Wpisy z tagiem: piłka nożna

sobota, 14 kwietnia 2018
Łukasz Gikiewicz jeszcze piłkarzem, czy już turystą?

Odwiedzający egzotyczne (z polskiego punktu widzenia) ligi Łukasz Gikiewicz nazywany jest już „turystą”, a nie piłkarzem. A jakie jest jego zdanie?

Od momentu opuszczenia Śląsk Wrocław w niezbyt przyjemnych okolicznościach, po ujawnieniu, że Patrik Mraz przyszedł na trening „wczorajszy”, Gikiewicz gra w ligach, na które patrzy się z przymrużeniem oka. Najpierw była jednak przygoda z ligą, która więcej znaczy w Europie niż ekstraklasa, ale jest postrzegana jako „gorszy” sort. Mowa o lidze cypryjskiej. Sezon 2013/2014 „Giki” spędził w Omonii Lefkossias (22 ligowe mecze, 7 goli – rekord Gikiewicza w jednym ligowym sezonie). Wiosnę 2014 r. spędził w Kazachstanie, a dokładniej w Tobole Kostanaj (12/0). Wówczas Kazachstan była dla nas trzecim światem, ale wyeliminowanie Legii przez Astanę, zweryfikowało takie myślenie. Jesienią 2014 r. Gikiewicz wrócił na Cypr, a dokładniej do AEL Limassol (10/3). Kolejne dwie rundy, to kolejne dwa kluby, ale piłkarsko było tylko gorzej. Wiosnę 2015 r. polski napastnik spędził w Lewskim Sofia (6/2), a jesień 2015 r. w saudyjskim Al.-Wehda Club (8/0). Następnie 2016 rok spędził w lidze… tajskiej! Z punktu widzenia polskiego hejtera, ups…. kibica, to był już zjazd. Najpierw grał w Ratchaburi FC (13/1), z którym zdobył nawet krajowy puchar, a jesienią 2016 r. grał już dla BEC-Tero Sasana FC (8/3). Od wiosny 2017 r. występuje w jordańskim Al-Faisaly S.C. W pierwszym sezonie rozegrał 11 ligowych meczy i zdobył 5 bramek. Wywalczył z klubem mistrzostwo, puchar krajowy, superpuchar i niespodziewany finał Azjatyckiej Ligi Mistrzów. Dla Śląska wystąpił w 55 meczach w ekstraklasie, w których zdobył 9 bramek (średnia 0,16 bramki na mecz). Nieco lepiej szło mu na obczyźnie. W 90 ligowych meczach zdobył 21 bramek (średnia 0,23).

Gikiewicz_z_tygrysem

Źródło: weszlo.com.

Gikiewicz protestuje, gdy słyszy, że jest turystą, a nie piłkarzem. Komentując postrzeganie go jako piłkarza, którego zadowala gra w słabszych ligach wielokrotnie wyjaśniał, że przyjmował oferty, które były jedynymi w tamtym czasie. „Giki” zwraca uwagę, że piłkarz bez kontraktu czeka wyłącznie na telefon swojego menadżera, a gdy ten nie dzwoni piłkarz denerwuje się i chce po prostu grać. Niekiedy jest mu absolutnie wszystko jedno do jakiego klubu może trafić, byle tylko grać. Gikiewicz w wywiadzie dla weszlo.com powiedział: „(..) ludzie mówią, że marnuję karierę – chociaż w moim przypadku to bardziej przygoda – a nie wiedzą, że oferty, które przyjmowałem, to były jedyne opcje, jakie w danej chwili miałem. Byłem bardzo bliski podpisania kontraktu z Astrą Giurgiu czy Dynamem Drezno, praktycznie byłem dogadany też w Izraelu, ale rozsypywało się to na ostatniej prostej. A wtedy nie masz wielkiego wyboru, bierzesz to, co ci pozostało.”. Dodawał też: „zdaję sobie sprawę, że przede mną jeszcze trzy-cztery lata gry i chcę z tego okresu jak najwięcej wyciągnąć. (…) Korzystam z każdego dnia (…) ale ja bym nie umiał siedzieć! Ja chcę grać, mam już 29 lat. Dobrze się prowadzę, wszystko jest podporządkowane piłce, ale wiem, że czas ucieka. Już siwego włosa dzisiaj zobaczyłem na czubku głowy. Liczy się frajda. Nie będziemy grali do końca świata.”.

Gikiewicz zwracał uwagę, że ligi, w których grał, jak bułgarska, czy tajska są z założenia postrzegane jako słabe, ale nikt w Polsce ich nie ogląda i tak naprawdę nie wie, jaki jest w nich poziom. Kibice i komentatorzy ulegają stereotypom, a poziom ligi oceniają na podstawie poziomu gry reprezentacji. Odnosząc się do zwiedzania krajów, w których grał, „Giki” mówi prostu – korzystam z okazji i z tego, że jestem w danym miejscu.

Niejako w uzupełnieniu wywiadów Gikiewicza w zakresie „piłkarskiej turystyki” wypowiedział się Łukasz Skowron, były bramkarz Wisły Płock, Polonii Warszawa, Jagielloni Białystok, Arki Gdynia, zresztą także dla portalu weszlo.com. Wprawdzie Skworon nie ma takiego doświadczenia w grze w egzotycznych ligach, jak Gikiewicz, to jednak grał w lidze cypryjskiej (AEL Limassol), irlandzkiej (St Patrick’s Athletic) i drugiej lidze portugalskiej (SC Olhanense). Zwrócił on uwagę, że młodzi piłkarze chcą poznawać nowe kraje, nowych ludzi, trenerów i nowe spojrzenia na piłkę, zwłaszcza gdy przed nimi kariera średniaka.

Gikiewicz podróżuje po świecie, gra w egzotycznych (z polskiego punktu widzenia) ligach. Tak. Podróżuje, zwiedza, robi sobie fajne fotki, ale przede wszystkim cały czas gra. Nie jest to kariera na miarę Lewandowskiego, czy Milka, ale na miarę możliwości i szczęścia Łukasza Gikiewicza. To jest kariera „Gikiego” i przebiega w taki, a nie inny sposób. On sam nie narzeka i jest zadowolony. Do turysty jeszcze mu brakuje…

 

Źródła: własne, weszlo.com, 90minut.pl.

sobota, 24 marca 2018
RB Lipsk pod ostrzałem

Niemiecki klub RB Lipsk jest ciągle krytykowany za to, że za jego istnieniem i sukcesami stoją pieniądze, a nie tradycja, historia i tożsamość. Jest krytykowany, choć przesadnie nie wydaje dostępnych mu pieniędzy.

RasenBallsport, bo taka jest oficjalna nazwa klubu, powstał w 2009 roku na bazie SSV Markranstädt i począwszy od Oberligi Nordost (piąty poziom rozgrywkowy) zanotował awans do Bundesligi, ale właściciele klubu stawiają sobie wyższe cele.

RB_Lipsk_-_przekreślony_herb

Źródło: rp-online.de.

Drużynie sponsorowanej przez Red Bulla zarzuca się, że nie ma tradycji. To prawda, ale czy to oznacza, że nie może już powstać żaden klub na świecie, bo nie ma tradycji? Absurd. Kibice innych klubów zarzucają RB Lipsk, że bez pieniędzy sponsora nie byłoby klubu i jego sukcesów, czyli kolejnych awansów. To też prawda, ale czym byłyby takie kluby, jak np. Real Madryt, Barcelona, czy Bayern Monachium – bez pieniędzy? Nikt nie ma przecież wątpliwości, że w zawodowym sporcie, nawet przy ogromnym talencie i umiejętnościach, bez pieniędzy trudno o poważny sukcesów. Kibice zżymają się jednak, gdy patrzą na PSG, Chelsea, czy Manchester City zasilane obrzydliwie dużymi kwotami pieniędzy, które psują piłkarski rynek i rozpieszczają piłkarskie gwiazdy. Wprawdzie wymienione trzy kluby mają historię, tradycję, tożsamość i szacunek wielu fanów, to niesmak budzi wspieranie ich mocno przesadzonymi pieniędzmi. Czy tak samo funkcjonuje RB Lipsk?

Zdecydowanie nie! Nieograniczone możliwości finansowe sponsora i właściciela klubu nie oznaczają, że do Lipska sprowadzane są gwiazdy światowego formatu, jak do wspomnianych wcześniej trzech klubów. Wręcz przeciwnie! W Lipsku trudno szukać znanych nazwisk, to raczej gra w Lipsku sprawia, że piłkarze pracują na swoje nazwisko. Co, więcej klub mocno postawił na współpracę z młodzieżą, co zdecydowanie można pochwalić. Zdarzało się, że na poziomie 3. Bundesligi, czy później 2. Bundesligi Lipsk, a właściwie Red Bull wydawał ogromne kwoty na mało znanych piłkarzy, ale zawsze łączyło ich to, że w opinii władz RB zaliczali się do grona młodych, zdolnych… W Lipsku bowiem postawiono na budowę solidnych fundamentów, dlatego zainwestowano w akademię i skauting.

Część klubów Bundesligi ma problemy w wysupłaniem kilku milionów euro na zakup piłkarza, a tymczasem RB przeprowadziło w swojej historii aż siedem transferów za minimum 10 mln euro. W odwrotnym kierunku przeprowadzono tylko dwa takie transfery, ale na Gwinejczyku Naby Keicie klub zarobił na czysto 41 mln euro. Keita został ściągnięty z RB Salzburg za 24 mln euro, a odszedł do Liverpoolu za 65 mln euro! Rozrzutności jednak nie było.

RB_LIpsk_-_transparent

Źródło: der-betze-brennt.de.

RB Lipsk jest dalekie od typowego modelu klubu, którego właścicielem staje się potwornie bogaty podmiot. Zachłyśnięcie dopływem gotówki następuje szybko, ale RB wyłamuje się z tego schematu. Docenić trzeba, że swój awans do niemieckiej elity RB wywalczyło na boisku, a nie poprzez kupienie licencji od upadającego lub bankrutującego klubu. Co więcej, w Lipsku mogli ściągnąć wielu znanych piłkarzy (podobnie jak robią to siostrzane kluby spod znaku „Czerwonego Byka” z Salzburga i Nowego Jorku. Nie robią jednak tego, a pieniądze są wydatkowane naprawdę rozsądnie.

Dzięki pieniądzom Red Bulla zdecydowanie ożywiona zostanie wschodnioniemiecka piłka. Poważnym problemem dla DFB jest znaczna dysproporcja dysproporcja między klubami zachodnioniemieckimi i wschodnioniemieckimi. W Bundeslidze, po zjednoczeniu Niemiec grały tylko cztery kluby ze wschodnich Niemiec (Hansa Rostock, Energie Cottbus, Dynami Drezno i VfB Lipsk), a po raz ostatni w… 2009 roku!

Trudno oprzeć się wrażeniu, że krytyka skierowana do RB Lipsk jest trochę z zazdrości, trochę dla zasady, a trochę z obawy, że na horyzoncie pojawił się trudny rywal.

 

Źródła: własne, weszlo.com, sportowefakty.wp.pl, pl.wikipedia.org, de.wikipedia.org, transfermarkt.de, rp-online.de,  der-betze-brennt.de. „Skarb kibica. Liga niemiecka 2016/17” – dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 26 sierpnia 2016 r., s. 4 i 48-49.

piątek, 26 stycznia 2018
Ostatnia porażka

W środę 10 sierpnia 2016 r. Górnik Zabrze wyeliminował Legię Warszawa z Pucharu Polski. Górnik wygrał 3:2 po dogrywce, choć do przerwy przegrywał 0:2. Wynik meczu był niespodzianką, bo Legia przystępowała do niego jako obrońca trofeum i mistrz Polski, a Górnik reprezentował I ligę po degradacji z ekstraklasy. Co więcej, legioniści przegrali w roku obchodów stulecia powstania klubu. Poza tym porażka w Pucharze Polski przyszła po ponad dwóch i pół roku.

Poprzedni mecz w Pucharze Polski Legia przegrała 965 dni wcześniej. 18 grudnia 2013 r. Legia przegrała w 1/8 finału Pucharu Polski w wyjazdowym meczu z… Górnikiem Zabrze (1:3). Tyle tylko, że wtedy Legia była liderem ekstraklasy, a Górnik wiceliderem. Ówczesny trener legionistów – Jan Urban nie za bardzo przejął się porażką, a kilka dni później nie był już trenerem Legii. Zastąpił go Henning Berg, który w kolejnym sezonie sięgnął po Puchar Polski, podobnie zresztą jak jego następca, czyli Stanisław Czerczesow. W tym czasie Legia rozegrała 14 meczy, z których 12 wygrała (w tym jeden po dogrywce), 2 zremisowała i osiągnęła bilans bramkowy 36:9.

2016.08.10_Górnik_-_Legia_3:2_PP

Źródło: legia.net.

Co ciekawe, ówczesny Prezes Legii – Bogusław Leśnodorski jeszcze w sezonie 2015/2016 udzielił takiej wypowiedzi: „W przyszłym sezonie możemy zmienić podejście do rozgrywek Pucharu Polski. Chodzi mi zwłaszcza o rundę jesienną, kiedy będziemy grali w europejskich pucharach. Nie mówię, że zlekceważymy te rozgrywki, ale bardzo możliwe jest, że zmienimy priorytety.” (oba cytaty za: sport.pl). Tak się jednak nie stało i Legia wystąpiła w Zabrzu w najmocniejszym zestawieniu, ale drużyna prowadzona przez Besnika Hasiego grała fatalnie.

Nieco wcześniej Legia popisała się jeszcze lepszą serią, gdy była niepokonana w Pucharze Polski przez cztery lata (!). W sezonie 2009/2010 Legia przegrała w pierwszym meczu ćwierćfinałowym z Ruchem Chorzów 0:1. Następnie Legia wygrała mecz rewanżowy 2:1 po dogrywce i odpadła, a później sięgnęła po trzy Puchary Polski (dwa z Maciejem Skorżą i jeden z Janem Urbanem). W tym czasie Legia rozegrała 22 mecze, z których 18 wygrała (w tym jeden po dogrywce), 4 zremisowała i osiągnęła bilans bramkowy 48:12. Legia przegrała dopiero 8 maja 2013 r., gdy w rewanżowym meczu finałowym uległa 0:1 Śląskowi Wrocław. Sięgnęła jednak po trofeum, bo na wyjeździe wygrała 2:0. Porażki z Ruchem i Śląskiem dzieliło… 1513 dni.

W sezonie 2017/2018 Legia buduje swoją nową serię meczów bez porażki. Wygrała cztery mecze z bilansem bramkowym 15:4. W półfinale zmierzy się z… Górnikiem Zabrze, a historia lubi się powtarzać…

 

Źródło: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, infor.pl, legia.net. „Przegląd Sportowy” z dnia 4 maja 2016 r., s. 3.

czwartek, 25 stycznia 2018
„Eksperci” część 10 – Andrzej Niedzielan nie wykazał pokory i został „ukarany”

Przed meczem X kolejki Ekstraklasy 2010/2011 Korona Kielce - Legia Warszawa, piłkarz gospodarzy Andrzej Niedzielan powiedział, że „Legia jest słaba”. Ówczesny lider klasyfikacji strzelców, reprezentujący ówczesnego wicelidera Ekstraklasy, chyba nie spodziewał się, że wypowiedział te słowa w złą godzinę.

Wypowiedź Niedzielana musiała zdziwić, ale nie dlatego, że chodziło o Legię, tylko dlatego, że rzadko się zdarza, aby piłkarze jednej drużyny negatywnie oceniali piłkarzy innej drużyny. Z reguły, gdy dochodzi do meczu zdecydowanego lidera z absolutnym outsiderem, który notuje dłuuuuugą serię porażek, albo co najmniej meczów bez zwycięstwa, słyszymy: „patrzymy na siebie”, „nie oglądamy się na innych”, „statystyki nie grają”, „rywal ma swoje problemy, a my swoje”, „to będzie trudny mecz”, a w przypadku meczów wyjazdowych – oklepane „gramy na trudnym terenie”. Szczytem pewności siebie wydają się wypowiedzi: „gramy o trzy punkty” albo „wygramy!”. Przytoczone powiedzenia wynikają z kurtuazji, wzajemnego szacunku, swego rodzaju solidarności zawodowej i obawy narażenia się na śmieszność w przypadku niepowodzenia. Niektórzy piłkarze mają świadomość, że „każda seria kiedyś się kończy” i że „kiedyś musi przyjść przełamanie”, dlatego wolą ugryźć się w język i zachować dla siebie to, co naprawdę myślą. Zresztą niektórzy mówią, że „piłkarze są od grania, a nie od gadania”. Zdarzają się negatywne oceny rywali, ale stanowią one margines i wielokrotnie są związane z konfliktami między poszczególnymi piłkarzami albo negatywnymi doświadczeniami piłkarza z danym klubem. Najwidoczniej Andrzej Niedzielan w tamtym czasie zapomniał o tym.

Co przyświecało „Wtorkowi”, gdy wygłaszał taką, a nie inną opinię o Legii? Trudno do końca powiedzieć. W tamtym czasie Legia rzeczywiście grała zdecydowanie poniżej oczekiwań, a „truskawkowy zaciąg” i nowy stadion wcale jej nie pomagał. Po dziewięciu kolejkach Legia zajmowała 8. miejsce z dwunastoma punktami (4 zwycięstwa, 5 porażek, bramki 7:13). Korona grała rewelacyjne i był wiceliderem z dorobkiem dwudziestu punktów (6 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka, bramki 15:8) i stratą zaledwie dwóch punktów do Jagiellonii Białystok. Duża w tym zasługa samego Niedzielana, który w dziewięciu meczach ligowych zdobył osiem goli. Początek sezonu „Wtorek” miał rewelacyjny i w każdym z pierwszych sześciu meczy strzelał co najmniej jedną bramkę (łącznie zdobył siedem goli). W dziewiątej kolejce doznał jednak kontuzji i nie mógł zagrać przeciwko Legii. Niedzielan czuł się pewnie, a po takim starcie sezonu, to nie może dziwić. Oceniając Legią musiał być też przekonany o sile Korony.

A.Niedzielan_(Korona_Kielce)_2010/2011

Andrzej Niedzielan w barwach Korony Kielce w sezonie 2010/2011.

Źródło: przegladsportowy.pl.

Wypowiedź Niedzielana była jednak także emocjonalna. Trudno nie zapomnieć, że kilka lat wcześniej w meczu na stadionie przy Łazienkowskiej, Niedzielan walcząc o piłkę kopnął Artura Boruca, który powalił go na ziemię. Po zakończeniu meczu, piłkarze Groclinu Grodzisk Wielkopolski świętowali zwycięstwo 2:0, ubliżając gospodarzom, co doprowadziło do przepychanek między piłkarzami. Wydaje się, że ten mecz pozostał w pamięci Niedzielana, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, aby wbić szpilę legionistom, po prostu zrobił to.

Niedzielan został jednak ukarany za swój brak pokory bardzo boleśnie. Korona przegrała z Legią aż 1:4, a przecież Legia (zdaniem Niedzielana) była słaba. Faktem jest, że gościom pomogła czerwona kartka Zbigniewa Małkowskiego, ale nie jest winą legionistów, że Małkowski sfaulował Radovicia w sytuacji „sam na sam”. Ostatecznie sezon 2010/2011 Legia, mimo fatalnego początku sezonu, ukończyła na 3. miejscu z dorobkiem 49 punktów (15 zwycięstw, 4 remisy, 11 porażek, bramki 45:38) i Pucharem Polski. Korona zajęła odległe 13. miejsce z 37 punktami (10 zwycięstw, 7 remisów, 13 porażek, bramki 34:48), co oznacza, że od meczu z Legią w 21 ligowych meczach Korona odniosła tylko… 4 zwycięstwa. Co więcej, od słów Niedzielana, że „Legia jest słabalegioniści zdobyli od koroniarzy o 20 punktów więcej. „Wtorkowi” też się nie wiodło. Po wyleczeniu kontuzji wystąpił w szesnastu ligowych meczach, w których zdobył tylko cztery bramki, w tym jedną z rzutu karnego. Dwanaście goli dało Niedzielanowi wraz z Abdoulem Razackiem Traore tytuł wicekróla strzelców, za Tomaszek Frankowskim, który zdobył o dwie bramki więcej.

Niedzielan mógł osobiście potwierdzić, że „Legia jest słaba”. W maju 2011 r. oba kluby spotkały się przy pustych trybunach stadionu przy Łazienkowskiej (skutek zamieszek po bydgoskim finale Pucharu Polski). Korona choć prowadziła 1:0, to przegrała 1:3, a Niedzielan nie wyróżnił się niczym nadzwyczajnym.

Czasami warto zastanowić się nad oceną najbliższego rywala.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, przegladsportowy.pl.

piątek, 01 grudnia 2017
Jugosłowiański Lech

Trener Franciszek Smuda oparł grę poznańskiego Lecha w sezonie 2008/2009 na obcokrajowcach uzupełniając ich bardzo dobrymi polskimi piłkarzami. Większość wśród poznańskich obcokrajowców stanowili piłkarze wywodzący się z krajów byłej Jugosławii.

Na jesieni 2008 r. w meczach ligowych Lecha wystąpiło pięciu piłkarzy z byłej Jugosławii – Ivan Turina (Chorwacja), Ivan Durdević (Serbia), Zlatko Tanevski (Macedonia), Dmitrije Injać (Serbia) i Semir Stilić (Bośnia i Hercegowina). Do tego dochodzą czterej obcokrajowcy z innych państw: Manuel Arboleda (Kolumbia), Luis Henriquez (Panama), Anderson Cueto i Hernan Rengifo (obaj Peru). Spośród 21 piłkarzy, którzy jesienią zagrali w Ekstraklasie w barwach Lecha tylko dwunastu stanowili Polacy a resztę obcokrajowcy.

Djurdjević_Injać_i_Golik_w_Lechu

Piłkarze z państw byłej Jugosławii w barwach Lecha – Djurdjević, Injać i Golik.

Źródło: igol.pl.

Zimą Lech pozyskał czterech kolejnych graczy z krajów byłej Jugosławii: Chorwata Gordana Golika i trzech Bośniaków: Jasmina Buricia, Harisa Handżica i Fenena Salcinovica, którego wypożyczył do końca sezonu do norweskiego Sandefjord Fotball. A dodać należy, że wśród testowanych piłkarzy był Serb Miodrag Stosić i Brazylijczyk Carlom Mendes „Cadu”. Trener Smuda z dużym dystansem wypowiadał się o nowych nabytkach Lecha wskazując, że to „melodia przyszłości” a nie piłkarze, którzy są w stanie skutecznie rywalizować miejsce w składzie. W ten sposób Franz zasugerował, że miał niewielki wpływ na transfery, o których decydują działacze. Złośliwi przypomnieli jednak, że o Stilicu też wypowiadał się negatywnie. Smuda mówił wtedy, że kupiono kota w worku a on nie miał możliwości sprawdzenia tego piłkarza. Później zmienił jednak zdanie.

Lech w jugosłowiańskim wydaniu sprawdził się, a zwłaszcza czwórka piłkarzy – Burić, Djurdjević, Injac i Stilić. Fotel lidera po jesiennych rozgrywkach ekstraklasy i awans do fazy grupowej, a następnie 1/16 finału Pucharu UEFA potwierdziły, że dobranie akurat tych piłkarzy było właściwe.

Ostatecznie Lech w sezonie 2008/2009 wywalczył Puchar Polski i 3. miejsce w Ekstraklasie. W kolejnym sezonie pod wodzą Jacka Zielińskiego, Lech sięgnął po Superpuchar i mistrzostwo Polski, a także awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Został zwolniony w listopadzie 2010 r., a jego dzieło (w tym awans do 1/16 finału Ligi Europy) kontynuował Jose Maria Bakero. Kluczowymi piłkarzami Lecha w tym czasie byli oczywiście „Jugole” – Djurdjević, Injać i Stilić.

Lech_przed_meczem_z_MC_listopad_2010

Listopad 2010 r. Lech przed historycznym meczem z Manchesterem City (3:1). W składzie ośmiu obcokrajowców (a w tym Burić, Djurdjević, Injać i Stilić) i tylko trzech Polaków (Bosacki, Peszko i Kikut).

Źródło: onet.pl.

Jak to było w innych klubach?

Kierunek jugosłowiański już kiedyś odniósł w Polsce sukces. W 2002 r. warszawska Legia prowadzona przez Serba Drogomira Okukę sięgnęła po Mistrzostwo Polski i Puchar Ligi. Kluczowymi piłkarzami tego klubu byli wówczas Aleksandar Vuković i Stanko Svitlica. Na ławce siedział Macedończyk Marjan Gierasimovski a w rezerwach kolejny Serb – Goran Njamculović.

Z kolei brazylijska przygoda Legii nie była dobrym rozwiązaniem, co potwierdził sezon 2006/2007 (Elton, Junior i Hugo Alcantara) a jedynie Edison i Roger potwierdzili swoją klasę. Podobnie nienajlepszą okazała się hiszpańska opcja firmowana przez Mirosława Trzeciaka i Jana Urbana. Mikel Arruabarena, Inaki Descarga, Balbino i Tito zawiedli. Jedynie Inaki Astiz okazał się wzmocnieniem klubu na lata.

Do historii przejdzie jednak przede wszystkim „Brasiliana” Antoniego Ptaka, która w sezonie 2006/2007 spuściła szczecińską Pogoń do I ligi (wtedy II ligi). Całego zastępu obcokrajowców tyle, że w Widzewie Łódź próbował także Dariusz Wdowczyk, który zasłynął tym, że w jednym z meczów sparingowych RTS-u wystawił jedenastkę złożoną z samych obcokrajowców. Wtedy nikt nie przypuszczał nawet, że taka sytuacja może mieć miejsce w lidze. Antoni Ptak potwierdził jednak, że może…

Ile znaczyli jugosłowiańscy piłkarze Lecha?

Dmitrije Injać występował w Lechu od wiosny 2007 r. do 2014 r. z przerwą na leczenie kontuzji i grę w Polonii Warszawa. Wystąpił w 156 ligowych meczach i zdobył 5 goli. Ivan Djurdjević związał się z Lechem jesienią 2007 r. aż do wiosny 2013 r., czyli do końca jego kariery. Dał się poznać jako charakterny piłkarz, który stał się prawdziwym lechitą. Zagrał w 105 ligowych meczach i zdobył 4 gole. Semir Stilić od sezonu 2008/2009 zagrał w Lechu przez cztery sezony, w których dużo dawał drużynie, ale po początkowych zachwytach nie zawsze utrzymywał wysoką formę. Pomimo tego wystąpił w 106 ligowych meczach, w których zdobył 18 goli. Wilkie talent, który był łączony z Celtikiem Glasgow robił karierę w… Karpatach Lwów, Gazientepsporze, APOEL Nikozja i Wiśle Kraków. Trochę zapomniany Zlatko Tanevski przez trzy lata (wiosna 2007 – wiosna 2010) wystąpił w 44 ligowych meczach, w których zdobył jednego gola. Później występował jeszcze w GKS Bełchatów i Vardarze Skopje. Natomiast Ivan Turina wystąpił tylko w dwunastu meczach sezonu 2008/2009. Poźniej występował krótko w Dinamo Zagrzeb i przez prawie trzy lata w AIK Solna. Zmarł w 2013 r. najprawdopodobniej z powodu niewydolności serca.

Spośród zawodników ściągniętych zimą 2008 r. jako inwestycja w przyszłość tylko Jasmin Burić okazał się słusznym wyborem. Zadebiutował w lidze w październiku 2009 r. i rozegrał od tamtej pory jako piłkarz Lecha rozegrał 122 ligowe mecze. Gordan Golik rozegrał w Lechu tylko dwa ligowe mecze jesienią 2009 r. Od sezonu 2011/2012 występuje w średnich klubach chorwackich, z półroczną przerwę na ligę serbską. Haris Handżić też nie zachwycił, a jesienią 2009 r. rozegrał tylko jeden mecz. Wiosną 2010 r. wrócił do FK Sarajevo, a później brał m.in. w Liechtensteinie (FC Vaduz), Rosji (FK Ufa), Chorwacji (HNK Rijeka) i na Węgrzech (Debreczyn). Fenenowi Salcinovicowi nie było dane zdebiutować w Lechu. Po wypożyczeniu do Norwegii wrócił do Bośni, a później grał także w HNK Rijeka i Sandefjord Fotball.

Podsumowanie

Jak widać jugosłowiański zaciąg sprawdził się w Poznaniu, a Injać, Djurdjević, Stilić i Burić stanowili o sile „Kolejorza”. Nie sprawdzili się piłkarze (za wyjątkiem Buricia), którzy byli sprowadzani jako inwestycja w przyszłość, zresztą żaden z nich nie zrobił poważnej kariery. Ciekawe, że Lech później zainteresował się bardziej rynkiem węgierskim i skandynawskim.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, sport.pl, igol.pl, onet.pl.

czwartek, 30 listopada 2017
Jak Barcelona miała zostać Ajaxem, czyli nieudany eksperyment

Był rok 1997, a Barcelona pozostawała bez zwycięstwa w Lidze Mistrzów od 1992 r., gdy rozegrano ostatnią edycję Pucharu Europy, a w rodzimej lidze na zwycięstwo czekała już trzy lata. Postanowiono więc, że trenerem zostanie uznawany za najlepszego w Europy – Holender Louis van Gaal. Czy ktoś jednak spodziewał się, że Barcelonę zasili tak wielu piłkarzy z Holandii?

Kto inny, jak nie van Gaal miał pomóc Barcelonie w odniesieniu sukcesu? Holenderski trener z grupą początkowo nikomu nieznanych piłkarzy Ajaxu Amsterdam sięgnął m.in. po Puchar UEFA w 1992 r., a w 1995 r. wygrał Ligę Mistrzów detronizując wielki i faworyzowany AC Milan. W kolejnym sezonie dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym dopiero po rzutach karnych odpadł z Juventusem, a w następnym Juventus okazał się lepszy w półfinale. Tak, to był zdecydowanie trener dla Barcelony.

Van Gaal rozpoczął pracę w Barcelonie, a wraz z nim jego dwóch byłych podopiecznych z Ajaxu, którzy przybyli po nieudanych przygodach z AC Milanem, czyli Michael Reiziger i Winston Bogarde. Van Gaal ściągnął także z Rody Kerkrade swojego rodaka – bramkarza Ruuda Hespa.

Praca holenderskiego szkoleniowca w sezonie 1997/1998 rozpoczęła się od dotkliwej porażki w Superpucharze z Realem Madryt (2:1, 1:4). Później jednak Barcelona wygrała ligę wyprzedzając drugi Athletic Bilbao o 9 punktów, a w finale Pucharu Króla pokonała po rzutach karnych Mallorcę. Cieniem na występy Barcelony w tamtym sezonie kładzie się Liga Mistrzów. Barcelona w grupie z Newcastle, Dynamem Kijów i PSV Eindhoven zajęła… ostatnie miejsce, a hańbą okryła się po dwóch porażkach z Dynamem Kijów – 0:3 na wyjeździe i 0:4 u siebie.

Sukcesy właściwie były, a zabrakło najważniejszego, dlatego posłuchano van Gaala i latem 1998 r. sprowadzono trzech kolejnych Holendrów! Boudewijn Zenden i Phillip Cocu przyszli z PSV Eindhoven, a Patrick Kluivert, który już pracował z van Gaalem w Ajaxie, podobnie jak Reiziger i Bogarde, przyszedł po nieudanej przygodzie z AC Milan. Sezon 1998/1999 Blaugrana rozpoczęła od dwóch niespodziewanych porażek z Mallorcą w meczach o Superpuchar (0:1, 1:2). W ćwierćfinale Pucharu Króla, Barcelona przegrała dwukrotnie z Valenicą (2:3, 3:4). Ligę hiszpańską jednak wygrała z przewagą jedenastu punktów nad Realem Madryt, ale Liga Mistrzów podobnie, jak w poprzednim sezonie była rozczarowaniem, bowiem w swojej grupie Barcelona musiała uznać wyższość Manchesteru United i Bayernu Monachium wyprzedzając tylko Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, w styczniu 1998 r. do Barcelony dołączyło… kolejnych dwóch Holendrów. Bracia Frank i Ronald de Boer przyszli z Ajaxu, z którym największe sukcesy świętowali oczywiście z van Gaalem.

Kluivert_i_van_Gaal_w_Barcelonie

Trening Barcelony – Louis van Gaal instruuje Patricka Kluiverta.

Źródło: marca.com.

Początek sezonu 1999/2000 potwierdzał, że w Barcelonie nie dzieje się dobrze, bowiem w Superpucharze przegrała z Valencią (0:1, 3:3). W Pucharze Króla, Barca odpadła z Atletico Madryt w półfinale. Po porażce w pierwszym meczu 0:3, Barcelona zasłaniała się problemami kadrowymi i brakiem terminów w związku z występami w Lidze Mistrzów, aż w końcu odmówiła gry i została ukarana walkowerem 0:3. W lidze lepsze o pięć punktów było Deportivo La Coruna, a w Lidze Mistrzów Barcelona odpadła dopiero w półfinale. Balaugrana pewnie przeszła dwie fazy grupowe, choć przyznać trzeba, że nie miała godnych siebie przeciwników. W ćwierćfinale, drużyna van Gaala po porażce na Stamford Bridge 1:3, doprowadziła do dogrywki a następnie wygrała 5:1. W półfinale, po porażce w pierwszy m meczu 1:4 z Valencią trudno było o optymizm. W rewanżu Barcelona wygrała 2:1, ale to było zdecydowanie za mało i katalońska drużyna odpadła. To był sezon pełen upokorzeń i goryczy, dlatego rozstanie z trenerem było pewne, czego od dłuższego czasu domagali się kibice machając białymi chusteczkami. Van Gaal zostawił po sobie holenderską kolonię, bowiem  do siedmiu piłkarzy z tego państwa, latem 2000 r. dołączył ściągnięty za rekordowe 40 milionów euro Marc Overmars.

Bracia_de_Boer_w_Barcelonie

Bracia de Boer, czyli przykład holenderskiego zaciągu w Barcelonie.

Źródło: dailymail.co.uk.

Van Gaal po przygodzie w Katalonii został trenerem reprezentacji Holandii, przegrał eliminacje do mundialu w 2002 r., a następnie… powrócił do Barcelony! Co przyświecało decydentom katalońskiego klubu trudno zrozumieć. Jedno z powiedzeń mówi, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a przecież pierwsza przygoda holenderskiego szkoleniowca skończyła się niepowodzeniem. Van Gaal popracował tylko przez siedem miesięcy i pod koniec stycznia 2003 r. jego kontrakt został rozwiązany. W lidze Barcelona grała fatalnie, a w Pucharze Króla skompromitowała się po porażce w 1/32 finału z występującą w trzeciej lidze (Segunda Division B) Novelda CF 2:3. W Lidze Mistrzów było zdecydowanie lepiej. W pierwszej fazie grupowej przeciwko FC Brugge, Galatasaray i Lokomotiw Moskwa, piłkarze van Gaala odnieśli komplet zwycięstw. Drugą rundę grupową rozpoczęli od zwycięstw z Bayerem Leverkusen i Newcastle, ale van Gaalowi nie było dane dokończyć swojego dzieła. Philippe Christanval, środkowy obrońca z Francji, który grał w Barcelonie w latach 2001-2003 powiedział, że po zwolnieniu z obowiązków trenera, van Gaal przyszedł do szatni i „płakał jak dziecko”. „Był twardy, zimny, a tu został zniszczony.” (cyt. za: irishmirror.ie).

Oprócz braku sukcesów w Lidze Mistrzów, Holendrowi zarzucano, że masowo ściągał swoich rodaków, w tym sześciu, z którymi pracował wcześniej w Ajaxie. Łącznie ściągnął ich dziewięciu, a w tym samym czasie na boisku przebywało nawet ośmiu. Do ściągnięcia dziewięciu Holendrów, van Gaal potrzebował tylko trzech lat, podczas gdy w całej dotychczasowej historii Barcelony było tylko sześciu Holendrów (Johan Cruyff, Johan Neeskens, Danny Muller, Ronald Koeman, Richard Witschge, Jordi Cruyff). Ściągniecie holenderskich piłkarzy przez van Gaala było kosztowną inwestycją, bowiem według transfermarkt.pl ich transfery pochłonęły 99,8 mln euro (w tym 40 mln euro za Overmarsa), co jak na tamte czasy było sporą kwotą. Barcelona na transferach tych piłkarzy zarobiła zaledwie14,7 miliona euro, co daje ponad 85 milionów euro deficytu! Co ciekawe, jedynym piłkarzem, za którego Barcelona dostała więcej niż sama zapłaciła był Ruud Hesp. Barca zapłaciła Rodzie Kerkradzie 1,1 miliona euro, a dostała od Fortuny Sittard 1,2 miliona euro. Trzeba przyznać, że z tytułu samych kwot transferowych, holenderski eksperyment był dosyć drogi.

Okres pracy van Gaala w Barcelonie (zwany „holenderskim”) jest znany przede wszystkim z powodu dużej liczby holenderskich piłkarzy w kadrze Blaugrany. Poza tym, kibice pamiętają bolesne porażki z Dynamem Kijów i Valencią. Z drugiej jednak strony, gdy van Gaal był trenerem klub wzbogacił się o dwa mistrzostwa i Puchar Króla. Trofeów mogło i powinno być więcej, ale nie jest też tak, że praca van Gaala to pasmo porażek, upokorzeń i wstydu. Barcelona osiągnęła to na co ją było stać w swoim holenderskim eksperymencie, inną sprawą jest fakt, że okres ten przypadł na świetną grę Valencii, która zgarnęła Barcelonie Superpuchar, półfinał Pucharu Króla i finał Ligi Mistrzów. Próbując osiągnąć sukces w Lidze Mistrzów władze Barcelony gdzieś się pogubiły i chyba na zbyt wiele pozwoliły van Gaalowi w kwestii kształtowania polityki kadrowej. Pogubił się też trener, który pomimo późniejszych sukcesów z Alkmaar i Bayernem, jest uznawany za tego, któremu w Barcelonie nie udało się i od tej pory zaliczał zjazd, „jadąc” na opinii wypracowanej jeszcze z Ajaxem.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, irishmirror.ie, marca.com, dailymail.co.uk. Holendrzy w Barcelonie, „Przegląd Sportowy”, brak numeru i daty wydania.

środa, 29 listopada 2017
Polskie centra pobytowe UEFA Euro 2012 – sukces i… niedosyt

Aż trzynaście z szesnastu uczestników UEFA Euro 2012 na swoje centra pobytowe wybrało ośrodki znajdujące się na terenie Polski. Nawet większość reprezentacji, które fazę grupową rozgrywały na Ukrainie, wybrały Polskę. To sukces, ale z pobytem reprezentacji, zwłaszcza tych najbardziej utytułowanych, wiązano większe nadzieje.

Wydawało się, że pobyt reprezentacji kilkunastu uczestników UEFA Euro 2012 będzie okazją do spotkań, otwartych treningów, może meczy sparingowych i… nie wiadomo czego jeszcze.

Piłkarze byli skupieni i skoncentrowani. Wymagali i oczekiwali zupełnego spokoju, a pracownicy ośrodków podkreślali, że piłkarze nie mieli żadnych specjalnych życzeń. Brak natrętnych fanów i paparazzi pochowanych po krzakach zdecydowanie im odpowiadał. Reprezentacje były odgrodzone szczelnym i wysokim płotem, zasłonięte banerami i obstawione (ubranymi na czarno) ochroniarzami. W takich właśnie warunkach piłkarze szukali odpowiedniego przygotowania do zbliżających się meczów. Na pewno zawiedzeni byli łowcy autografów i kibice liczący na spotkanie, czy zdjęcie z Cristiano Ronaldo, czy Ikerem Casillasem.

Każde wyjście z terenu ośrodka lub wyjazd autokaru reprezentacyjnego były monitorowane przez miejscowych, jak i przez media. Te ogólnopolskie informowały przede wszystkim o pobycie Hiszpanów w Gniewinie i Portugalczyków w Opalenicy. Niekiedy pojawiały się wzmianki o Niemcach, którzy przebywali w Gdańsku, a pozostałe reprezentacje, nawet Anglia, Holandia i Włochy, miały względny spokój. A miejscowi wielokrotnie okazywali sympatię piłkarzom drużyny, która przebywała w ich pobliżu. Traktowali ich jak „swoje” reprezentacje. Dopingowali, wspomagali, trzymali kciuki, ale także przyozdabiali ulice i domy.

Poza treningiem niełatwo było spotkać piłkarzy poza hotelem. Niektórzy, jak Hiszpanie prawie wcale nie opuszczali swojej bazy pobytowej. Hiszpanie zupełnie zamknęli się przed widownią, dlatego część mieszkańców Gniewina narzekała, że piłkarze Hiszpanii nie pojawili się we wsi. Piłkarze innych reprezentacji, jak np. Portugalii, rzadko opuszczali bazę. Podobno zdecydowali się na przejażdżkę rowerową po okolicy, a niektórzy skorzystali z pizzerii. Część miejscowych szukała kontaktu z piłkarzami i z wypiekami na twarzy oczekiwała aż pojawia się w mieście, ale np. jedna z mieszkanek Opalenicy powiedziała: To niesamowite uczucie mieć takie gwiazdy na wyciągnięcie ręki i to w swoim rodzinnym mieście. (cyt. za: wiadomosci.onet.pl).

Zresztą to odgrodzenie się każdej reprezentacji od lokalnej miejscowości i poczucie jakiejś tajemniczości sprzyjało plotkom, które rozchodziły się lotem błyskawicy. Wystarczyło powiedzieć, że ktoś widział, któregoś z piłkarzy i natychmiast podchwycali to inni. Zawodnicy rozpalali nie tylko emocje, ale także wyobraźnię.

Obrazek_UEFA_Euro_2012

Źródło: allthatisgaming.wordpress.com.

Okazją do zobaczenia piłkarzy, a niekoniecznie do spotkania, były otwarte (pokazowe) treningi, które organizowała część reprezentacji. W Krakowie otwarte treningi organizowały wszystkie trzy reprezentacje mające bazy pobytowe w Krakowie lub okolicach – Włoch, Anglii i Holandii. Trening „Oranje” na stadionie „Wisły” obejrzało 25 tys. widzów, rekordowa liczba jak na trening UEFA Euro 2012.

W Opalenicy na otwarte treningi Portugalii przyjeżdżało średnio po dwa tysiące osób. W Gniewinie tłum chętnych tak napierał na bramę prowadzącą na trybuny, że musiała interweniować policja. Niektórzy narzekali, ale nie z tego powodu. Nauczycielka, która zabrała dzieci na otwarty trening w Gniewinie powiedziała: „Mamy reprezentację Hiszpanii, a w ogóle jej nie widać. Piłkarze grali gdzieś daleko, nie reagowali na przywoływania, nie kopnęli choćby jednej piłki w kierunku trybun.” (cyt. za: Newsweek). Ludzie spodziewali się, że Pique, czy Torres podejdą do nich i przybiją „piątkę”, dadzą autograf, czy zgodzą się zrobić zdjęcie.

Zdania mieszkańców były podzielone. Część z nich narzekała na brak kontaktu z piłkarzami, ale część była zadowolona z samego faktu, że piłkarze przebywali w ich miejscu zamieszkania. Z tego też powodu niektórzy uważali, że nic lepszego im się nie przytrafiło. Inni narzekali na niewielki ruch w agroturystyce, choć przyznać trzeba, że mógł on wynikać z powodu zdecydowanie zbyt wysokich cen.

Zyskać chciały też gminy znajdujące się w cieniu miast gospodarzy, a już na pewno te gminy, w których znajdowały się bazy noclegowo-treningowe. Po zakończeniu turnieju ich przedstawiciele cieszyli się z medialnego rozgłosu i liczyli na przyszłe zyski. Wcześniej o takiej reklamie na pewno nie mogli nawet pomarzyć, bo nazwy miejscowości pojawiły się nie tylko w polskich, ale i zagranicznych mediach. Na taką promocję gmin nie było stać.

W ośrodkach, w których gościły największe gwiazdy, czyli Hiszpania, Portugalia i Włochy, turyści i zagraniczne kluby robiły rezerwacje zaraz po finale, a do recepcji kibice dzwonili z licznymi pytaniami odnośnie zachowania swoich idoli w wolnym czasie.

Na zgrupowania do ośrodków w Gniewinie i Opalenicy przyjeżdżali później piłkarze m.in. Amkara Perm, Hapoel Beer-Szewa, Omonii Nikozja, Panathinaikosu Ateny, czy AEK Ateny. Zauważyć jednak trzeba, że akurat w tych ośrodkach to nic nowego, bo już wcześniej ich właściciele mogli liczyć na zagranicznych gości. W Gniewinie niezależnie od UEFA Euro 2012 rezerwacje były zrobione z dużo większym wyprzedzeniem, a organizacja turnieju jedynie umocniła pozycję tego ośrodka. W przypadku pozostałych niekoniecznie Euro wpłynęło na zwiększone obroty.

Zainteresowanie polskimi centrami podczas turnieju UEFA Euro 2012 na pewno świadczyło o poziomie i jakości świadczonych usług. Niektóre z nich dzięki turniejowi zostały wcześniej zmodernizowane lub ulepszone. W połączeniu z medialnym zainteresowaniem, to zdecydowane zyski po polskiej stronie. Narzekać mogli kibice i mieszkańcy miejscowości, w których bazy miały poszczególne reprezentacje. Liczyli na spotkania z piłkarzami, autografy, zdjęcia, ale piłkarze szukali ciszy i spokoju, więc trudno im było wykazać się całkowitą otwartością wobec kibiców. Niemniej otwarte treningi, podziękowania i inne miłe gesty wobec polskich kibiców, nie mogą być zapomniane, choć kibice, jak to kibice oczekiwali dużo, dużo więcej.

 

Źródła: własne, sport.pl, wyborcza.pl, wiadomosci.onet.pl, bip.krakow.pl. M. Święchowicz, Iker za płotem, Newsweek z dnia 18-24 czerwca 2012 r., s. 18-20. Ł. Zalesiński, Euroszansa dla małych, „Rzeczpospolita” z dnia 25 czerwca 2012 r., s. 5. A. Karwowska, Spać jak Ronaldo, czyli interes po Euro, „Metro” z dnia 29 maja 2013 r., s. 2.

wtorek, 28 listopada 2017
Jak Petrescu wyleciał z Wisły Kraków

Były znakomity piłkarz i wówczas początkujący trener – Dan Petrescu został trenerem Wisły Kraków pod koniec 2005 r. Nadzieje i oczekiwania były ogromne, a po dziesięciu miesiącach Rumuna już nie było pod Wawelem. Rozstał się w nienajlepszej atmosferze, choć chyba nie do końca zasłużył na krytykę.

Dan Petrescu jako piłkarz uczestniczył w finałach piłkarskich mistrzostw świata (1994, 1998) i Europy (1996, 2000), zagrał w finale Pucharu Europy (1989), występował na boiskach włoskiej Serie A (FC Foggia, FC Genoa) i angielskiej Premier League (Sheffield Wednesday, Chelsea, Bradford City, Southampton). Z Chelsea sięgnął po dwa Puchary Anglii (1997, 2000), Puchar Ligi Angielskiej (1998), Puchar Zdobywców Pucharów (1998) i Superpuchar Europy (1998). Nic więc dziwnego, że jego przybycie do Polski było dużym wydarzeniem. Nigdy wcześniej w polskiej lidze nie było piłkarza z taką przeszłością i takimi osiągnięciami. Petrescu zapoczątkował nowy trend w polskiej lidze, czyli zatrudnianie znanych byłych piłkarzy, którzy zaczynali poważną karierę trenerską (przykład Nandora Hidegkutiego to odrębna historia). W kolejnych latach zatrudnienie w Polsce znaleźli np. Bakero, Berg, Czerczesow, Latal i Hapal, ale nawet na ich tle sukcesy piłkarskie „Borsuka” budzą szacunek.

Rumun podpisał 8 grudnia 2005 r. roczny kontrakt z Wisłą Kraków z opcją przedłużenia na następny rok. Zgodnie z umową miał zarabiać 25 tys. euro miesięcznie. Ówczesny dyrektor sportowy Wisły Grzegorz Mielcarski podkreślał: najbardziej spodobała nam się filozofia pracy Dana (cyt. za: „Przegląd Sportowy”; wszystkie cytaty pochodzą z różnych wydań „Przeglądu Sportowego”). Petrescu zwracał uwagę, że w jego pracy najważniejsze są trzy założenia szkoleniowe: „organizacja, dyscyplina i ciężka praca”. Nie było mu dane wypełnić kontraktu w całości i został zwolniony 18 września 2006 r.

Dan_Petrescu_na_tle_herbu_Wisły

Dan Petrescu na tle herbu Wisły Kraków.

Źródło: eurosport.interia.pl.

Wisłę poprowadził tylko w 23 meczach, z których 14 wygrał, 6 zremisował i 3 przegrał (bramki 34:14). Bilans w polskiej lidze to 20 meczy, 13 zwycięstw, 5 remisów i 2 porażki (bramki: 32:12). Petrescu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski 2006, start nowego sezonu nie był najlepszy (3 zwycięstwa i 4 remisy), a w pierwszym meczu o fazę grupową Pucharu UEFA, Wisła niespodziewanie przegrała u siebie 0:1 z Iraklisem Saloniki, ostatnim w tamtym czasie klubie ligi greckiej. Ostatnie cztery mecze przed zwolnieniem to wspomniana porażka z Iraklisem i trzy ligowe remisy z rzędu.

Petrescu został zwolniony za niezadowalające wyniki i brak porozumienia z piłkarzami, a dosłownie za zbyt ciężkie treningi. Gdyby scharakteryzować jego pracę w Wiśle popierając się na wypowiedziach piłkarzy i opiniach dziennikarzy wystarczyłoby powiedzieć - krzykacz, gwiazdor i po prostu słaby trener. Jakub Błaszczykowski powiedział natomiast, że to najgorszy trener z jakim pracował.

Piłkarze anonimowo mówili, że trener zgrywał wielką gwiazdę i traktował wszystkich z góry. Petrescu nie ukrywał, że nienawidzi przegrywać. Mówił, że nie widzi nic złego w pewności siebie dodając, że dzięki niej osiągnął więcej niż wszyscy piłkarze Wisły razem wzięci. „Ja swoją mentalność wyniosłem z Anglii. Wiem, jak wygląda zawodowy futbol (…) Mentalnie jestem Brytyjczykiem. Zawsze chcę więcej, nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co mam.”. Odnośnie traktowania innych z góry mówił: „Zachowywałem się normalnie. W pracy dawałem z siebie 120 procent. Przychodziłem do klubu rano, wracałem wieczorem i non stop harowałem (…) nie to, że odpuszczałem.”.

Piłkarze twierdzili, że Rumun przeprowadzał ciężkie treningi i podobno nie personalizował ich. Marek Konieczny, który w tamtym czasie był kierownikiem drużyny Wisły mówił jednak: „To nieprawda, bo piłkarze byli podzieleni na trzy grupy pod względem wydolnościowym.”.  Co więcej, Konieczny dodaje, że Petrescu chciał w Krakowie wprowadzić pełen profesjonalizm. Niektórzy uważają, że słów Koniecznego nie można brać na poważnie, skoro później odwiedzał Petrescu w Rumunii, co miało świadczyć o braku jego bezstronności.

Jak zarzuty piłkarzy odpiera sam zainteresowany? Tłumaczył, że najpierw chciał wprowadzić żelazną dyscyplinę, a jeśli przyniosłaby efekty, to wtedy można być bardziej elastycznym wobec piłkarzy i dać im więcej luzu. Dodawał również, że trener nie może być przyjacielem piłkarzy i musi się zdecydować, czy chce wyników, czy miłości piłkarzy. Jak widać, jeśli grupa nie pójdzie za nim, jak w ogień, to zostanie sam przeciwko wszystkim. Tak właśnie stało się w Wiśle, a Petrescu na przykładzie piłkarzy Wisły pozwolił sobie na ogólną uwagę nt. pracy polskich piłkarzy: Jest jakiś problem z mentalnością polskich piłkarzy. Nie mają ochoty na ciężką pracę (…) Polscy piłkarze nigdy nie będą zadowoleni. Trener będzie albo za ostry albo za miękki. Zawsze znajdzie się wytłumaczenie..

Kibice i dziennikarze naśmiewali się z Petrescu, który większą część meczu spędzał przy linii bocznej z podniesionymi rękoma i nieustannym krzykiem kwestionującym decyzje sędziego. Tak, Rumun należy do tych trenerów, którzy szukają winy wśród sędziów. Mówił, że wiele rzeczy dzieje się przeciwko prowadzonej przez niego drużynie, jak np. niepodyktowane rzuty karne. Mówił: „Kiedy pracowałem w Wiśle, sędziowie byli non stop przeciwko nam. Wisła z nimi wojowała (…) i teraz kilku z nich widzę w więzieniu.”.

Dan_Petrescu_w_charakterystycznej_pozie

Charakterystyczna poza Petrescu podczas meczów Wisły.

Źródło: romanowo.blogspot.pl.

Na co jeszcze narzekał Petrescu? Oj, lista jest długa. Zacznijmy od czterech najbardziej absurdalnych. Po pierwsze, zastrzegał, że nie chce mówić o tym, co działo się w Wiśle przed jego przyjściem, czym ewidentnie sugerował, że przyczyn przegrania mistrzostwa Polski w 2006 r. należy doszukiwać się przed jego przyjściem pod Wawel. Po drugie, podkreślał, że Legia wyjątkowo często wygrywała na wiosnę 2006 r. i w każdej innej lidze nie zdarzają się takie serie zwycięstw. Wisła miała więc po prostu pecha. Po trzecie, terminarz był niekorzystny dla Wisły. „Biała Gwiazda” najpierw grała z rywalami, który w następnej kolejce zmęczeni przystępowali do meczu z Legią. Po czwarte, utrudnieniem była… nierówna murawa.

Oczywiście, jak każdy trener wskazywał na konieczność wzmocnień. Gdy pracował w Wiśle mówił, że sukces może osiągnąć po wzmocnieniu składu i pozwoleniu na długofalową pracę. Twierdził, że potrzebuje: „lewego obrońcy, trzech pomocników i dwóch napastników”, ale zaznaczał, że „każdy zespół potrzebuje nowych twarzy”. Z tymi napastnikami to raczej nie przypadek, bo wśród głównych powodów niewywalczenia mistrzostwa wymieniał nieskuteczność. Po zakończeniu pracy o swojej filozofii futbolu i jej zderzeniu z krakowską rzeczywistością mówił: „Chcę mieć tych graczy, którzy kochają wygrywać. Nie takich, którzy marudzą, że to albo tamto mu się nie podoba. Dobry piłkarz zasuwa bez względu na okoliczności. A tacy kosztują. Ale W Wiśle chcieli, żebym pozyskał zawodników za darmo.”.

Przypomnieć należy, że gdy na oficjalnej konferencji, gdy został zaprezentowany jako trener mówił o organizacji, dyscyplinie i ciężkiej pracy, a władze Wisły podkreślały, że spodobała im się filozofia Rumuna, czyli w domyśle – organizacja, dyscyplina i ciężka praca. Piłkarze chyba nie mieli nic do powiedzenia w sprawie wyboru trenera i ich drogi z trenerem szybko się rozeszły. Trudno do końca ocenić jak było z ciężką pracą, ale wierzę, że Petrescu jako ambitny piłkarz i trener chciał narzucić polskim piłkarzom wzorce, które dostrzegł w Anglii. Nie udało się i pewnie prawda leży gdzieś po środku. Zwłaszcza, że innym metody Petrescu odpowiadały i dwóch klubach (Unirea Urziceni i Kubań Krasnodar) osiągnął sukcesy dzięki którym został wybrany trenerem roku w Rumunii (2008, 2009, 2011).

Może i Rumun traktował innych z góry, ale pomijając względy etyczne, czy można mu się dziwić? Zdobył ogromne doświadczenie, które teraz chciał wykorzystać w Wiśle, a przecież to on był trenerem i to on decydował o drużynie. Petrescu napotkał jednak trudności i już po czterech miesiącach mówił, że potrzebuje „mocniejszego wsparcia ze strony właściciela i pracowników klubu”, bo „czasem trzeba na bieżąco przedyskutować pewne problemy”. Czyżby władze „Białej Gwiazdy” szybko zorientowały się, że to nie jest trener odpowiedni dla piłkarzy?

Pobyt w Krakowie Petrescu uważał jednak za udany, bo twierdził, że zdobył tam bezcenne doświadczenie. Co więcej, wcale nie zraził się do pracy pod Wawelem, bo później nie wykluczał powrotu do pracy w Wiśle. O swoich marzeniach osiem lat temu mówił: „trenowanie Steauy, reprezentacji Rumunii, a któregoś dnia może Chelsea, ale chciałbym też wrócić kiedyś do Wisły”. Nic w tej kwestii się nie zmieniło, bo Petrescu nie pracowal w żadnym z tych miejsc. Na pewno jest bardziej doświadczonym trenerem, a nie tak utytułowanym na jakiego się zapowiadał po sukcesach z Unireą Urziceni. Stał się raczej drogim niż dobrym trenerem, o czym może świadczyć przyjmowanie ofert z Rosji, Kataru, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Niemniej podjęcie przez niego prestiżowej pracy, jak np. z reprezentacją Rumunii jest całkiem możliwe.

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, eurosport.interia.pl, romanowo.blogspot.pl, pl.wikipedia.org. P. Fleszar, Zatrudniony na próbę, „Przegląd Sportowy” z dnia 9 grudnia 2005 r., s. 8. K. Kawa, Pierwszy taki Dan nad Wisłą, „Magazyn Sportowy” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 3 lutego 2006 r., s. 8-13. Samotność Rumuna – wywiad red. K. Kawy i G. Wojtowicza z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 18 kwietnia 2006 r., s. 12. Odzyskamy tytuł – wywiad red. P. Fleszara z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 19 maja 2006 r., s. 5. M. Miga, Niechciany szkoleniowiec roku, „Przegląd Sportowy” z dnia 29 grudnia 2008 r., s. 9. Nie przyjaźnię się z piłkarzami – wywiad red. M. Wawrzynowskiego z Danem Petrescu, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 lutego 2009 r., s. 14-15.

poniedziałek, 27 listopada 2017
Jak Podbrożny (nie) strzelał w Lidze Mistrzów

Jerzy Podbrożny w połowie lat dziewięćdziesiątych był czołowym strzelcem polskiej ligi. W europejskich pucharach, a zwłaszcza w Lidze Mistrzów i później zagranicą już tak skuteczny nie był. Dwukrotny król strzelców polskiej ligi (jeszcze w barwach Lecha Poznań), w Lidze Mistrzów trafił tylko raz i jego grze przyjrzymy się przez pryzmat cytatów z „Przeglądu Sportowego”.

31 maja 1995 r. Legia pokonała w meczu XXII kolejki polskiej ligi, Raków Częstochowa 3:0 (2:0) i zdobyła mistrzostwo Polski w sezonie 1994/1995. Dwie bramki dla Legii zdobył Zbigniew Mandziejewicz, a trzecią dołożył Jerzy Podbrożny. To był drugi mecz Legii, który oglądałem na stadionie przy Łazienkowskiej. Pamiętam, jak po jednej z niewykorzystanych sytuacji przez „Gumę”, siedzący obok mnie ojciec nie mógł się nadziwić, jak Podbrożny mógł nie trafić. Wtedy odwrócił się do nas jeden ze stałych bywalców (karneciarzy) i powiedział: „Proszę Pana, on tu nie w takich sytuacjach pudłował. Wiem, co mówię, bo wszystkie mecze oglądam.”. Taki był właśnie Podbrożny – z jeden strony superstrzelec, a z drugiej strony marnował doskonale sytuacje. W ówczesnej Legii nie było to problemem, bo drużyna była tak silna w każdej formacji, że stwarzała mnóstwo sytuacji w prawie każdym meczu.

Dwa miesiące później Legia (z Podbrożnym) w składzie rozpoczęła walkę o historyczny, pierwszy awans polskiego klubu do Ligi Mistrzów. Jak „Przegląd Sportowy” relacjonował występy „Gumy”?

 

Runda eliminacyjna Ligi Mistrzów 1995/1996

09.08.1995 Legia – IFK Goeteborg 1:0.

Grał 87 minut i został zmieniony przez Ryszarda Stańka, gol z rzutu karnego w 49. minucie, żółta kartka.

Podbrożny pędzi sam na bramkarza. Ravelli to jednak wielki cwaniak, nie wychodzi do napastnika, czeka i broni strzał z ostrego kąta.” [wszystkie cytaty z meczów za „Przeglądem Sportowym”].

 

23.08.1005 IFK Goeteborg – Legia 1:2

Grał 90 minut.

Supersnajper z Łazienkowskiej dryblował, przepychał się i strzelał, ale bez niezbędnego fartu. Chwaląc pana Jurka nie można mu jednak nie wytknąć pewnej nonszalancji.” Zresztą sam piłkarz przyznał to po meczu mówiąc: „Może zbyt nonszalancko grałem po zdobyciu wyrównującej bramki.”.

Last musnął piłkę ręką a futbolówka spadła pod nogi Podbrożnego, który jednak za długo zwlekał ze strzałem.

Lewandowski ponownie wrzucił ze skrzydła, Podbrożny strzelił głową, ale za słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_IFK_Goeteborg

Podbrożny atakowany przez dwóch piłkarzy IFK Goeteborg.

Źródło: sport.tvp.pl.

Faza grupowa

13.09.1995 Legia – Rosenborg Trondheim 3:1

Nie grał.

 

27.09.1995 Spartak Moskwa – Legia 2:1

Nie grał.

 

18.10.1995 Legia – Blackburn Rovers 1:0

Grał cały mecz, strzelił bramkę w 26. minucie.

Jeszcze ze skrzydła podaje Pisz i Podbrożny z linii pola bramkowego przenosi futbolówkę nad poprzeczką.”.

 

01.11.1995 Blackburn Rovers – Legia 0:0

Grał 45. minut, zmienił go Cezary Kucharski

Wieszczycki oddaje Podbrożnemu. Potężne uderzenie i Tim Flowers wybija piłkę ręką.

Po meczu powiedział: „Zszedłem z boiska po pierwszej połowie, bo grałem słabo.”.

Podbrożny_przeciwko_Blackburn

Podbrożny w meczu przeciwko Blackburn – jedynym w Lidze Mistrzów, w którym zdobył bramkę.

Źródło: przegladsportowy.pl.

22.11.1995 Rosenborg Trondheim – Legia 4:0

Grał cały mecz.

Podbrożny przyjmuje piłkę na udo, strzela, ale w nogi Kucharskiego.”.

 

06.12.1995 Legia – Spartak Moskwa 0:1

Grał cały mecz.

Podbrożny z czterech metrów uderzył wysoko nad poprzeczką.  Czasami tak bywa… Piękna akcja, wyborna sytuacja a gola nie ma.”.

 

Ćwierćfinał

06.03.1996 Legia – Panathinaikos Ateny 0:0

Grał cały mecz.

Strzał Podbrożnego obok bramki.”.

Podbrożny nie doszedł do dośrodkowania Bednarza.

Najładniejsza z dotychczasowych akcji Legii, zainicjowana przez Sokołowskiego, ale bramki i tak by nie było, ponieważ Podbrożny był na spalonym.”.

 

20.03.1996 Panathinaikos Ateny – Legia 3:0

Grał cały mecz.

Sędzia odgwizduje spalonego, ale Podbrożny udaje, że nie słyszy i strzela. Z trzech metrów w słupek do pustej bramki. Aż przykro na to patrzeć.”.

 

Podsumowanie występów Podbrożnego w Lidze Mistrzów

„Guma” wystąpił w sześciu meczach Ligi Mistrzów przez 495 minut. Strzelił jedną bramkę, ale sytuacji strzeleckich miał znacznie więcej. Najdogodniejszych sytuacji w domowych meczach z Blackurn i Spartakiem nie wykorzystał. Zamiast w bramkę celował nad bramką. Oto cały „Gumiś”.

Podbrożny zajmuje obecnie 12. miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców polskiej ligi. Zdobył 122 gole dla… siedmiu klubów – Igloopolu Dębica (7), Lecha Poznań (48), Legii (45), Zagłębia Lubin (11), Pogoni Szczecin (6), Amiki Wronki (1) i Widzewa Łódź. Był nawet dziesiąty, ale został wyprzedzony przez Tomasza Frankowskiego (168) i Pawła Brożka (138). W latach 1994-1996 Podbrożny rozegrał w barwach Legii 99 meczów, w których zdobył 55 goli. W lidze zagrał 78 razy i zdobył 45 bramek. W Warszawie był krótko, ale taką skutecznością i sukcesami na stałe zapisał się w historii Legii i trafił do galerii sław tego klubu.

 

Źródła: własne, legia.net, legionisci.com, 90minut.pl, sport.tv.pl, przegladsportowy.pl. Różne archiwalne wydania „Przeglądu Sportowego” z 1995 r. UEFA Champions League. Statistics Handbook Sesaon 1996/1997. A. Gowarzewski, Encyklopedia piłkarska FUJI. Kolekcja klubów. Tom 13. Legia najlepsza jest…, Wydawnictwo GiA, Katowice 2013, s. 204-207. „Skarb Kibica. Ekstraklasa sezon 2017/2018 – jesień” – bezpłatny dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 14 lipca 2017 r., s. 103.

niedziela, 26 listopada 2017
Jean-Marc Bosman – celebryta, który stał się biedakiem

Były belgijski piłkarz, który doprowadził do zrewolucjonizowania europejskiego rynku transferowego zupełnie nie wykorzystał szansy, którą dostał od losu. Obecnie w poczuciu wykorzystania i krzywdy żyje w trudnych warunkach z dala od futbolu.

Jean-Marc Bosman, bo o nim mowa w czerwcu 1990 r. chciał odejść ze swojego klubu – FC Liege, z którym wygasł mu kontrakt. Otrzymał propozycję z drugoligowej francuskiej Dunkerque FC, ale wtedy Belgowie zażądali… 2,5 miliona franków francuskich (800 tys. dolarów). W sierpniu 1990 r. Bosman wniósł sprawę do sądu i to rozpoczęło rewolucję europejskiej i światowego rynku transferowego. W grudniu 1995 r. ETS wydał słynny wyrok ETS nr C-415/93zgodnie, z którym żądanie kwoty odstępnego w przypadku piłkarzy, którym wygasły kontrakty jest nieuprawnione, a limitowanie obcokrajowców z UE jest sprzeczne z prawem.

J.M.Bosman_na_fladze_UE

Jean-Marc Bosman – celebryta.

Źródło: pol.worldfootball.net.

Bosman był przeciętnym piłkarzem, ale korzystał też na tym, że nosił takie samo nazwisko jak John Bosman, holenderski napastnik, mistrz Europy z 1988, zawodnik Ajaxu, PSV, KV Mechelen, Anderlechtu, z którymi wywalczył sześć tytułów mistrzowskich (dwa w Holandii i cztery w Belgii), a także Alkmaar i Twente. Jean-Marc nie ma czym porównywać się z Johnem, bowiem szczytem jego możliwości była gra w młodzieżowych reprezentacjach Belgii (20 gier), a także w Standardzie Liege (1983-1988) i RFC Liege (1988-1990), z którym nawet sięgnął po Puchar Belgii. Później Bosman prowadził sądową batalię grając w niższych ligach w Olympique Saint-Quentin (1990-1991), USL Dunkerque (1991-1992) lub CS Saint-Denis (1991-1993) [źródła podają różną przynależność klubową pilkarza], ROC Charleroi-Marchienne (1993-1994, Belgia, III/IV liga) i CS Vise (1995-1996, Belgia, IV liga). Po części wynikało to z faktu, że w klubach z najwyższych klas rozgrywkowych nie było chętnych na zatrudnienie piłkarza, który burzył korzystny dla nich system transferowy.

J.M.Bosman_i_Porsche_Carrera

Jean-Marc Bosman i jego Porsche Carrera.

Źródło: news.coral.co.uk.

Bosman otrzymał z tytułu odszkodowania prawie milion euro i zachował się, jak ktoś, kto nie wie, co zrobić z ogromną kwotą pieniędzy. „(…) zaczął żyć na wysokim poziomie. Kupił dwa domy (…) Ponadto sprawił sobie Porsche Carrera. Po zakończeniu kariery zupełnie nie mógł jednak sobie poradzić w życiu. Nie znalazł żadnej sensownej pracy, a ludzie ze świata piłki o nim zapominali. Bosman popadł w depresję, nadużywał alkoholu. By mieć za co żyć, wyprzedawał majątek. Wkrótce został z niczym...” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Stosował przemoc wobec najbliższych i trafił na terapię antyalkoholową. „W 2013 r. został dozorcą, ale długo tam nie wytrzymał. Żył z zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 750 euro miesięcznie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Zasiłek został mu jednak zabrano, bo uznano, że za mało aktywnie szuka pracy. „Od tej pory utrzymuje się z bardzo skromnych kwot, które wypłaca mu związek zawodowy piłkarzy FIFPro [międzynarodowa federacja piłkarzy zawodowych – przyp. Autor bloga]. Ledwo wystarcza mu na jedzenie.” (cyt. za: przegladsportowy.pl).

J.M.Bosman_obecnie

Jean-Marc Bosman obecnie.

Źródło: dhnet.be.

W wywiadach i krótkich wypowiedział, których udzielał w ostatnich latach bije od niego gorycz. Podkreśla, że dzięki niemu piłkarze zarabiają miliony, a on nic z tego nie ma. Przykładowo: „Dzięki mnie futbol obrócił miliardy euro, a ja dostałem marny milion euro brutto. 33% poszło na podatki, a 30% na prawników” (cyt. za: wykop.pl) albo „Belgijscy piłkarze mogą teraz zarabiać 300 tys. euro tygodniowo, a ja nie mam nic. A przecież zacząłem walkę, dzięki której piłkarzom żyje się lepiej. Może kiedyś mi za to podziękują.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Dodaje również – „W 1995 powinienem wynegocjować z moimi prawnikami prowizje od każdego transferu.” (cyt. za: wykop.pl). O swoich błędach Bosman mówi albo niechętnie albo wcale.

Jego adwokaci w tamtej sprawie, Luc Misson i Jean-Louis Dupont, zrobili wielkie kariery w świecie sportu, a Bosman nie potrafił wykorzystać okazji, jaką dał mu los. Po pierwsze, na pewno można zarzucić mu zbyt wystawy tryb życia. O ile zakupienie mieszkań można zrozumieć i traktować jako inwestycje, albo zabezpieczenie przyszłości dzieci, o tyle zakup Porsche Carrery to już ekstrawagancja i niepotrzebny zbytek dla kogoś, kto nie miał stałego źródła dochodów. Bosman był wtedy celebrytą, gwiazdą mediów. Ubrany w elegancki garnitur pozujący do zdjęć dobrze się czuł w nowej roli, myślał krótkowzrocznie. Po drugie, Bosman chyba nie do końca policzył ile życie będzie kosztowało go w przyszłości. Po trzecie, teraz narzeka, że część odszkodowania pochłonęło wynagrodzenie dla prawników i podatek, ale prawie dwadzieścia lat temu nic o tym nie mówił. Tylko, że wtedy to nie było dla niego problemem. Po czwarte, podejrzewam, że Bosman zarabiał wtedy z dodatkowych zajęć więcej niż z gry w piłkę i nie odkładał tych pieniędzy, bo był przecież celebrytą! „(…) piłkarze z wdzięczności za to co dla nich zrobił organizowali zbiórki dla niego lub przekazywali mu dochody z pokazowych meczów” (cyt. za: sport.pl). A sam Bosman mniej więcej rok po wygraniu sprawy przed ETS mówił w wywiadzie dla „France Football”, cytowanym przez „Przegląd Sportowy”: „Przyznaję, że wiele mediów płaciło mi za rozmowy, bowiem stałem się popularny i wszyscy chcieli się pochwalić wykorzystując moją twarz i moje nazwisko. Oczywiście zwracano mi także koszty uczestnictwa w różnorakich konferencjach. A jeśli chodzi o odszkodowanie klubu i związku – 23 miliony belgijskich franków – przyznane mi przez sąd, to jeszcze mi wszystkiego nie wypłacono.”. Po piąte, część pieniędzy stracił przez nietrafioną inwestycję, ale można zastanawiać się, czy była ona przemyślana. „Po wygraniu sprawy założył firmę, która produkowała koszulki z jego nazwiskiem. Plan był taki, aby kupowali je piłkarze wdzięczni mu za podarowanie wolności i wielkich zarobków. Niestety, Bosman sprzedał... jeden trykot, który kupił syn jego adwokata. Oszczędności, które poszły na ten biznes, przepadły i Belg popadł w długi. To pogłębiło depresję i alkoholizm.” (cyt. za: sport.se.pl).

Żal czytać i patrzeć na to, co dzieje się z byłym piłkarzem, który miał tak ogromne zasługi dla ochrony praw zawodowych piłkarzy i sportowców. Wkład Bosmana w szeroko rozumianą wolność zawodowych piłkarzy, jak również we wzrost ich zarobków, jest niepodważalny. Są jednak takie powiedzenia, jak „nic nie ma za zasługi”, „nic nie ma za darmo” i przede wszystkim „każdy jest kowalem własnego losu”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że Jean-Marc Bosman, albo ich nie znał albo zlekceważył. Nie mam wątpliwości, że po wyroku ETS, źle pokierował, nawet nie swoją karierą, a swoim życiem. Może się trochę tłumaczyć nieudaną inwestycją, ale on nawet tego nie robi, tylko dalej prezentuje roszczeniową postawę. Chyba zabrakło mu trochę pokory i gotowości do normalnej pracy, a nie zarabiania milionów euro i jeżdżenia Porsche Carrera. „Życie to sztuka wyborów”, a Bosman od pewnego momentu podejmował chyba tylko złe wybory, a szkoda.

 

Źródła: własne, przegladsportowy.pl, sport.onet.pl, sport.pl, wylop.pl, bbc.com, transfermarkt.pl, pol.worldfootball.net, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, news.coral.co.uk, dhnet.be. System transferowy runął!, „Przegląd Sportowy” nr 1 (11 539), z dnia 2 stycznia 1996 r., s. 2. M. Kalita, Bosman – rok po sprawie, „Przegląd Sportowy” nr 12 (11 801), z dnia 17-19 stycznia 1997 r., s. 5.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi