delikatnie mówiąc nie przepadali za sobą. Poza tym, w HSV pojawił się gwiazdor Dynama Berlin – Thomas Doll. „Korzystał na tym także Furtok, który rozegrał najlepszy sezon w Niemczech. Rywalizował o koronę króla strzelców z Rolandem Wohlfartem z Bayernu Monachium. Ostatecznie Bawarczyk zgromadził 21 bramek, a Polak 20. W punktacji kanadyjskiej Wohlfart także okazał się lepszy od Furtoka, gdyż zanotował 7 asyst, a Furtok 6.” (cyt. za: „Świat Futbolu”). Trzeba przyznać, że Wohlfart grając w Bayernie miał więcej sytuacji strzeleckich, o które dbali m.in. Stefan Effenberg i Brian Laudrup. HSV zajął 5. miejsce w lidze i z powodu długów musiał pozbyć się Dolla, który odszedł do Lazio Rzym za rekordowe 15 milionów marek.

Jan_Furtok_(HSV)_gwiazdyonlinepl

Radość Jana Furtoka po golu dla Hamburger SV.

Źródło: gwiazdyonline.pl.

Kolejny sezon (1991/1992) nie był udany tak dla HSV, jak i dla Furtoka. Klub z Hamburga zakończył rozgrywki na odelgłym 12. miejscu, które po poprzednim sezonie było dużym rozczarowaniem. Furtok wystąpił w 30 meczach i zdobył 8 goli. Jesienią 1991 r. do klubu został sprowadzony za 1,3 miliona marek z Górnika Zabrze trzeci Polak – Ryszard Cyroń. Po roku został jednak sprzedany do Fortuny Duesseldorf. Sezon 1992/1993 okazał się ostatnim sezonem Furtoka w HSV, zresztą Waldemara Matysika także. Z powodu kontuzji w postaci zerwania wiązadła krzyżowego w kolanie wystąpił w 19 meczach, w których zdobył 4 gole. HSV znowu zanotował sezon poniżej oczekiwań zajmując 11. miejsce. Przygodę z Hamburgerem SV zakończył na 135 meczach, w których zdobył 51 bramek, co oznacza, że trafiał do bramki rywala w co trzecim meczu.

Warto dodać, że w pod koniec kwietnia 1993 r. Furtok popisał się strzeleniem jedynej bramki w meczu reprezentacji Polski z San Marino w eliminacjach mundialu 1994. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie był to gol strzelony ręką. Furtok dalej jednak brnie w historię, że bramka była przypadkowa i mówi: „(…) nikogo nie przepraszałem. Za co miałem przepraszać? Za to że mi się piłka od ręki odbiła?” (cyt. za: weszlo.com). W reprezentacji Polski w latach 1984-1993 Furtok rozegrał 36 meczy za kadencji trzech trenerów (Antoniego Piechniczka, Wojciecha Łazarka i Andrzeja Strejlaua) i strzelił 10 goli dla „Biało-Czerwonych”. Bramka z San Marino była ostatnią w kadrze. Później wystąpił jeszcze w trzech meczach. Ostatnim była wrześniowa porażka 0:3 z Anglią na Wembley.

Wracając do kariery klubowej, to po Furtoka zgłosił się Eintracht Frankfurt, który szukał wartościowego uzupełnienia dla Anthony Yeboaha i zapłacił aż 2,8 miliona marek, czyli ponad dwa razy więcej niż HSV zapłacił Katowicom. Jesień 1993 Eintracht zakończył na pozycji lidera Bundesligi! O sile ofensywnej klubu stanowili: Uwe Bein, Maurizio Gaudino, Yeboah i Furtok, a przecież był jeszcze choćby Jay Jay Okocha. Wiosną przyszła jednak seria dotkliwych porażek, która spowodowała, że Eintracht zakończył rozgrywki na 5. miejscu. Furtok w nowych barwach rozegrał 27 ligowych meczów, w których zdobył 6 goli, a oczekiwano od niego więcej. Polski napastnik był krytykowany przez bramkarza Eintrachtu Uli Steina, który krytykował też innych kolegów z drużyny. Bramkarza bronił trener Klaus Toppmoeller i… obaj pożegnali się z klubem.

Przed kolejnym sezonem Furtok i Gruzin Kaczaber Czadadze zmienili swój status na amatora. Finansowo Polak nie stracił, a był to jedynie zabieg formalny związany z faktem, że w kadrze było za dużo obcokrajowców. Furtok zagrał w 26 meczach, ale coraz częściej był zmieniany i strzelił tylko 4 gole. Eintracht zajął w lidze dopiero 9. miejsce, ale z niezłej strony zaprezentował się w Pucharze UEFA, gdzie dotarł do ćwierćfinału. W pierwszym meczu z Juventusem Turyn rozegranym we Frankfurcie padł remis 1:1, zresztą po golu Furtoka. W rewanżu „Stara Dama” nie pozostawiła jednak złudzeń wygrywając 3:0. Furtok, mimo ważnego jeszcze przez rok kontraktu postanowił wrócić do Polski, bo jak przyznawał, był już zmęczony mieszkaniem i graniem w Niemczech.

Jan_Furtok_(Eintracht_Frankfurt)_hackentrickcom

Radość Jana Furtoka po golu dla Eintrachtu Frankfurt.

Źródło: hackentrick.com.

Po części wynikało to z faktu, że „Po trzydziestce musiał zmienić styl gry. Mniej przebojowych rajdów, więcej rozwagi, wyczekiwania na dogodną okazję. Kibice coraz częściej wygwizdywali niedawnego asa, a na frankfurckim Waldstadionie zdarzały się i bardzo przykre okrzy­ki: „Furtok raus!” – „Furtok wynocha!” Tak było nawet wtedy, kiedy strzelił gola najlepszej europejskiej jedenastce, Juventusowi Turyn w remisowym meczu Eintrachtu w Pucharze UEFA.” (cyt. za: gwiazdyonline.pl).

Wiceprezydent Eintrachtu, Bernd Hoelzenbein wykazał zrozumienie, a Furtok mógł na zasadzie wolnego transferu zasilić swój ukochany GKS Katowice. Przez dwa i pół sezonu popsuł sobie statystyki w ekstraklasie. Wystąpił w 40 meczach, w których zdobył 8 goli. Wiek i kontuzje zrobiły swoje. Dzięki doświadczeniu Furtok więcej pomagał drużynie, bardziej angażował się w rozgrywanie akcji, ale nie strzelał już jak wcześniej. Łącznie wystąpił w 209 meczach, w których zdobył 85 goli.

W barwach HSV i Eintrachtu rozegrał 188 meczów w Bundeslidze (60 goli), 20 w Pucharze UEFA (7 goli) i 10 w Pucharze Niemiec (7 goli)*. W wywiadach dla portalu weszlo.com Furtok dużo i barwnie opowiadał o przygodnie z niemiecką piłką. Najlepsi piłkarze, z którymi grał w jednej drużynie to jego zdaniem – Bein, Gaudino i Von Heesen. Ciekawe, że nie wymienił Dolla i Yeboaha. Największym jajcarzem w jego opinii był Manfred Kaltz. Za najgorszego trenera uznał Egona Coordesa, z którym spotkał się w HSV, „bo to był zły człowiek” (cyt. za: weszlo.com). Odnośnie trenerów, to dodał, że „trener Schock to nawet na kolanach mi dziękował po meczach” (cyt. za: weszlo.com). Furtok przyznał, że „Nie było co robić tam w tych Niemczech. 1,5 godziny trening, co później ze sobą zrobić? Pograłem trochę na maszynach (…) jeździłem też potem uczyć się niemieckiego. 1,5 godziny w jedną, 1,5 godziny w drugą, to się trochę zabijało ten czas.”. Zbyt sportowego trybu życia nie prowadził, bo potwierdził, że lubił wypić dwa piwa dziennie, zapalić („zdarzyło się paczkę dziennie wypalić” – cyt. za: weszlo.com) i zjeść golonkę. To wszystko to tylko folklor, anegdota, dodatek do wspaniałej, jak na tamte czasy kariery polskiego piłkarza. Furtok przestał grać w Niemczech ponad dwadzieścia lat temu, a jedynym polskim piłkarzem, który strzelił więcej goli od niego jest Robert Lewandowski…

 

*- Statystyki dotyczące liczby meczów i bramek strzelonych w Bundeslidze pochodzą z serwisu 90minut.pl. „Świat Futbolu” podawał inną liczbę bramek strzelonych w poszczególnych sezonach, a portal transfermarkt.pl podaje, że Furtok strzelił 59 goli. Statystyki dotyczące Pucharu UEFA i Pucharu Niemiec pochodzą z transfermarkt.pl.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, weszlo.com, pl.wikipedia.org, gwiazdyonline.pl, hackentrick.com. R. Kołtoń, Jana Furtoka przygoda z Bundesligą, „Świat Futbolu” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego”, brak numeru i daty wydania, s. 6-7.

poniedziałek, 20 listopada 2017
Polacy w lidze angielskiej

W poprzednim wpisie była mowa o polskich bramkarzach w lidze angielskiej, więc przyszła pora, aby napisać o wszystkich polskich piłkarzach, którzy wystąpili w pierwszej lidze angielskiej.

Na potrzeby poniższego zestawienia nie uwzględniamy faktu, że od sezonu 1992/1993 liga angielska została przemianowana na Premier League. Łącznie w najwyższej klasie rozgrywkowej Anglii wystąpiło 18 polskich piłkarzy i jeden, który urodzi się w Polsce, ale nie posiadał polskiego paszportu. Dodatkowo, Krystian Bielik, Bartosz Kapustka i Jan Bednarek zadebiutowali w klubach Premier League, ale w rozgrywkach pucharowych, a nie w samej Premier League. Z perspektywami na debiut pozostaje Kamil Grabara, bramkarz młodzieżowej drużyny Liverpool FC.

Liga angielska od lat uchodziła za nieprzyjazną polskim piłkarzom. Po części wynikało to z faktu, warunkiem gry w Anglii była określona procentowo liczba występów w reprezentacji i uzyskanie pozwolenia na pracę. W efekcie do Anglii trafiali prawie wyłącznie reprezentanci kraju, co zwiększało konkurencję i podnosiło poziom rozgrywek, ale także powodowało, że na ostatniej prostej „wysypywało się” wiele transferów (np. Piotra Nowaka, Pawła Wojtali, Jacka Bąka).

Łącznie polscy piłkarze, bez uwzględnienia Manny’ego Andruszewskiego, wystąpili w 926 meczach, czyli średnio w 51,4 meczach, ale piłkarze z pola rozegrali 334 mecze, czyli średnio 25,7.

Robert_Warzycha_(Everton)

Robert Warzycha (Everton) – polski piłkarz z pola z prawdopodobnie największą liczbą meczów w lidze angielskiej.

Źródło: sport.wp.pl.

Polscy piłkarze w lidze angielskiej* według liczby rozegranych meczów (stan na dzień 14 listopada 2017 r.):

1.Łukasz Fabiański (Arsenal 32/0, 2007-2014 i Swansea 122/0, 2014-?) 154/0.

2.Wojciech Szczęsny (Arsenal, 2007-2015) 132/0.

3.Jerzy Dudek (Liverpool, 2001-2007) 127/0 (według transfermarkt.pl: 126/0).

4.Artur Boruc (Southampton 49/0, 2012-2014 i Bournemouth 67/0, 2014-?) 116/0.

5.Manny Andruszewski, (Southampton 1975-1980), 82/3 – urodzony w Polsce, ale bez polskiego paszportu.

6.Robert Warzycha (Everton, 1990-1994) 72/6.

7.Zbigniew Kruszyński (Wimbledon 65/4, 1988-1991 i Coventry 2/0, 1994) 67/4 [niektóre źródła podają nawet 73 mecze].

8.Tomasz Kuszczak (West Bromwich Albion 31/0, 2004-2006 i Manchester United 32/0, 2006-2012) 63/0.

9.Dariusz Kubicki (Aston Villa 25, 1991-1993 i Sunderland 29, 1994-1997) 54/0.

10.Kazimierz Deyna (Manchester City, 1978-1981) 34/12 (sport.se.pl: 32/12).

11.Marcin Wasilewski (Leicester City) – 30/1.

12.Tadeusz Nowak (Bolton, 1978-1981) 24/1.

13.Kamil Grosicki (Hull City, 2017), 15/0.

14.Grzegorz Rasiak (Tottenham 8/0, 2005/2006 Bolton 7/0, 2008) 15/0.

15.Euzebiusz Smolarek (Bolton, 2008-2009) 11/0.

16.Grzegorz Krychowiak (West Bromwich Albion, 2017-?) 8/0.

17.Emmanuel Olisedebe (Portsmouth, 2006) 2/0.

18.Jarosław Fojut (Bolton, 2006) 1/0.

19.Piotr Świerczewski (Birmingham, 2002-2003) 1/0.

Krystian Bielik (Arsenal, 2015-?) 0/0

Bartosz Kapustka (Leicester City, 2016-2017) 0/0.

Jan Bednarek (Southampton, 2017) 0/0.

Tylko pięciu Polaków (nie licząc Andruszewskiego) strzelało bramki w lidze angielskiej, a najlepszy pod tym względem jest Kazimierz Deyna, choć utarło się powszechne przekonanie, że „Deyna nie sprawdził się w Anglii”.

Marcin_Wasilewski_po_strzeleniu_gola_MU

Marcin Wasilewski cieszy się ze swojego jedynego gola w Premier League.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Po raz ostatni polski piłkarz strzelił gola prawie trzy lata temu! Marcin Wasilewski strzelił bramkę 31 stycznia 2015 r. w wyjazdowym meczu z Manchesterem United (1:3), gdy pokonał Davida De Geę. Poprzednią bramkę Polaka oglądaliśmy… 23 lat wcześniej (!) , gdy 19 sierpnia 1992 r. Robert Warzycha pokonał Petera Schemichela. Podobnie, jak w przypadku Wasilewskiego działo się to na Old Trafford, tyle że drużyna Polaka (Everton) pokonała Manchester (3:0).

Robert_Warzycha_strzela_gola_Peterowi_Schmeichelowi

Robert Warzycha pokonuje Petera Schmeichela.

Źródło: youtube.com.

Polscy strzelcy bramek w lidze angielskiej (stan an dzień 14.11.2017 r.):

12 – Kazimierz Deyna (Manchester City).

6 – Robert Warzycha (Everton).  

4 – Zbigniew Kruszyński (Wimbledon).

3 – Manny Andruszewski (Southampton).

1 – Tadeusz Nowak (Bolton).

1 – Marcin Wasilewski (Leicester City).

Pierwsze cztery miejsca wśród polskich piłkarzy pod względem liczby meczów rozegranych w lidze angielskiej zajmują bramkarze. Od prawie dwudziestu lat brakuje piłkarza z pola, który grałby regularnie i stanowił o sile swojego zespołu. Krychowiak jest tylko wypożyczony, Grosicki spadł do Championship i nie zanosi się na szybki powrót jego klubu do elity. Bielik, Kapustka, Bednarek i Grabara póki co nie przebili się w swoich klubach. Pozostaje dalej czekać.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, engfoot.blogspot.com, przegladsportowy.pl, footballfreakpl.blogspot.com, numer10.blox.pl, sport.se.pl. Polacy w Premier League, „Przegląd Sportowy” z dnia 7 kwietnia 2014 r., s. 2. „Przegląd Sportowy” z dnia 28 stycznia 2016 r., s. 13.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi