Wpisy z tagiem: Arsenal Londyn

sobota, 18 lipca 2015
London Sports Tour - część 1

Przy każdej okazji, gdy jestem w innym mieście staram się, niezależnie, czy jest to wyjazd służbowy, czy prywatny, a więc, niezależnie czy jest to szkolenie, delegacja, czy urlop, o ile jest to oczywiście możliwe, zobaczyć miejscowe areny sportowe. Tak też było w Londynie. W sobotę 3 stycznia 2015 r. po ponad tygodniu pobytu w Londynie przyszła żona udała się na całodniowe zakupy, a ja na oglądanie londyńskich aren sportowych, głównie stadionów. Przez cały dzień obejrzałem z zewnątrz dziewięć londyńskich obiektów.

Swoją wędrówkę rozpocząłem od zakupu całodniowego biletu na komunikację miejską w strefach 1-3. Zanim jednak dotarłem do stacji metra Wimbledon musiałem dostać się tam tramwajem, a dodać trzeba, że z uwagi na rozbudowane metro, linie tramwajowe są w Londynie rzadkością.

 

Przystanek nr 1 – Craven Cottage

Następnie ruszyłem zieloną linią (District Line) i wysiadłem na stacji metra Putney Bridge, aby dotrzeć na stadion Fulham FC – Craven Cottage. Na obiekt najłatwiej dotrzeć ścieżką wzdłuż Tamizy. O tym dowiedziałem się jednak dopiero, gdy wracałem.

2015.01.03_Craven_Cottage_1

Klub, którego właścicielem do niedawna był Mohamed Al-Fayed, jeszcze w sezonie 2013/2014 grał w Premier League a w 2010 r. awansował do finału Ligi Europy. Tym bardziej zaskakuje wygląd, co tu dużo nie mówić, przestarzałego stadionu. Nazwa stadionu pochodzi o rezydencji Craven Cottage, która spłonęła w 1888 r., a na jej miejscu powstał stadion. Budowa trwała w latach 1894-1905, ale pierwszy mecz (Fulham – Minerva) rozegrano już w 1896 r. zanim powstały trybuny. Pojemność stadionu wynosi obecnie 24.600 miejsc, a rekordową frekwencję, prawie dwa razy większą (49.335) odnotowano w 1938 r. podczas meczu Fulham – Millwall.

Stadion (zaprojektował Archibald Leicht) „i jego słynna fasada trybuny głównej pozostają jednym z najwspanialszych zabytków po tym architekcie” (cyt. za: stadiony.net). Obecnie „uznawany jest za jeden z najbardziej tradycyjnych obiektów w Anglii” (cyt. za: stadiony.net). Trybuny z klasycznym zadaszeniem oparte na dźwigarach przypominają bardziej stodołę niż element obiektu sportowego, ale to tylko moje subiektywne wrażenie.

2015.01.03_Craven_Cottage_2

Warto zwrócić uwagę na to, że stadion jest bardzo ciekawie położony. Jedna trybuna przylega do parku (Bishop’s Park), przeciwległa do małego skweru, a jedna leży nad Tamizą! Czwarta z trybun ma zabytkową zabudowę, a czerwona cegła, z której jest zbudowana wpisuje się w zabudowę dzielnicy. Przed stadionem znajduje się pomnik najwybitniejszego piłkarza w historii klubu – Johny’ego Haynessa.

2015.01.03_Craven_Cottage_3

2015.01.03_Craven_Cottage_4

Gospodarzem stadionu jest Fulham FC, dla którego był to dziewiąty stadion z rzędu. Swoje mecze towarzyskie rozgrywały tu reprezentacje Australii i Irlandii. „W 1948 roku odbyły się tu mecze Igrzysk Olimpijskich, a w 1967 padł najszybszy hattrick w historii – Irlandczyk Jimmy O’Connor potrzebował zaledwie 133 sekundy na zdobycie trzech bramek” (cyt. za stadiony.net).

W dniu, gdy oglądałem stadion, Fulham grał w III rundzie Pucharu Anglii z Wolverhamptonem, ale pod stadionem, jak i w fan shopie (zabójcze ceny!) kibiców praktycznie nie było.

 

Przystanek nr 2 – Stamford Bridge

Następnie przejechałem dwie stacje i wysiadłem na Fulham Broadway skąd udałem się na Stamford Bridge. Nie jestem fanem „The Blues” (wręcz przeciwnie), a we wrześniu 2012 r. zwiedziłem stadion bezpłatnie w ramach London Pass, ale nie mogłem przepuścić okazji, aby zobaczyć stadion jednego z najlepszych i najbardziej utytułowanych klubów w ostatnich latach. Następnego dnia Chelsea grała z Watfordem w III rundzie Pucharu Anglii, a pod stadionem, jak i w sklepiku klubowym było trochę kibiców.

2015.01.03_Stamford_Bridge_1

Okolica, a tym samym stadion, wygląda znacznie lepiej niż w przypadku Craven Cottage. O ile w przypadku stadionu Fulham maszty oświetleniowe stanowią wyraźną wskazówkę o tym, gdzie znajduje się stadion, o tyle Stamford Bridge idealnie wpisuje się w okoliczne zabudowania. Z drugiej strony położenie przy głównej ulicy, linii kolejowej i metra poważniej utrudnia jego rozbudowę.

2015.01.03_Stamford_Bridge_2

Nazwa stadionu odnosi się do Stanford, nieistniejącego już potoku będącego dopływem Tamizy. Inni uważają, że nazwa nawiązuje do bitwy pod Stamford Bridge w 1066 r., gdy król Harold pokonał Wikingów. Chelsea gra na tym stadionie nieprzerwanie od powstania klubu, czyli od 1905 r., ale stadion powstał wcześniej w 1877 r. Pełnił wtedy rolę stadionu lekkoatletycznego, z którego korzystał London Athletics Club. Rozegrano na nim finał mistrzostw świata w hokeju galijskim, a także kilka walk bokserskich. Stadion mógł pomieścić 100 tys. widzów i był drugim pod względem wielkości obiektem w Anglii, po stadionie Crystal Palace (według niektórych źródeł planowano, aby uzyskał taką pojemność). Jedyną trybunę mogącą pomieścić 5 tys. miejsc zaprojektował Archibald Leicht, choć według niektórych zaprojektował on cały stadion. Rekordową frekwencję 83 tys. widzów zanotowano w 1935 r. podczas meczu derbowego Chelsea – Arsenal.

2015.01.03_Stamford_Bridge_3

Niewiele brakował, aby na Stamford Bridge grało Fulham. Właściciele obiektu, bracia Henry i Joseph T. Maers zaoferowali stadion temu klubowi, ale odrzucił on ofertę. Nie pozostało im nic innego jak założyć własny. Do 1930 r. nie dokonywano żadnych remontów na stadionie, ale rosnące zainteresowanie meczami „The Blues” wymusiło  rozbudowę kolejnych trybun. Budowa jednej z nich spowodował poważne zadłużenie klubu, a jej właścicielem przez prawie dwadzieścia lat był deweloper. W latach 1984-1985 między boiskami a trybunami pojawiło się ogrodzenie pod napięciem, ale nie zostało uruchomione.

Stadion był miejscem rywalizacji zawodów lekkoatletycznych, żużlowych, futbolu amerykańskiego, krykieta, wyścigów hartów. W latach 1920-1922 rozegrano na nim trzy finały Pucharu Anglii, pięciokrotnie zagrała na nim reprezentacja (ostatni raz w 1946 r.). Obecnie stadion może pomieścić 41 798 widzów i od 2003 r. średnia widzów w sezonie nie spada poniżej 41 tys.

2015.01.03_Stamford_Bridge_4

Obiekt wchodzi w skład multipleksu obejmującego hotele, restauracje, sale bankietowe i konferencyjne, kluby nocne, parking podziemny, pomieszczenia rekreacyjne i odnowy biologicznej. Ciekawostką jest też fakt, że w ramach stadionowych zabudowań znajdują się ogólnodostępne toalety.

Przed Stamford Bridge znajduje się pomnik Petera Osgooda środkowego napastnika o pseudonimie „Czarnoksiężnik z krainy Oz”. Osgood grał w „The Blues” w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego stulecia. Nie rozegrał największej liczby spotkań i nie strzelił najwięcej goli, ale z dorobkiem 380 meczów, 150 goli znajduje się w czołówkach obu klasyfikacji wszechczasów. Osgood był gwiazdą drużyny, która w 1971 r. sięgnęła po Puchar Zdobywców Pucharów.

 

Przystanek nr 3 – Earls Court

Następnie pojechałem na stację metra Earl’s Court, gdzie zamiast czytać oznaczenia na stacji poszedłem na „czuja” i to był błąd. Trochę pokrążyłem po okolicy, a wystarczyło cofnąć się w kierunku Wimbledonu.

2015.01.03_Earls_Court

Earls Court Exhibition Centre to zespół dwóch połączonych hal widowiskowo-wystawowych w stylu art deco. W miejscu obiektu do 1887 r. mieściło się wysypisko śmieci, ale od przejęcia go przez Johna Robinsona Whitleya szybko zaadaptowano go na potrzeby międzynarodowych wystaw. W 1937 r. obiekt został przebudowany, a 1991 rozbudowany i uzyskał obecny kształt.

Hale były przede wszystkim miejscem wystaw i targów, a w latach trzydziestych nawet zawodów narciarskich na specjalnie wybudowanym stoku. W czasie II wojny światowej obiekt zmilitaryzowano i ustanowiono w nim miejsce napraw balonów wojskowych. W 1948 i 2012 r. gościł Igrzyska Olimpijskie. Podczas pierwszej z nich w hali rozegrano eliminacje boksu oraz zawody w gimnastyce, podnoszeniu ciężarów i zapasach, a podczas drugiej – męski i żeński turniej siatkówki. Więcej niż sportu było w hali koncertów muzycznych (m.in. Pink Floyd, Led Zeppelin, Elton John, Queen, Genesis, Whitney Houston, Take That, Oasis, Celine Dion, The Spice Girls, Muse, Kylie Minogue, Janet Jackson, Arctic Monkeys).

Obiekt został zamknięty 13 grudnia 2014 r., a w jego miejscu do 2033 r. ma powstać nowe osiedle mieszkaniowe.    

 

Przystanek nr 4 – Emirates Stadium (Ashburton Grove, Arsenal Stadium)

Niebieską linią metra (Piccadilly) dojechałem do stacji Arsenal, skąd podobnie jak we wrześniu 2012 r. poszedłem na jeden z najnowocześniejszych stadionów w Anglii. Tym razem moja wizyta ograniczyła się do zobaczenia stadionu z zewnątrz, wizycie w sklepiku „The Armoury” i odwiedzeniu Highbury.

2015.01.03_Emirates_1

The Emirates (Emirates Stadium) to stosunkowo nowy stadion położony w dzielnicy Islington, budowany w latach 2004-2006. Budowa stadionu pochłonęła 450 milionów funtów, a konstrukcja stadionu 390 milionów funtów. Zainaugurował go w lipcu 2006 r. mecz sparingowy Arsenal – Ajax Amsterdam (2:1) w ramach miniturnieju piłkarskiego Emirates Cup, a oficjalnie otworzył księże Filip w październiku 2006 r. Oprócz meczów Arsenalu stadion gościł mecze reprezentacyjne, a pierwszym był hit Brazylia – Argentyna (3:0, wrzesień 2006).

2015.01.03_Emirates_2

Obiekt jest położony w pobliżu linii kolejowej Northern City, łączącej stadion z Dayton Park, a jego budowa wymusiła budowę dwóch mostów nad koleją. W pobliżu jest także linia metra, o której już wspomniałem. Stacja Arsenal jest najbliższa północnej części stadionu, a Holloway Road południowej. Na stadion można dotrzeć także autobusem.

Początkowo nazywany był Ashburton Grove, co nawiązywało do ulicy, przy której powstał, ale jeszcze przed otwarciem, w październiku 2004 r. umowę (na 15 lat, przedłużono później na 7 lat) na nazwę stadionu podpisały linie lotnicze Emirates, dlatego złośliwi nazywają obiekt „Arsenal Terminal”. UEFA nazywa stadion Arsenal Stadium. Stadion, choć nowoczesny nawiązuje do poprzedniej siedziby „Kanonierów”, czyli Highbury. Przykładem jest przeniesiony z Highbury słynny zegar wiszący na Clock End.

2015.01.03_Emirates_3

Pojemność stadionu wynosi 60 272 (inne źródła 60.355), co czyni z niego drugi pod względem pojemności stadion w Premier League, a trzeci w Anglii. Widownia została podzielona na cztery poziomy, a bilety na mecze Arsenalu należą do najdroższych na świecie.

Sklepik klubowy „The Armoury” znajduje się w zabudowaniach stadionu, ale już muzeum klubowe w odrębnym budynku, obok stadionu. Toalety są usytuowane na stadionie, ale także poza nim i są dostępne także w czasie, gdy mecze nie są rozgrywane.

Przed obiektem (w różnych miejscach) znajdują się pomniki wybitnych piłkarzy. Tony Adams nie rozegrał największej liczby spotkań w barwach Arsenalu (więcej ma tylko David O’Leary), ale uchodzi za najwspanialszego kapitana w historii klubu. Thierry Henry jest najlepszym strzelcem w historii klubu, choć, gdy przychodził do „Kanonierów” nie zanosiło się na to, że zdystansuje Iana Wrighta.

2015.01.03_Emirates_4

Kiosk przed Emirates, w którym można kupić program meczowy.

 

Przystanek nr 5 – Highbury

Poprzedni stadion Arsenalu – Highbury był za mały i wielokrotnie nie mógł pomieścić wszystkich chętnych do obejrzenia meczu. O potrzebie rozbudowy stadionu mówiono od wielu lat, ale dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiły się pierwsze plany budowy nowego stadionu. Władze klubu podkreślały, że niedostateczna pojemność Highbury znacząco zmniejszała przychody klubu, zwłaszcza z tzw. dnia meczowego. Postanowiono o przeprowadzce ledwie pięćset metrów dalej na nowy stadion, choć rozważano też przenosiny na Wembley, na którym Arsenal rozgrywał mecze Ligi Mistrzów w latach 1998-2000. Projekt ogłoszono w listopadzie 1999 r.

W 1913 r. Arsenal przeprowadził się z południowego Londynu, a stadion mimo sprzeciwów lokalnych klubów (Leyton Orient, Tottenham) został wybudowany w rekordowym tempie trzech miesięcy kosztem 125 tys. funtów. Grunty, an których znajdował się stadion wydzierżawiono na 21 lat za 20 tys. funtów, aż wreszcie wykupiono w 1925 r. za 64 tys.

Reprezentacja Anglii w latach 1920-1961 rozegrała na Highbury 12 meczy. W najsłynniejszym z nich, w 1934 r. Anglia pokonała 3:2 mistrzów świata Włochów 3:2, dla których był to pierwszy mecz po zdobyciu tytułu. W tamtym czasie Anglicy przekonani o swojej dominacji nie grali w mistrzostwach świata. Mecz został nazwany „Bitwą na Highbury” z powodu wyjątkowej brutalności obu drużyn i licznych kontuzji po obu stronach.

2015.01.03_Highbury_1

W trakcie II wojny światowej stadion zarekwirowała obrona przeciwlotnicza, a na boisku swoje mecze rozgrywali żołnierze. Arsenal, co obecnie trudno sobie wyobrazić, rozgrywał swoje mecze na stadionie Tottenhamu, czyli White Hart Lane. W trakcie bombardowania Londynu uszkodzona została jednak z trybun – North Bank.

2015.01.03_Highbury_2

Na Highbury rozegrano mecz grupowy i ćwierćfinał turnieju piłkarskiego Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 1948 r., ale z uwagi na niewielką pojemność stadionu nie był on areną innych dużych imprez rozgrywanych w Anglii, jak piłkarskie mistrzostwa świata (1966 r.) i mistrzostwa Europy (1996 r.). Na stadionie odbywały się także mecze krykieta, baseballa i walka o mistrzostwo świata w boksie, w której Muhammad Ali pokonał Henry’ego Coopera. Na Highbury nigdy nie rozegrano meczu finałowego Pucharu Anglii. Przenosiny na Emirates niewątpliwie zwiększyły możliwość goszczenia dużych i prestiżowych imprez sportowych.

Stadion tworzyły cztery trybuny, które nie stykały się narożnikami i były położone blisko boiska – West Stand, East Stand (obie uchodzą za znakomite przykłady stylu art deco), North Bank i Clock End z charakterystycznym zegarem. „(…) obiekt charakteryzował się tym, że komponował się z otaczającymi go szeregowymi domkami jednorodzinnymi. Różniło go jedynie to, że górował nad nimi swoimi rozmiarami.” (cyt. za: „Wielkie Kluby Europy: Arsenal Londyn”). Stadion został zamknięty w 2006 r. Pojemność wynosiła 38.500 miejsc, a rekord frekwencji został ustanowiony w marcu 1935 r. – 73.295 widzów podczas meczu Arsenal – Sunderland. Obecnie na miejscu Highbury znajduje się park z alejkami i miejscami rekreacyjnymi, otoczony trybunami, w których znajdują się biura i apartamenty.

2015.01.03_Highbury_3

 

Ciąg dalszy nastąpi...

wtorek, 05 sierpnia 2014
I po mundialu w Brazylii…

Zakończony mundial w Brazylii był (jak każdy poprzedni) najlepszym w historii, bo najlepiej i najbardziej pamiętamy mundial dopiero, co zakończony. Brazylijski turniej przyniósł sporo niespodzianek, wykreował nowe gwiazdy i pokazał piłkarskiemu światu dużo nowej piłkarskiej jakości. Brazylia doznała jednej z dwóch największych, o ile nie największej porażki, a Niemcy obalili twierdzenie Linekera, że zawsze wygrywają, obalili, bo (prawie jak nigdy) zasłużyli na wygraną.

Przed turniejem najbardziej obawiano się o bezpieczeństwo piłkarzy i kibiców mając na uwadze protesty i zamieszki podczas Pucharu Konfederacji w zeszłym roku. Jeszcze dzień przed rozpoczęciem mistrzostw Brazylia nie wyglądała na miejsce rozgrywania największej światowej imprezy. Gdy jednak nadszedł dzień otwarcia mistrzostw Brazylię ogarnęło istne piłkarskie szaleństwo – dokładnie takie, jakiego się spodziewaliśmy. Demonstracje niezadowolonych były, ale w dużo mniejszym stopniu niż rok temu i dużo mniejsze niż się spodziewano. Brazylia stanęła na wysokości zadania.

 

Turniej, drużyny

Mistrzostwo zdobyli Niemcy, którzy przez cały turniej prezentowali w miarę równą i ofensywną formę, choć zdarzały im się mecze gorsze, jak z Ghaną, czy z Algierią. W finale mieliśmy powtórkę z 1986 i 1990 r., ale tym razem finałowy rywal naszych zachodnich sąsiadów, czyli Argentyna – nie zachwycała. Niemcy pokonywali kolejne rundy w pewnym stylu, a Argentyna prześlizgiwała się korzystając z geniuszu Lionela Messiego.

Niemcy_-_mistrzowie_świata_2014

Niemcy – piłkarscy mistrzowie świata 2014 r.

Źródło: philstar.com.

Nie sposób zapomnieć o Brazylii, która miała zdobyć szósty tytuł mistrzowski i zmazać plamę maracaneo, czyli finałowej porażki z Urugwajem w 1950 r., gdy Canarinhos byli gospodarzem mundialu. Historia lubi się powtarzać – Brazylia nie zdobyła mistrzostwa i doznała drugiej hańbiącej porażki, przegrywając w półfinale z Niemcami 1:7. Ciekawe, czy dla Brazylijczyków bardziej bolesne jest maracaneo z uwagi na ogromny zawód, czy półfinałowa kompromitacja z uwagi na rozmiary porażki. Inna sprawa, że Brazylia nie prezentowała świetnej formy, a mimo zwycięstw cały czas liczyliśmy na przełamanie. Tymczasem gospodarze wspierani pracą sędziów prześlizgiwali się do kolejnych rund korzystając z umiejętności i fantazji Neymara. Gdy jednak zabrakło Neymara szybko okazało się, że Luiz Felipe Scolari nie ma żadnego planu „B” i przygotował drużynę z taktyką pt. „podaj do Neymara”.

Do półfinałów awansowały drużyny, które były wymieniane w gronie faworytów, ale wcześniej w fazie grupowej doszło do wielu niespodzianek i zaskakujących rozstrzygnięć. Przede wszystkim z nienajlepszej strony zaprezentowały się drużyny europejskie. Na tym etapie turnieju odpadły – Hiszpania, Włochy, Anglia, Portugalia i Rosja. Jedyną pozytywną europejską niespodzianką była Grecja, której akurat pomogła głupota piłkarzy Wybrzeża Kości Słoniowej. Co do Czarnego Lądu, to po raz kolejny zawiódł, aczkolwiek pozytywnym zaskoczeniem była Algieria. Fazę grupową przebrnęły dwie z pięciu afrykańskich drużyn, ale odpadły już w 1/8 finału. Najlepiej zaprezentowali się piłkarze z Ameryki Południowej, skoro aż pięć z sześciu z nich awansowało dalej. W fazie grupowej odpadł tylko Ekwador. Co jednak z tego, skoro drabinka turniejowa była tak ułożona, że Brazylia, Kolumbia, Chile i Urugwaj wzajemnie się eliminowały. Argentyna była po drugiej strony drabinki i dotarła aż do finału. Rewelacją turnieju była zdecydowanie Kostaryka, która odpadła z Holandią dopiero w ćwierćfinale i to po karnych. Warto jeszcze przypomnieć, że mecze fazy grupowej zaskakiwały żywiołowym i ofensywnym, wręcz radosnym stylem prezentowanym przez większość drużyn. Faza pucharowa była już mniej atrakcyjna, ponieważ zaczęły się piłkarskie szachy, ale i tak kilka meczów dostarczyło sporych emocji.

 

Piłkarze

Nagrodę dla najlepszego zawodnika turnieju otrzymał Leo Messi, ale ta nagroda wzbudziła sporo kontrowersji. Wydaje się, że z najlepszej strony zaprezentował się król strzelców turnieju, czyli James Rodriguez (Kolumbia). Z bardzo dobrej strony, wyróżniając się ponad przeciętność, zaprezentowali się m.in. Thomas Mueller i Mats Hummels (Niemcy), Javier Mascherano (Argentyna), Alexis Sanchez (Chile) i przede wszystkim Holendrzy – Arjen Robben i Robin Van Persie. Szczególną kategorię stanowią bramkarze. Manuel Neuer (Niemcy) w meczu z Algierią pokazał, że bramkarz może chwilami pełnić rolę ostatniego obrońcy, choć przyznać trzeba, że w meczu finałowym, gdy chciał popisać się taką umiejętnością bezpardonowo staranował Gonzalo Higuaina (Argentyna). W każdym razie, Neuer bronił znakomicie, ale świetnie zaprezentowali się inni bramkarze, a w szczególności – Keylor Navas (Kostaryka), Guillermo Ochoa (Meksyk), David Ospina (Kolumbia), Tim Howard (USA), Rais M’Bolhi (Algieria) i Claudio Bravo (Chile).

 

Trenerzy

Oprócz znanych trenerów, jak Joachim Loew (Niemcy) i Louis van Gaal (Holandia), z dobrej strony pokazało się kilku trenerów bez większych sukcesów do tej pory. Wśród nich należy wymienić takich trenerów, jak Miguel Herrera (Meksyk), Kolumbijczyk Jorge Luis Pinto (Kostaryka), Bośniak Vahid Halihodżić (Algieria) i Argentyńczycy – Alejandro Sabella (Argentyna), Jose Nestor Pekerman (Kolumbia), i Jorge Sampaoli (Chile).

 

Skandale

Kameruńczycy strajkowali przed wylotem do Brazylii domagając się wypłaty zaległych premii. Na miejscu kłócili się ze sobą, a dodatkowo pojawiły się medialne zarzuty o ustawianie meczów! Kłótnia skutkująca wyrzuceniem dwóch piłkarzy z kadry miała miejsce także w ekipie Ghany. Co do Ghańczyków to przed ostatnim grupowym meczem z Portugalią domagali się dodatkowej premii pieniężnej i ją otrzymali (podobno w wysokości 40 tys. dolarów). Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że przed meczem Ghana – Portugalia światowe media obiegło zdjęcie Johna Boye całującego plik pieniędzy. Później media obiegło zdjęcie Boye strzelającego samobójczą bramkę…

Johan_Boye_całuje_pieniądze

Johan Boye (Ghana) całuje plik pieniędzy otrzymany przed ostatnim meczem grupowym.

Źródło: sport.pl.

Brutalne faule

Trzy faule zapamiętają kibice mundialu. Po pierwsze, (trzeci w karierze!) atak Luisa „Gryzonia” Suareza, który postanowił zagłębić swoje zęby w barku Włocha Giorgio Chielliniego. Meksykański sędzia Marco Rodriguez nie wiedział co się stało i mimo, że Chiellini demonstracyjnie pokazywał ślad po zębach Suareza. FIFA nie była tak łaskawa i ukarała recydywistę kilkumiesięcznym zawieszeniem.

Chiellini_i_"Gryzoń"_Suarez

Giorgio Chiellini (Włochy) – ofiara ataku Luisa „Gryzonia” Suareza (Urugwaj).

Źródło: purelyfootball.com.

Po drugie, uderzenie Kolumbijczyka Juana Zunigi kolanem w plecy Neymara w absolutnie niegroźnej sytuacji. Faul spowodował pęknięcie jednego z kręgów lędźwiowych Neymara i zakończył jego udziału w mundialu. Po trzecie, bezmyślny atak Franzuza Blaise’a Matuidiego w lewą kostkę Nigeryjczyka Ogenyiego Onaziego. Trudno uwierzyć, że faul, który mógł zakończyć się poważną kontuzją i złamaniem skutkującym wielomiesięczną rekonwalescencją przyniósł „tylko” zwichnięcie. Tak samo trudno uwierzyć, że amerykański sędzia Mark Geiger upomniał Matuidiego tylko żółtą kartką.

 

Rekordy

Niemcy zdobyli czwarty tytuł mistrzowski (wcześniej – 1954, 1974, 1990), czym wyrównali osiągniecie Włoch, a lepsza z pięcioma tytułami pozostaje Brazylia. Ciekawsze jest jednak to, że mundial w Brazylii był piątym z kolei dużym turniejem, na którym Niemcy stanęli na podium! MŚ 2006 – 3. miejsce, ME 2008 – 2. miejsce, MŚ 2010 – 3. miejsce, ME 2012 – 3. miejsce, MŚ 2014 – 1. miejsce. Poza tym, Niemcy w całym turnieju zdobyli 18 bramek i przy 11 golach Brazylii, wyprzedzili Canarinhos w liczbie strzelonych bramek w historii mundiali. Niemcy mają 224 gole, a Brazylia 221. Jednocześnie Niemcy są drużyną, która rozegrała najwięcej meczów (106 przy 104 Brazylii) i straciła najwięcej bramek (121). W klasyfikacji wszechczasów Brazylia wyprzedza jednak Niemcy o 9 punktów (227:218). W najistotniejszej klasyfikacji indywidualnej piłkarz niemiecki wyprzedził brazylijskiego. Miroslav Klose dzięki golom strzelonym Ghanie i właśnie Brazylii stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii piłkarskich mistrzostw świata. Pochodzący z Opola zawodnik ma na swoim koncie 16 goli i o jedną bramkę wyprzedził Brazylijczyka Ronaldo, który nie krył, że źle życzy swojemu rywalowi.

Dla Brazylii smutnym rekordem jest największa liczba goli straconych przez gospodarza turnieju. I jeszcze jeden rekord w klasyfikacji indywidualnej. Farid Mondragon (Kolumbia) wystąpił w ostatnim meczu fazy grupowej i został najstarszym piłkarzem mistrzostw (43 lata).

 

Sędziowie

Arbitrzy nie popisywali się, zwłaszcza w pierwszej części mistrzostw, gdy popełniali liczne błędy, a w szczególności gwizdali spalone, których, jak wykazywały powtórki telewizyjne, nie było. Sędziowie mieli też problemy z karaniem zawodników kartkami, jakby otrzymali odgórny przykaz, aby ograniczyć korzystanie z nich. Nie sposób zapomnieć, że w meczu Francja – Szwajcaria (5:2) holenderski sędzia Bjoern Kuipers nie uznał jednej z bramek Karima Benzemy, ponieważ gdy składał się do strzału sędzia zakończył mecz z powodu upływu doliczonego czasu gry! Trudno nie odnieść wrażenia, że sędziowie pomagali Brazylijczykom, jak tylko mogli, a zwłaszcza Japończyk Yuichi Nishimura, który nie pozwolił zrobić gospodarzom krzywdy w meczu otwarcia z Chorwacją.

To tylko subiektywne odczucia, ale mundial 2014 przeszedł do historii sędziowania z dwóch obiektywnych powodów. Po pierwsze, sędziowie mogli korzystać ze spreyu wyznaczającego linię, której piłkarze nie mogli przekroczyć przy wykonywaniu rzutu wolnego lub rożnego. Po drugie, wprowadzono technologię Goal-Line pozwalającą stwierdzić, czy piłka przekroczyła linię bramkową. Z tej technologii sędzia po raz pierwszy skorzystał podczas meczu Francja – Honduras. W 48 min. po strzale Benzemy piłka odbiła się od słupka i od bramkarza Hondurasu – Noela Valladaresa. Sędzia uznał bramkę dla Francji dopiero po analizie Goal-Line.

 

Co jeszcze zapamiętamy?

Odchodząc trochę od wydarzeń czysto piłkarskich z całą pewnością będziemy pamiętali rzut karny wykonywany przez Jamesa Rodrigueza w ćwierćfinałowym meczu z Brazylią. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Kolumbijczykowi towarzyszył pasikonik gigant. Towarzyszył mu od momentu, gdy ustawiał piłkę na jedenastym metrze aż do czasu, gdy pobiegł z piłką do środka boiska.

James_Rodriguez_i_pasikonik_gigant

James Rodriguez (Kolumbia) i jego przyjaciel – pasikonik gigant.

Źródło: sport.wp.pl.

Z całą pewnością zapamiętamy także niespodziewany zabieg taktyczny trenera Holendrów – Luisa van Gaala w ćwierćfinałowym meczu z Kostaryką. W ostatniej minucie dogrywki „Żelazny Tulipan” zachował się niczym szarlatan i zmienił podstawowego bramkarza Jaspera Cillessena wprowadzając Tima Krula. Przecież takich rzeczy się nie robi! A jednak Krul wszedł na rzuty karne, dwa obronił, zapewnił Holendrom awans do półfinału i zakończył swój udział w mistrzostwach.

Krul_zastępuje_Cillessena

Ostatnia minuta dogrywki w ćwierćfinale Holandia – Kostaryka i zmiana bramkarzy. Za Jaspera Cillessena wchodzi Tim Krul!

Źródło: sport.wp.pl.

Van Gaal, mimo odważnych decyzji taktycznych, ma poważanie wśród zawodników, ale takiego poważania reczej nie miał trener Argentyńczyków. Niektórzy uważali, że Alejandro Sabella przede wszystkim starał się nie przeszkadzać swoim zawodnikom. Nic, więc dziwnego, że gdy próbował coś wytłumaczyć Ezquiel’owi Lavezzi’emu… został oblany wodą z biodonu! To zdarzenie nie wyglądało na przypadek.

Lavezzi_oblewa_wodą_Sabellę

Ezquiel Lavezzi oblewa wodą z bidonu trenera Alejandro Sabellę.

Źródło: smk.com.au.

Z całą pewnością zapamiętamy też kozła ofiarnego brazylijskiej porażki, czyli Freda. To fakt, że grał słabo, ale uznanie go winnym mundialowego niepowodzenia byłoby niesprawiedliwe. Złośliwi dodawali, że w całym turnieju, a wystąpił w sześciu meczach, zaliczył jedno udane zagranie. I wcale nie była to bramka strzelona Kamerunowi, tylko symulowanie faulu, po którym japoński sędzia podyktował karnego w meczu otwarcia!

Zapamiętamy też wpadkę organizacyjną Brazylijczyków. Przed meczem Francja – Honduras w Porto Alegre (podobno po raz pierwszy w historii mundialu) nie odegrano hymnów obu reprezentacji. Ale mundial w Brazylii zapamiętamy też dlatego, że zagrał w nim Diego Armando Maradonna! To znaczy zagrał w nim w oczach niestrudzonego Dariusza Szpakowskiego, który komentując dla TVP ćwierćfinał Argentyna – Belgia (1:0), kilkukrotnie pomylił Messiego z Maradonną! Wprawdzie w późniejszych wywiadach próbował tłumaczyć „pomagier” Szpaka, czyli Grzegorz Mielcarski, ale niesmak pozostał.

 

Transfery

O mundialu mówi się, że jest największym targowiskiem świata i nic dziwnego, skoro (przynajmniej w teorii) podczas mundialu spotykają się wszyscy najlepsi piłkarze świata. Trwający przez miesiąc turniej niewątpliwie pozwala na podjęcie decyzji transferowych, bo kreuje nowe gwiazdy i weryfikuje umiejętności dotychczasowych.

Barwy klubowe w trakcie albo po mundialu zmienili tacy piłkarze, jak np. Luis Suarez (Urugwaj; Liverpool – FC Barcelona, 81 mln euro), James Rodriguez (Kolumbia; Monaco – Real Madryt, 80 mln euro), Diego Costa (Brazylia; Atletico Madryt – Chelsea Londyn, 38 mln euro), Alexis Sanchez (Chile; Barcelona – Arsenal, 37,8 mln euro), Toni Kroos (Niemcy; Bayern – Real Madryt, 30 mln euro), Mario Mandżukić (Chorwacja; Bayern Monachium – Atletico Madryt, 22 mln euro), Mathieu Debuchy (Francja; Newcastle – Arsenal Londyn, 15 mln euro), Claudio Bravo (Chile; Real Sociedad – FC Barcelona, 12 mln euro), Keylor Navas (Kostaryka; Levante – Real Madryt, 10 mln euro), David Ospina (Kolumbia; OGC Nice – Arsenal Londyn, 4 mln euro) i Guillermo Ochoa (Meksyk; Ajaccio – Malaga, bez odstępnego).

Jeśli chodzi o trenerów też doszło do kilku ciekawych zmian. O tym, że Luis van Gaal kończy pracę z Holandią po mundialu i odchodzi do Manchesteru United było wiadomo już wcześniej. Mundial przyniósł jednak kilka zmian. Luiz Felipe Scolari, choć początkowo zamierzał trwać na stanowisku, ku uciesze prawie wszystkich Brazylijczyków złożył dymisję. Długo nie był jednak bezrobotny i podjął pracę w Gremio Porto Alegre. Z kolei Bośniak Vahid Halihodżić uniósł się honorem, gdy algierskie media zarzucały mu, że nie pozwala piłkarzom na świętowanie Ramadanu i zamiast przedłużyć kontrakt z algierską federacją przeniósł się do Trabzonu.

Brazylijski mundial przyniósł wiele zdarzeń, które zapamiętamy na długo, ale czy dłużej, niż po zakończeniu mundialu w Rosji?

 

Źródła: własne, eurosport.onet.pl, transfermarkt.pl, philstar.com, sport.pl, purelyfootball.com, sport.wp.pl, smk.com.au. Mundial. Historia – wydanie specjalne „Przeglądu Sportowego” Nr 6/2014. Skarb Kibica. Mistrzostwa Świata. Brazylia 2014. Dodatek do „Przeglądu Sportowego” z dnia 12 czerwca 2014 r. Skarb Kibica. Mundial 2014 – podsumowanie. Tygodnik „Przegląd Sportowy” z dnia 16-29 lipca 2014 r., Nr 28-29/2014.

niedziela, 27 lipca 2014
Pucharowych żniw niestety nie było

Sezon 2013/2014 w europejskiej piłce nożnej był dla Polaków wyjątkowy, choćby z tego powodu, że Robert Lewandowski został królem strzelców Bundesligi a we włoskiej Serie „A” wystąpiło aż ośmiu polskich piłkarzy. Sezon był wyjątkowy także dlatego, że Polacy występujący za granicą mieli szanse na wywalczenie pucharów czternastu krajów. Udało się tylko w czterech – w Anglii, Holandii, Włoszech (to trochę naciągane) i na Litwie.

Ale po kolei. Takiego sezonu na pewno nie było w historii polskiej piłki nożnej. W finałach krajowych pucharów wystąpiło piętnaście klubów, w kadrach których występowało osiemnastu Polaków. Jak się później okazało przynależność klubowa wcale nie gwarantuje występu w meczu finałowym, a sam mecz finałowy nie jest synonimem sukcesu. O tym ostatnim niestety boleśnie przekonało się jedenaście klubów z trzynastoma Polakami w kadrach na ten sezon.

Oczywiście, już wcześniej już były sezony, w których w finałach krajowych pucharów występowało w jednym sezonie kilku Polaków, ale takiego „wysypu” to jeszcze nie było. A dodatkowo, należy zwrócić uwagę, że nie były to finału „u jakiś ogórków”, jakby to powiedział złotousty Franz Smuda, ale były to finały w poważnych piłkarsko krajach. Spośród państw, które goszczą pięć najsilniejszych lig (Anglia, Hiszpania, Włochy, Francja i Niemcy), tylko w Hiszpanii w finale nie wystąpił żaden klub z polskim piłkarzem. Trudno się jednak dziwić, skoro o Pucharu Króla zagrały Real i Barcelona.

Wracając jednak do Polaków to szansę na zdobycie pucharu mieli także w Rosji, Rumunii, Bułgarii, Chorwacji, Szkocji, Walii, Azerbejdżanie i Austrii.

Zdecydowanie największym wygranym został Łukasz Fabiański, który na Wembley w swoim ostatnim oficjalnym meczu w barwach Arsenalu wywalczył jedyne trofeum w trakcie siedmioletniej przygody z „Kanonierami” – Puchar Anglii 2013/2014. Arsenal pokonał po dogrywce Hull City AFC 3:2, choć już po ośmiu minutach przegrywał 0:2. Fabiański wystąpił we wszystkich poprzednich meczach pucharowych w tym sezonie, ale bohaterem był po półfinale, gdy Arsenal wygrał 4:2 w rzutach karnych z Wigan (w regulaminowym czasie 1:1), a polski bramkarz obronił dwa rzuty karne.

Łukasz_Fabisńki_z_Pucharem_Anglii_2013/2014

Łukasz Fabiański (Arsenal Londyn) z Pucharem Anglii w sezonie 2013/2014.

Źródło: bravo.pl.

Fabiański zagrał i mógł cieszyć się z trofeum, ale na ławce rezerwowych cały mecz przesiedział pierwszy bramkarz „Kanonierów”, czyli Wojciech Szczęsny. Były piłkarz Agrykoli Warszawa marzył o występie w meczu finałowym, ale menadżer Arsène Wenger był konsekwentny i postawił na Fabiańskiego. Szczęsnemu pozostała radość przez łzy, bo ten ambitny bramkarz na pewno jak zwykle emocjonalnie podszedł do siedzenia na ławce.

Warto jeszcze przypomnieć, że trzy lata temu Szczęsny wystąpił na Wembley w finale Pucharu Ligi, ale po jego nieporozumieniu z Laurentem Koscielnym, Birmingham City zdobyło zwycięskiego gola. Szczęsny miał nadzieję na rehabilitację, ale musi czekać do kolejnego sezonu. Przynajmniej jego przeciwnikiem do miejsca w bramce nie będzie Fabiański, który po zakończeniu sezonu podpisał kontrakt z drużyną Swansea City. Skoro zaglądamy do archiwum, to Jerzy Dudek zdobył Puchar Ligi Angielskiej w sezonie 2002/2003.

Wojciech_Szczęsny_z_Pucharem_Anglii_2013/2014

Wojciech Szczęsny (Arsenal Londyn) z Pucharem Anglii w sezonie 2013/2014.

Źródło: pzp.info.pl.

Trzecim obok Fabiańskiego i Szczęsnego zdobywcą pucharu w silnym piłkarsko kraju w 2014 r. jest Igor Łasicki, choć w jego przypadku trudno mówić o tym, że zdobył Puchar Włoch. Łasicki był w szerokiej kadrze SSC Napoli, ale ani razu nie zagrał w Pucharze Włoch, a w lidze zadebiutował dopiero w ostatniej kolejce (tutaj). Napoli w finale pokonało na Stadio Olimpico Fiorentinę 3:1 (2:1), a mecz rozpoczął się z 45-minutowym opóźnieniem z powodu zamieszek kibiców. Barwy Fiorentiny reprezentuje Rafał Wolski, ale w tym meczu też nie zagrał. Według niektórych źródeł siedział na ławce rezerwowych wedle innych nie było go na ławce rezerwowych. W sumie nie ważne – Wolski nie wszedł na boisko, a „Viola” przegrała.

Zamieszki_przed_finałem_Pucharu_Włoch_2013/2014_(1)

Zamieszki przed finałem Pucharu Włoch 2013/2014 – poza stadionem…

Źródło: si24.it.

Zamieszki_przed_finałem_Pucharu_Włoch_2013/2014_(2)

...i na stadionie.

Źródło: sport.pl.

Igor_Łasicki_(SSC_Napoli)_2013/2014

Igor Łasicki (SSC Napoli) – zdobywca Pucharu Włoch 2013/2014 tylko „na papierze”.

Źródło: football-waldenburg.blogspot.com.

Finał Puchar Francji zakończył się porażką dla Kamila Grosickiego. Jego Stade Rennes (Rennais) przegrało w Saint-Denis na Stade de France z En Avant Guingamp 0:2 (0:1). Grosicki grał do 52. minuty, a zmienił go Paul-Georges Ntep. Co ciekawe, oba kluby spotkały się już w finale Pucharu Francji w 2009 r. i wtedy także zwyciężyło Guingamp (2:1), zdobywając to trofeum po raz pierwszy w historii.

Z polskiego punktu widzenia najbardziej bolesna była jedna porażka „polskiej” Borussi Dortmund. Westfalczycy przegrali w finale Pucharu Niemiec po dogrywce z Bayernem Monachium 0:2 (0:0, 0:0). Cały mecz w barwach Borussi rozegrali Łukasz Piszczek i Robert Lewandowski, a poza kadrą z powodu kontuzji pozostał Jakub Błaszczykowski. Mecz na Olympiastadionie w Berlinie był ostatnim oficjalnym występem „Lewego” w barwach Borussi, ale Polak nie zachwycił. Zagrał słabo, a po wspaniałym finale z 2012 r., gdy Borussia rozbiła Bayern 5:2, a „Lewy” ustrzelił hat-tricka – pozostały tylko wspomnienia. Inna sprawa, że do porażki Borussi przyczynili się sędziowie. Jak wykazały powtórki piłka po strzale Mattsa Hummelsa w 64 min. przekroczyła linię bramkową. Gwizdek sędziego jednak milczał. Średnie to pocieszenie, skoro drugi dublet z rzędu zgarnął największy rywal Borussi.

Lewandowski_bez_Pucharu_Niemiec_2013/2014

Puchar Niemiec 2013/2014 nie dla Roberta Lewandowskiego.

Źródło: wpolityce.pl.

W pięciu silnych pucharach piłkarskich Polacy sięgnęli po dwa puchary krajowe – w Anglii (po raz pierwszy w historii!) i we Włoszech, choć Igora Łasickiego wymieniamy raczej z kronikarskiego obowiązku i z przymrużeniem oka.

W krajach, których ligi wybijają się ponad przeciętność tylko Mateusz Klich mógł cieszyć się z sukcesu. Jego prowincjonalny PEC Zwolle zdobył pierwsze w historii trofeum – Puchar Holandii (KNVB Beker) 2013/2014. Wcześniej klub mógł pochwalić się tylko dwoma finałami (1928, 1977), a warto dodać, że najwyższe miejsce, na którym ukończyli sezon w Eredivisie to… 8(!!!). W meczu finałowym rozegranym w Wielką Niedzielę na rotterdamskim De Kuip, PEC niespodziewanie rozbił/zdemolował/zmiażdżył* (*niepotrzebne skreślić) 5:1 (4:1) Ajax Amsterdam, który pewnie zmierzał po tytuł mistrzowski.

Spotkanie nie rozpoczęło się najlepiej dla graczy z Zwolle. Już 3. minucie Ajax objął prowadzenie, a trzy minuty później fani Ajaxu obrzucili pole karne swoje drużyny racami i świecami dymnymi:

Race_podczas_finału_Pucharu_Holandii_2013/2014

Źródło sportfan.pl.

Mecz został przerwany, a po przerwie grała już tylko drużyna PEC. Mateusz Klich spędził na boisku cały mecz. Zaliczył jedną asystę i brał udział w dwóch bramkowych akcjach, ale gdyby nie nonszalancja kolegów (zwłaszcza przy wysokim prowadzeniu) mógł liczyć na więcej asyst. Na ławce rezerwowych Zwolle pozostał były napastnik Lechii Gdańsk – Fred Benson (jesienią 2011 r. 11 ligowych meczy, 1 gol).

Mateusz_Klich_(PEC_Zwolle)_Pucharu_Holandii_2013/2014

Mateusz Klich w szatni PEC Zwolle z Pucharem Holandii 2013/2014.

Źródło: sportowefakty.pl.

Takiej radości, jak Klich nie zaznał Artur Jędrzejczyk. Jego FK Krasnodar, który był rewelacją rosyjskiej ligi i zakończył rozgrywki na 5. miejscu, przegrał w Kaspijsku na Anży-Ariena finał Pucharu Rosji z FK Rosów 5:6 w rzutach karnych. Po 120 minutach wynik był bezbramkowy. Jędrzejczyk spędził na boisku całe spotkanie. Oba kluby prezentowały w sezonie ligowym podobną dyspozycję, dlatego tak zacięta walka w meczu finałowym nikogo nie powinna dziwić. Wydawało się jednak, że Krasnodar po wyeliminowaniu w półfinale walczącego wówczas o mistrzostwo CSKA Moskwa (1:0 na wyjeździe), prezentuje lepszą formę. Tak się jednak nie cało. Ciekawostką jest fakt, że trenerem FK Krasnodar jest były piłkarz Ruchu Chorzów – Oleg Kononow (3 mecze wiosną 1995 r.).

Także po rzutach karnych porażkę zaliczył Łukasz Szukała. Jego Steaua Bukareszt (mistrz Rumunii 2014) przegrała na National Arena w Bukareszcie w finale Pucharu Rumunii z Astrą Giurgiu po rzutach karnych 2:4. W normalnym czasie gry padł bezbramkowy remis. Steaua od 54 minuty grała w osłabieniu, ale w dogrywce, a dokładnie w 98. minucie siły obu drużyn wyrównały się. Szukała spędził na boisku cały mecz, został ukarany żółtą kartką i skutecznie egzekwował jedenastkę w serii rzutów karnych. Niestety dla niego nieskuteczni byli Fernando Varela i Mihai Pintilii. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku Pucharu Rosji, także w Rumunii zwycięzca pucharu ma polski wątek. W barwach Astry Giurgiu występował były zawodnik Arki Gdynia – Mirko Ivanovski z Macedonii, ale akurat w tym meczu był poza kadrą. Ivanovski zaliczył niezły sezon – 17 meczy, 6 goli i od nowego sezonu występuje w CFR Cluj. W Arce w sezonie 2010/2011 w 27 meczach w ekstraklasie strzelił tylko trzy gole. W kolejnym sezonie już w I lidze w 17 meczach – 3 gole.

Finały przegrało dwóch polskich bramkarzy ze słonecznych państw. W finale Pucharu Bułgarii Botew Płowdiw, którego piłkarzem jest Adam Stachowiak, przegrał w Burgas z mistrzem kraju – Łudogorcem Razgrad 0:1 (0:0). Polski bramkarz rozegrał całe spotkanie, podobnie jak były piłkarz Wisły Kraków – Czech Tomáš Jirsák. Finalistą Pucharu Chorwacji była drużyna Dinamo Zagrzeb, w której występował Grzegorz Sandomierski. Dinamo przegrało w dwumeczu z HNK Rijeka (0:1, 0:2), a polski bramkarz w chwili rozgrywania meczów finałowych już nie był piłkarzem „Niebieskich”, ponieważ jeszcze w kwietniu rozwiązał kontrakt.

Kolejnym bramkarzem, który przegrał krajowy puchar był Radosław Cierzniak (Dundee United FC). Wystąpił w meczu finałowym o Puchar Szkocji, ale nie był to udany występ. Jego drużyna uległa na Celtic Park drużynie Saint Johnstone FC 0:2 (0:1), a sam Cierzniak nie będzie wspominał tego występu najlepiej, ponieważ zawinił przy jednej z bramek. Tym samym Cierzniak jeszcze nie dostąpi zaszczytu tytułowania się zdobywcą Pucharu Szkocji jak inni polscy piłkarze (Dariusz Adamczuk, Artur Boruc, Maciej Żurawski i Łukasz Załuska).

Przechodząc do krajów ze słabymi ligami (wyłączając Polskę), to sukces odniósł tylko jeden Polak – Jakub Wilk. Polski obrońca zagrał w zwycięskim dla Żalgirisu Wilno finale Pucharu Litwy. Żalgiris pokonał w Ucianie w obecności nieco ponad 3 tys. widzów drużynę Banga Gargždai 2:1 (2:0), a Wilk nie dość, że zagrał w całym spotkaniu, to jeszcze w 13. minucie otworzył wynik spotkania.

Żalgiris_Wilno_z_Pucharem_Litwy_2014

Piłkarze Żalgirisu świętują zdobycie Pucharu Litwy 2014. Na zdjęciu widoczny także Jakub Wilk.

Źródło: epilka.pl.

Cały mecz w barwach Żalgirisu rozegrał znany z polskich boisk Georgas Freidgeimas (kiedyś ŁKS Łódź), a na ławce rezerwowych znalazł się Eivinas Zagurskas (w przeszłości gracz Nielby Wągrowiec, Bogdanki Łęczna i Wisły Płock). Żalgiris powtórzył sukces z zeszłego roku, gdy także wygrał Puchar Litwy. Dodatkowo, sięgnął po mistrzostwo, które cały czas może zdobyć w tym sezonie.

Trenerem Żalgirisu od sierpnia 2012 r. pozostaje Marek Zub – jedyny polski trener, który z zagraniczną drużyną zdobył puchar europejskiego kraju w 2014 r.

Marek_Zub_-_trener_Żalgirisu_Wilno

Marek Zub – trener Żalgirisu Wilno.

Źródło: uefa.com.

W finale (dużo mniej prestiżowego) Pucharu Walii wystąpiła drużyna Aberystwyth Town FC, którego piłkarzem jest Krzysztof Nalborski. Aberystwyth przegrało w Wrexham z dobrze znanym warszawskiej Legii – The New Saints FC (mistrz Walii 2014) 2:3, choć po trzynastu minutach prowadziło 2:0 i pierwszą bramkę straciło w 74 minucie. Nalborski pojawił się na boisku w 84. minucie gry przy stanie 2:2.

Finał Pucharu Azerbejdżanu przegrała drużyna Dawida Pietrzkiewicza – Qəbələ FK, ale polski bramkarz znalazł się poza kadrą na to spotkanie. Qəbələ FK przegrał w rzutach karnych 2:3 z Neftczi Baku. W regulaminowym czasie gry padł wynik 1-1 (0-0, 1-1, 1-1). Polski bramkarz. Mecz został rozegrany w Baku na stadionie im. Tofika Bahramova.

Jedynym Polakiem, który wystąpił w finale pucharu krajowego reprezentując barwy drugoligowca był Tomasz Wisio. Jego SK Niederösterreich Sankt Pölten (zgodnie z przewidywaniami) uległo w Klagenfurcie w finale Pucharu Austrii mistrzowi kraju – FC Salzburg 2:4 (1:2). Polski obrońca rozegrał całe spotkanie i choć występował już w sześciu klubach w Austrii, Grecji i Niemczech (Pasching, LASK Linz, AÓ Xánthi, GS Ergotélis, Arminia Bielefeld, RB Lipsk), to cały czas pozostaje bez poważnego sukcesu w karierze, poza wicemistrzostwem Europy U-16 (1999).

Podsumowując występy Polaków warto jeszcze przyjrzeć się ile czasu spędzili na boiskach podczas meczów finałowych. Do tej analizy nie włączam jednak Grzegorza Sandomierskiego i Wojciecha Szczęsnego. Sandomierski nie był już piłkarzem Dinama Zagrzeb, gdy ten klub rozgrywał mecze finałowe, a od Szczęsnego i Fabiańskiego trudno oczekiwać, aby jednocześnie występowali na boisku. Biorąc pod uwagę również dogrywki okazuje się, że Polacy spędzili w meczach finałowych 1.108 minut na możliwych 1.650 minut. Oznacza to, że byli na boisku przez 67% możliwego czasu. Wniosek jest taki, że w klubach, które wystąpiły w meczach finałowych są solidnymi graczami, ale nie kluczowymi, bo wtedy procent sięgnąłby 75 i więcej.

 

 

POLACY W FINAŁACH KRAJOWYCH PUCHARÓW W EUROPIE W SEZONIE 2013/2014

 

ZDOBYWCY PUCHARÓW

ANGLIA

Łukasz Fabiański (Arsenal Londyn), 120 minut.

Wojciech Szczęsny (Arsenal Londyn), na ławce rezerwowych.

 

WŁOCHY

Igor Łasicki (SSC Napoli), poza kadrą meczową.

 

HOLANDIA

Mateusz Klich (PEC Zwolle), 90 minut, 1 asysta.

 

LITWA

Jakub Wilk (Żalgiris Wilno), 90 minut, 1 gol.

 

FINALIŚCI PUCHARÓW

 

NIEMCY

Jakub Błaszczykowski (Borussia Dortmund), poza kadrą meczową,

Robert Lewandowski (Borussia Dortmund), 120 minut,

Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), 120 minut.

 

WŁOCHY

Rafał Wolski (AC Fiorentina), na ławce rezerwowych (poza kadrą meczową?).

 

FRANCJA

Kamil Grosicki (Stade Rennes), 52 minuty.

 

ROSJA

Artur Jędrzejczyk (FK Krasnodar), 120 minut.

 

RUMUNIA

Łukasz Szukała (Steaua Bukareszt), 120 minut, gol w serii rzutów karnych, żółta kartka.

 

BUŁGARIA

Adam Stachowiak (Botew Płowdiw), 90 minut.

 

CHORWACJA

Grzegorz Sandomierski (Dinamo Zagrzeb), poza kadrą meczową – w momencie rozgrywania meczu nie był już piłkarzem Dinama.

 

SZKOCJA

Radosław Cierzniak (Dundee United FC), 90minut.

 

WALIA

Krzysztof Nalborski (Aberystwyth Town FC), 6 minut.

 

AZERBEJDŻAN

Dawid Pietrzkiewicz (Qəbələ FK), poza kadrą meczową.

 

AUSTRIA

Tomasz Wisio (SK Niederösterreich Sankt Pölten), 90minut.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, sport.pl, polsatsport.pl, weszlo.com, sportowefakty.pl, sport.tvn24.pl, eurosport.onet.pl, sport.wp.pl, sport.tvp.pl, ekstraklasa.net, peczwolle.nl, zalgiris-vilnius.lt, livesports.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, bravo.pl, pzp.info.pl, si24.it, sport.pl, football-waldenburg.blogspot.com, polityce.pl, sport fan.pl, epilka.pl, uefa.com.

wtorek, 31 stycznia 2012
Nagrody za 2011 r.

Rok poprzedzający Euro 2012 był burzliwy i niezwykle ciekawy. Reprezentacja grała jak grała… raz lepiej, raz gorzej i najbardziej w pamięci pozostanie nam niewykorzystanie szansy na historyczne, bo pierwsze zwycięstwo nad reprezentacją Niemiec. W Gdańsku i Poznaniu otworzone zostały areny Euro, a Stadion Narodowy cały czas miał (i niestety ma) różnego rodzaju problemy. W klubowej piłce jakby coś drgnęło, bo mi kompromitującego odpadnięcia Jagiellonii z kazachskim Irtyszem Pawłodar, Legia i Wisła przeszły fazę grupową tych rozgrywek. Zresztą Wisła dzielnie biła się o Ligę Mistrzów z rewelacyjnym, jak się później okazało APOELem Nikozja. W ekstraklasie, tak dla odmiany, prowadzi Śląsk Wrocław.

 

Piłkarz roku – ROBERT LEWANDOWSKI

To był zdecydowanie rok Roberta Lewandowskiego. Wprawdzie napastnik Borussi wiosną zdobył tylko trzy gole i był w cieniu Shinji Kagawy, Lucasa Barriosa, czy Mario Goetze, to jesienią pokazał klasę. Zdobył aż 12 ligowych bramek i jeśli w 2012 r. zachowa skuteczność (a mecz sprzed półtora tygodnia z Hamburgiem to potwierdził), to powalczy o koronę króla strzelców Bundesligi i sprawi, że Polska kadra zagra co najmniej w ćwierćfinale Euro 2012. Lewandowski był bezsprzecznie najlepszym polskim piłkarzem. I nie chodzi nawet o to, że w kadrze rozegrał 11 meczy i zdobył w nich 4 gole, co sprawiło, że był najlepszym strzelcem. W większość ofensywnych akcji, zarówno reprezentacji, jak i Borussi zaangażowany jest właśnie Lewandowski. Wydaje się, że polski napastnik stał się najlepszym i najważniejszym piłkarzem mistrza Niemiec dystansując Goetze. Takie właśnie głosy pojawiły się w Niemczech, a Franck Ribery powiedział, że jedynym piłkarzem Bundesligi, który mógłby wzmocnić Bayern jest właśnie „Lewy”. W mojej ocenie żaden z polskich piłkarzy, no może poza Wojtkiem Szczęsnym, nawet nie zbliżył się do klasy prezentowanej przez „Lewego” w 2011 r.

W 2012 r. w kontekście Euro życzę, aby motto zapisane na oficjalnej stronie internetowej Lewandowskiego – „Dla pewnych chwil warto żyć. Warto grać w piłkę” – nabrało nowego wymiaru…

Co ciekawe za 2008 r. nagrodziłem Lewandowskiego tytułem odkrycia roku, a w minionej edycji nagród (za 2010 r.) piłkarzem roku został także piłkarz Borussi, ale nie Lewandowski, tylko Jakub Błaszczykowski.

 Robert_Lewandowski_2011

Zdjęcie pochodzi z serwisu przegladsportowy.pl.

 

Obcokrajowiec roku – ARTJOMS RUDNIEW

Wprawdzie w T-Mobile Ekstraklasie z bardzo dobrej strony zaprezentowało się kilku obcokrajowców (np. Miroslav Radović, Danijel Ljuboja, Maor Melikson, Dudu Biton czy Edgar Cani), to jednak nikt nie może mieć wątpliwości, że na miano obcokrajowca roku 2011 zasłużył właśnie Artjoms Rudniew (wiosną - Rudnevs). Jesienią łotewski napastnik szalał na polskich boiskach strzelając w 17 ligowych meczach aż 18 goli!!! Rudniew zaliczył aż cztery hat-tricki i pewnie zmierza po koronę króla strzelców, bo goniący go Biton i Tomasz Frankowski uzyskali tylko połowę dorobku łotewskiego snajpera.

Wiosną Rudniew (wtedy jako Rudnevs) grał trochę gorzej, ale i tak jego dorobek w minionym roku w lidze, Pucharze Polski i Lidze Europy (dwumecz z Bragą) jest imponujący – 28 goli w 37 meczach. Wydaje się więc, że w nowym sezonie łotewski napastnik obdarzony niesamowitym instynktem strzeleckim będzie grał w nowym klubie.

Rudniew potwierdza dominację piłkarzy Lecha Poznań w tej kategorii nagród. Za 2008 i 2010 r. nagradzałem Manuela Arboledę i tylko w 2009 r. lepszy był inny piłkarz niż reprezentant „Kolejorza” – słowacki bramkarz Jan Mucha (wówczas piłkarz Legii Warszawa, a obecnie Evertonu).

 Artjoms_Rudniew_2011

Zdjęcie pochodzi z serwisu mmpoznan.pl.

 

Odkrycie roku – WOJCIECH SZCZĘSNY

Młody Szczęsny przebojem wdarł się do pierwszej jedenastki zarówno Arsenalu, jak i polskiej reprezentacji. Gdy debiutował w Lidze Mistrzów w lutym zeszłego roku, to w jego grze nie było widać jakiejkolwiek tremy a grał przecież przeciwko Barcelonie. Gdy we wrześniu bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach w meczu z Niemcami, to zachowywał się jak doświadczony golkiper, a przecież w kwietniu skończy dopiero 22 lata. Szczęsny nie jest nadzieją polskiej piłki. On jest jednym z nielicznych polskich piłkarzy, których stać na ciągłą grę na poziomie światowym. I nie dlatego, że dobrze się zapowiada, ale dlatego, że (mimo młodego wieku) potwierdził to na boisku. Oczywiście Wojtkowi zdarzały się błędy i pomyłki, ale Szczęsny jest pewny siebie – i dobrze, bo bramkarz potrzebuje wiary we własne umiejętności, tylko gdyby nie to zamiłowanie do twittera…

 Wojciech_Szczęsny_2011

Zdjęcie pochodzi z bloga soccer2011-foreva.blogspot.com

 

Trener roku – MACIEJ SKORŻA

Poważnym kontrkandydatem był Orest Lenczyk, ale to Skorża sprawił, że Legia podniosła się po fatalnym starcie wiosną (sześć meczy bez zwycięstwa), zdobyła Puchar Polski, 3. miejsce w lidze (za Śląskiem) i wicemistrzostwo jesieni (za Śląskiem). Skorża w przeciwieństwie do Lenczyka awansował we wspaniałym stylu do Ligi Europy, a co więcej przeszedł fazę grupową. „Maciunio” jak mawia na niego Rudolf Kapera sprawił, że Legię autentycznie chciało się oglądać. Legię walczącą, skuteczną i efektowną, co było widać zwłaszcza w meczach ze Spartakiem Moskwa i Rapidem Bukareszt.

Skorżę wyróżniłem już po raz drugi. Wcześniej za 2009 r., ale wtedy (dla odmiany) prowadził krakowską Wisłę.

 Maciej_Skorża_2011

Zdjęcie pochodzi z serwisu gwizdek24.se.pl.

 

Drużyna roku – LEGIA WARSZAWA

Do tego wyróżnienia kandydowały trzy kluby – Legia, Śląsk Wrocław i Wisła Kraków. Gdyby zsumować punkty z rundy wiosennej minionego sezonu i jesiennej obecnego, to wygrałby Śląsk. Tyle tylko, że piłkarze prowadzeni przez Oresta Lenczyka nic nie wygrali. Wicemistrzostwo Polski, awans do ćwierćfinału Pucharu Polski i awans do ostatniej rundy eliminacyjnej Ligi Europy to za mało. Poza tym Śląsk gra toporną piłkę – skuteczną, ale nieefektowną. Wisła zdobyła mistrzostwo, Legia zdobyła Puchar Polski, a co więcej oba kluby awansowały do fazy pucharowej Ligi Europy. Dlaczego wyróżniam więc Legię? Bo grała najładniejszą piłkę spośród polskich klubów. Od momentu zwycięstwa nad Widzewem pod koniec kwietnia, legioniści prezentowali się niezwykle efektownie. Wprawdzie dwukrotnie (u siebie) przegrali ze Śląskiem, to jednak dwukrotnie (u siebie) pewnie wygrywali z Wisłą. Poza tym Legia doskonale spisywała się w Lidze Europy. Najpierw w eliminacjach wygrywając z silniejszymi od siebie – Gaziantepsporem i Spartakiem Moskwa, a następnie z Rapidem Bukareszt i Hapoelem Tel Awiw. Legioniści już po czterech kolejkach zapewnili sobie awans i nie musieli (jak Wisła) oglądać się na innych. Najważniejsze jednak, że grali efektownie, w czym duża zasługa trio Ljuboja-Rybus-Radović.

Spartak_Legia_2:3_2011

Radość legionistów z historycznej chwili dla klubu – zwycięskiego gola w Moskwie.

Zdjęcie pochodzi z bloga michalpol.blox.pl.

 

Nagrodzonym gratuluję i życzę powtórzenia sukcesu w Nowym Roku 2012.

niedziela, 08 sierpnia 2010
Niesamowity mecz na nowym stadionie Legii

Na otwarcie przebudowanego stadionu Legii zaproszony został Arsenal. Klub z najwyższej półki miał zapełnić trybuny i zapewnić kibicom emocje. I tak rzeczywiście było po „szalonym meczu”, jak można przeczytać na oficjalnej stronie Arsenalu, Kanonierzy zwyciężyli 6:5. Wprawdzie oba zespoły zaprezentowały radosny futbol, a piłkarze gubili się w defensywie i popełniali indywidualne, niemalże podstawowe błędy, to popołudnie 7 sierpnia 2010 r. zostanie w pamięci wszystkich, którzy oglądali ten mecz na stadionie, w telewizji czy Internecie.

Stadion Legii

Stadion Legii - wejście na trybuny południową i wschodnią.

Już w 6 min. po zagraniu Vdorljaka groźnie zrobiło się pod bramka Fabiańskiego, ale żaden z piłkarzy Legii nie zdołał oddać strzału. W 10 min. Manu podał do Mezengi, ale ten nie sięgnął piłki. Wreszcie optyczną przewagę Legii na bramkę zamienił Cabral, który po podaniu Rybusa w 17 min. 17 sek. celnie strzelił zza pola karnego. Stadion oszalał a Cabral przeszedł do historii jako pierwszy strzelec bramki na przebudowanym stadionie Legii. Minutę później mogło być jednak 1:1. Antolović wybiegł poza pole karne i minął się z piłkę. Obrońcy Legii wyjaśnili jednak sytuację. W 22 min. Antolović zrehabilitował się broniąc nogami strzał Nasri’ego. W 33 min. Legia podwyższyła prowadzenie. Po dośrodkowaniu Iwańskiego, Fabiański potknął się o któregoś z kolegów, nie sięgnął piłki a w sporym zamieszaniu Jędrzejczyk wepchnął piłkę do bramki. Jakby tego było mało cztery minuty później Borysiuk zagrał piłkę w pole karne, Cabral podał głową do Jędrzejczyka, a ten po przyjęciu na klatkę piersiową, uderzył z woleja pod poprzeczkę. Piekielnie mocne uderzenie dało Legii prowadzenia 3:0. W tym momencie wydawało się, że Arsenal jest na kolanach, ale określenie „wydawało się” idealnie pasuje do tego, co zdarzyło się w pozostałych niespełna 60 minutach. W kolejnej akcji kontaktową bramkę zdobył Chamakh. Po dośrodkowaniu w pole karne Marokańczyk obiegł Antolovicia i głową skierował piłkę do bramki. To był zdecydowanie błąd chorwackiego bramkarza. Do końca pierwszej połowy nic się nie zmieniło. Trzeba przyznać, że Legia była stroną przeważającą i zasłużyła na prowadzenie, choć Arsenal także stwarzał zagrożenie pod bramką Legii.

Legia - Arsenal

Mecz Legia - Arsenal. Widok z trybuny południowej.

Drugą połowę Legia także rozpoczęła z animuszem. W 48 min. na bramkę strzeżoną przez Szczęsnego, który w przerwie zastąpił Fabiańskiego, strzelał Mezenga. Młody Polak z trudem obronił ten strzał, ale podobnie uczynił z dobitką Iwańskiego. W 53 min. kolejny błąd popełnił Antolović, który wyszedł do dośrodkowania Veli z rzutu wolnego i minął się z piłką, a Eboue, mimo asysty obrońców, głową wpakował piłkę do bramki. W 58 min. fatalny błąd popełnił sędzia Szulc, który nie zdecydował się na podyktowanie rzutu karnego po faulu Vermaelena na Manu. W 60 min. Eboue strzelił swoją drogą bramkę po tym jak Wawrzyniak oddał mu piłkę. Jakby tego było mało w 62 min. było już 3:4. Vela odebrał piłkę Cabralowi i przerzucił ją na drugą stronę boiska, gdzie Gibbs wykorzystał krycie „na radar” przez Jędrzejczyka. Przez kolejne dziesięć minut, to Arsenal głównie utrzymywał się przy piłce, kilkukrotnie strzelając. Piłkarze Legii statystowali, jednak w 73 min. Jędrzejczyk zrehabilitował się za brak zdecydowania przy ostatniej bramce dla Arsenalu i w zamieszaniu podbramkowym po wysokim podaniu Gizy (tyłem do bramki), strzelił bez przyjęcia i pokonał Szczęsnego. Dwie minuty później faulowany był Vela, a Nasi strzelił tuż nad poprzeczką. Tego ostrzeżenia, jak się później okazało, Machnowskyj jednak nie wykorzystał. Ukraiński bramkarz pojawił się na boisku tuż po wyrównującej bramce Jędrzejczyka. Po upływie kolejnych trzech minut (78 min.) Thomas wykorzystał fakt, że Knażević zaspał przy wrzutce z głębi pola Veli, popędził w stronę bramki i strzałem w długi róg nie dał żadnych szans Machnowskyjemu. W 83 min. zmęczony Kneżević ręką zagrał piłkę na 20 metrze boiska. Po strzale z rzutu wolnego najwyżej wyskoczył Komorowski i zagrał piłkę ręką tuż przed polem karnym. Do strzału podszedł Nasri i strzelił obok muru, po ziemi i w sam środek bramki Machnowskyj’ego, który… nie złapał piłki. Co chciał zrobić ukraiński bramkarz wie tylko on sam. Z 3:0 zrobiło się 4:6 i nikt już nie miał wątpliwości, że Legia nie ma klasowego bramkarza. Nic więc dziwnego, że na stadionie niosło się nieśmiałe „Artur Boruc, Artur Boruc…”. W 90 min. Giza zagrał do wbiegającego w pole karne Chinyamy, który zagrał wzdłuż pola bramkowego. Jeden z obrońców Arsenalu wyłożył piłkę Iwańskiemu, który z najbliższej odległości pokonał Szczęsnego. W doliczonym czasie gry szansę na wyrównanie miał jeszcze Giza, ale jego uderzenie wybronił Szczęsny. W meczu pełnym błędów bramkarzy i obrońców lepszy okazał się Arsenal, choć przyznać trzeba, że Legia, zwłaszcza w pierwszej połowie, postawiła gościom trudne warunki gry. W drugiej legioniści opadli z sił, przestali dokładnie kryć i zaczęli grać niedokładnie w defensywie. Taka gra z rywalem tej klasy, co Arsenal musiała przynieść opłakane skutki, choć z drugiej strony w tej słabości Legia potrafiła strzelać bramki.

Stadion Legii

Stadion Legii - wejście na trybuny wschodnią i północną.

Po takim meczu Maciej Skorża, trener Legii ma sporo do myślenia. Z jednej strony musi cieszyć w miarę wyrównana walka z Arsenalem i strzelenie aż pięciu bramek. Z drugiej jednak strony martwi porażka i utrata sześciu bramek. Wprawdzie częściowo można tłumaczyć problemy w formacji obronnej kontuzjami podstawowych zawodników (Astiz, Choto, Kiełbowicz i Rzeźniczak), ale trudno nie przypomnieć, że Kanonierzy także zagrali bez swoich kluczowych piłkarzy (Arszawin, Fabregas, van Persie, Bendtner, Diaby, Song i Almunia). Niezależnie jednak od formacji obronnej podstawowym problemem okazuje się obsada bramki, bo zarówno Antolović, jak i Machnowskyj popełniają niewybaczalne błędy, a dodatkowo w przypadku Chorwata, jak wskazują mecze sparingowe, cały czas mówimy o tych samych błędach. Dodatkowym problemem Legii jest brak klasycznego napastnika, bo jeśli z pięciu bramek żadnej nie strzela napastnik, to formacja ofensywna nie funkcjonuje tak, jak powinna. Mezenga nie dochodził do sytuacji strzeleckich, a Chinyama wraca po kontuzji, dlatego w jego grze widać jeszcze braki kondycyjne. Dla równowagi wskazać trzeba pozytywy. Przede wszystkim znakomitą grę Jędrzejczyka, ale przede wszystkim pod bramka rywala. Dodatkowo, spore umiejętności pokazali Cabral, Manu i Vdroljak, mimo że grał tylko 27 min., dlatego jego kontuzja już teraz martwi trenera Legii. Wygląda więc na to, że trener Skorża przed meczem z Cracovią ma jeszcze sporo do zrobienia.

Niezależnie jednak od meczu i sportowej rywalizacji ważne dla władz klubu i miasta było zapełnienie stadionu do ostatniego miejsca, czyli 23 tys. Klub odniósł duży sukces medialny i organizacyjny. Pytanie tylko, czy komplet będzie jedynie przy okazji meczów z atrakcyjnymi rywalami, czy też stanie się normą. Legia musi wygrywać, żeby tak się stało, ale na pytanie czy będzie wygrywała w ekstraklasie, trudno w tej chwili odpowiedzieć. Kibice przeżyli niezapomniany piłkarski spektakl, ale radosny futbol i liczne indywidualne błędy po obu stronach nie pozwalają określić bieżącej formy legionistów.

 

Legia Warszawa - Arsenal Londyn 5:6 (3:1)

Bramki: Alejandro Cabral 17, Artur Jędrzejczyk 33', 37, 73, Maciej Iwański 90 - Marouane Chamakh 38, Emmanuel Eboue 53, 60, Kieran Gibbs 62, Jay Aston Emmanuel-Thomas 78, Samir Nasri 81

Legia Warszawa: 1. Marijan Antolović (74, 55. Kostiantyn Machnowskyj) - 2. Artur Jędrzejczyk (89, 26. Pance Kumbev), 23. Srdja Kneżević, 14. Jakub Wawrzyniak, 17. Marcin Komorowski - 9. Manu (90, 18. Michał Kucharczyk), 21. Ivica Vrdoljak (29, 8. Maciej Iwański), 16. Ariel Borysiuk, 27. Alejandro Ariel Cabral (68, 7. Piotr Giza), 31. Maciej Rybus (74, 20. Sebastian Szałachowski) - 80. Bruno Mezenga (63, 82. Takesure Chinyama).

Arsenal Londyn: 21. Łukasz Fabiański (46, 53. Wojciech Szczęsny) - 3. Bacary Sagna (76, 34. Havard Nordtveit), 6. Laurent Koscielny, 5. Thomas Vermaelen, 22. Gael Clichy - 14. Theodore Walcott (46, 27. Emmanuel Eboue), 35. Emmanuel Frimpong (46, 28. Kieran Gibbs), 19. Jack Wilshere (70, 32. Henri George Lansbury), 8. Samir Nasri, 7. Tomas Rosicky (46, 11. Carlos Alberto Vela Garrido) - 29. Marouane Chamakh (70, 31. Jay Aston Emmanuel-Thomas).

Składy i bramki za www.legia.com.

środa, 31 marca 2010
Waleczny Arsenal

Dwumecz Arsenalu z Barceloną była zapowiadany jako najciekawsza wydarzenie ćwiercfinałów Ligi Mistrzów i wydaje się, że takim rzeczywiście jest. Pierwsza połowa dzisiejszego meczu pomiędzy tymi drużynami nie mogła zawieść nawet największych malkontentów. Jedyne czego w niej zabrakło to gole. Przez pierwsze 20 min. Barcelona miała przygniatającą przewagę, którą przerwał kąśliwy strzał Nasriego, po którym piłka przeleciała obok bramki Barcelony. Do tego momentu Nasri był najbardziej aktywnym piłkarzem „Kanonierów”. Wcześniej miała miejsce kanonada na bramkę „Kanonierów”. Cudów w bramce gospodarzy dokonywał Almunia, a gdy wydawało się, że bramka musi paść wtedy na drodze piłki stawali obrońcy Arsenalu. Almunia popisał się przede wszystkim w sytuacji, w której obronił strzał Ibrahimovica z najbliższej odległości a po chwili efektownie odbił strzał Xaviego. W tym fragmencie gry aktywny był Ibrahimovic, który sporo strzelał, ale niecelnie a do tego zdarzało się, że faulował. Po wspomnianym już strzale Nasriego gra wyrównała się i trochę uspokoiła. Piłkarze Arsenalu nadrabiali braki techniczne i szybkościowe faulami łapiąc żółte kartki a do tego kontuzje, co wymusiło na Wengerze zdjęcie z boiska Arszawina i Gallasa. Dodać jeszcze trzeba, że w 38 min. w znakomitej sytuacji znalazł się Bendtner, ale pierwszy jego strzał obronił Valdes a po drugim piłka wylądowała na słupku. Bendtner tylko postraszył Blaugranę, bo był… na spalonym.

Druga połowa przyniosła nie mniej emocji a do tego padły bramki, które nie rozstrzygnęły sprawy awansu. Dwie bramki Ibrahimovica (47 i 59 min.) wydawały się rozstrzygnąć sprawę awansu, ale wtedy Barca po prostu stanęła. Poza tym nastąpiły dwie brzemienne w skutkach zmiany. Za Sagnę wszedł Walcott a za Ibrahimovica – Henry. Od tego momentu o sile „Kanonierów” stanowił szybki i przebojowy Walcott, który w 69 min. zdobył bramkę kontaktową. Arsenal dalej szukał swojej szansy, a Barcelona dalej grała jakby chciała wygrać najmniejszym nakładem sił. Jej niemoc i nieskuteczność idealnie prezentował zagubiony Henry. Na pięć minut przed końcem składającego się do strzału Fabregasa sfaulował Puyol za co obejrzał żółtą kartkę. „Jedenastkę” skutecznie wykorzystał sam poszkodowany i niemożliwe stało się faktem.

Barcelona, mimo że dominowała przez większą część meczu zaledwie zremisowała z Arsenalem, choć w dalszym ciągu, to Blaugrana jest bliżej awansu. Wydaje się jednak, że pewne zwycięstwo straciła przez minimalizm, który może zemścić się w meczu rewanżowym.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi