Wpisy z tagiem: jagiellonia białystok

środa, 24 maja 2017
Niezrozumiały parasol ochronny nad Drągowskim

Bartłomiej Drągowski jest utalentowanym bramkarzem, reprezentantem młodzieżowej reprezentacji Polski i wyróżniającym się piłkarzem młodego pokolenia. Jak każdemu młodemu zdarzają się nierozsądne zachowania, ale dlaczego roztoczono nad nim parasol ochronny?

Bramkarz Jagiellonii w sierpniu 2015 r. znalazł się jedenastce serwisu Transfermarkt składającej się z najdroższych zawodników, którzy mieli wówczas mniej niż 18 lat. Niewątpliwie doceniono, że walnie przyczynił się do wywalczenia przez Jagiellonię 3. miejsca w ekstraklasie. W 29 spotkaniach wpuścił 30 goli i aż dziesięciokrotnie zachował czyste konto. Za sezon 2014/2015 otrzymał dwie statuetki na Gali Ekstraklasy – Bramkarz sezonu i Odkrycie sezonu. W lipcu 2014 r. był wyceniany na 50 tys. euro, a w chwili ogłaszania jedenastki już 2,5 mln euro. Nic więc dziwnego, że media donosiły o zainteresowaniu ze strony np. Chelsea, Juventusu i Beskitasu Stambuł. Niestety emocje brały często górę nad racjonalnym zachowaniem polskiego talentu…

„Pozdrowienia” dla kibiców Legii

W maju 2015 r. podczas meczu grupy mistrzowskiej Legia Warszawa pokonała Jagiellonię 1:0 strzelając bramkę z (podobno kontrowersyjnego) rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Bramkarz Jagiellonii już na boisku kipiał złością i agresją. Po końcowym gwizdku najpierw ruszył w kierunku sędziego, ale został powstrzymany, a później pokazywał „fucki” kibicom gospodarzy:

Drągowski_pozdrawia_kibiców_Legii

Bartłomiej Drągowski „pozdrawia” kibiców Legii – maj 2015 r.

Źródło: legia. com za weszlo.com.

Trzy tygodnie później Drągowski został ukarany przez Komisję Ligi Ekstraklasy SA grzywną w wysokości 10 tysięcy złotych, a mógł zostać nawet zdyskwalifikowany. Prawie rok później, w lutym 2016 r. Drągowski przyjechał z Jagiellonią na stadion Legii. Przed meczem trochę prowokował mówiąc: „Myślę, że zostanę w Warszawie ładnie przywitany przez kibiców gospodarzy i też się muszę z nimi ładnie przywitać.” (cyt. za: legionisci.com). Nie było mu to jednak w głowie. „Jaga” przegrała 0:4, a trybuny śpiewały: „Ile wypuściłeś? Hej, Drążek, ile wpuściłeś?”.

Agresja wobec rezerwowego

Po porażce z Lechią Gdańsk (0:3) w październiku 2015 r. Drągowski miał pretensje do siedzącego na ławce 21-letniego lewego obrońcę Jonatana Strusa. Drągowski wykonał ruch głową w kierunku obrońcy, jakby chciał go uderzyć, albo raczej nastraszyć. Sytuację załagodzili koledzy z drużyny. Portal weszlo.com kpił, że „Drążek” miał pretensje, że Straus nie pokrył, zawalił, tylko zapomniał, że ten nie grał.

Palce w pośladki rywala

W grudniu 2015 r. w meczu Jagiellonia – Górnik Zabrze (2:3) Drągowski „skierował swoje palce w stronę pośladków Szymona Skrzypczaka, napastnika gości” (cyt. za: slask.sport.pl). Znany śląski dziennikarz Paweł Czado pisał o tej sytuacji: „Preferencje seksualne Drągowskiego mnie nie interesują, to wyłącznie tylko jego sprawa. Uważam jednak, że nie powinien ich demonstrować podczas gry w piłkę nożną, na oczach tysięcy ludzi.” (cyt. za: slask.sport.pl).

Drągowski_i_pośladki_Skrzypczaka

Bartłomiej Drągowski i Szymon Skrzypczak – grudzień 2015 r.

Źródło: futbolfejs.pl.

Drągowski niespodziewanie za swoje oburzające zachowanie uniknął kary! Zbigniew Mrowiec, szef Komisji Ligi, wyjaśnił na łamach „Sportu”: „Naszym zdaniem, zawodnik Jagiellonii uszczypnął zawodnika Górnika w pośladek. Nie dopatrzyliśmy się przekroczenia granic nietykalności cielesnej w takim stopniu, który by wymagał naszej reakcji. Zresztą, po zachowaniu bramkarza można przypuszczać, że podobne "uszczypliwości" w ferworze walki obaj panowie czynili sobie w tym meczu wielokrotnie.” (cyt. za: slask.sport.pl). Co więcej, za bramkarzem „Jagi” wstawił się poszkodowany! Szymon Skrzypczak powiedział w wywiadzie dla weszlo.com: Szczerze mówiąc… ja dopiero później zczaiłem się, o co chodzi. Podczas meczu nic nie czułem, to było bardziej muśnięcie. Wszystko wynikło z tego, że niby mu przeszkadzałem. Ja normalnie stałem i blokowałem. A potem wyszła z tego taka afera. Chciał mnie uszczypać, ale przez rękawice nawet nie był w stanie tego zrobić tak, żebym cokolwiek poczuł. Pewnie chciał mnie sprowokować, żebym mu odwinął albo coś.”.

Być może Drągowski zapatrzył się na Chilijczyka Gonzalo Jarę, który w ćwierćfinale Copa America 2016 włożył palec między pośladki Urugwajczyka Edinsona Cavaniego? Sędzia nie zauważył zdarzenia, ale Jara został ukarany dyskwalifikacją do końca turnieju, zaś Christian Heidel, dyrektor sportowy FSV Mainz, w którym grał Jara, zapowiedział surowe konsekwencje.

Symulowanie w Gdańsku

Kwintesencja skandalicznych zachowań Drągowskiego przyszła w marcu 2016 r. W meczu Lechia Gdańsk – Jagiellonia (5:1) „w 63. minucie położył się na murawie z powodu rzekomego trafienia przedmiotem z trybun” (cyt. za: trójmiasto.sport.pl). Z trybuny zajmowanej przez kibiców gospodarzy został rzucony jakiś drobny przedmiot, prawdopodobnie zapalniczka, który upadł kilka metrów obok Drągowskiego. Bramkarz Jagiellonii, złapał się za łokieć, padł na murawę i zwijał się z bólu. Niewiele to pomogło. Jagiellonia przegrywała wówczas 1:3, a gdy skończyło się pajacowanie „Drążka” Milos Krasić pewnie wykorzystał jedenastkę. Drągowski zaliczył fatalny występ i nie chodzi tylko o symulowanie w opisanej sytuacji. „Przegląd Sportowy” przyznał notę 2 (katastrofalnie) w dziesięciostopniowej skali wskazując, że źle zachował się przy trzecim golu, kłócił się z sędziami, odstawił cyrk przy rzucie karnymi i prowokował kibiców Lechii.

Drągowski_symuluje_w_Gdańsku

Bartłomiej Drągowski symuluje w Gdańsku – marzec 2016 r.

Źródło: weszlo.com.

Bramkarz Jagiellonii wypowiadał się po meczu następująco: „Nie wiem, czym zostałem trafiony, ale nie było to mocne uderzenie. Był rzut karny i chciałem wytrącić Krasicia z równowagi.” (cyt. za: weszlo.com). „Nie ukrywam, że trochę śmiesznie to wyszło i na dobrą sprawę mogłem całą sytuację rozegrać inaczej. Było to kompletnie niepotrzebne. Mogłem nie padać i nie pajacować, ale w trakcie meczu człowiek nie myśli i działa pod wpływem chwili (…) Kibice rzucili zapalniczkę i to ich wina. Ja mogłem to wykorzystać.” (cyt. za: trójmiasto.sport.pl). Weszło komentowało sytuację dosyć jednoznacznie: „Drągowski po raz kolejny udowadnia, że w jego głowie hula wiatr o wiele silniejszy, niż ten który położył go dziś na murawie. To żenujące udawanie, że ręka jest złamana, ta prośba o zmianę, ta rozmowa z Probierzem. Naprawdę, to było tak przykre, tak idiotyczne, tak groteskowe, że czekaliśmy aż Drągowski sam się ze wstydu zapadnie pod ziemię. Niestety, nie zrobił tego, a sądzimy, że chłop dalej będzie brnął w ten idiotyzm.” (cyt. za: weszlo.com)

Po meczu z Lechią, trener Jagiellonii – Michał Probierz wydał oświadczenie, w którym poinformował, że symulowanie kontuzji przez Drągowskiego było jego pomysłem (!!!). W wywiadzie dla weszlo.com trener Probierz starał się tłumaczyć wszystkie zachowania „Drążka” mówiąc, że w ostatnim czasie wiele wydarzyło się w jego życiu. „Sam widziałem, że odbiła mu woda sodowa i rozmawiałem z nim o tym. Pamiętajmy, że to chłopak z 97. Rocznika. Nie jeden starszy nie poradziłby sobie z taką otoczką, a co dopiero taki młody. Powinniśmy go czasem chronić (…) Uważam, że Bartek jest cały czas w ryzach”. Probierz tłumaczy bramkarza wiekiem mówiąc, że w wieku 18 lat nierealnym jest kontrolowanie emocji, a piłkarz zbiera doświadczenia życiowe.

Za bronienie utalentowanego bramkarza zabrał się także Cezary Kulesza, prezes Jagiellonii, który powiedział: „Bartek to bardzo grzeczny i ułożony chłopak. Ja czytając różne informacje, że mam z nim problemy i z powodu jego charakteru nie mogę go upilnować, jestem w szoku. Jak można takie rzeczy o nim pisać, skoro to jest nieprawdą? Nigdy nie było z nim żadnych problemów wychowawczych.” (cyt.: eurosport.onet.pl).

Podsumowanie

Utalentowany bramkarz niewątpliwie ma problem z trzymaniem nerwów na wodzy, ale przykład idzie z góry, bo powiedzieć, że trener Michał Probierz jest ekspresyjny, to mało powiedzieć. Dodatkowo, może liczyć na specjalne traktowanie przez władze klubu i Komisję Ligi, chyba tylko dlatego, że jest utalentowany. Problem w tym, że w ten sposób można mu zrobić tylko krzywdę, bo jeśli dalej będzie przyzwolenie na jego głupie zachowania, to aż strach pomyśleć, co będzie później... i może dobrze się stało, że latem 2016 r. Drągowski przeniósł się do Florencji za 3,2 mln euro. Przynajmniej decydenci nie będą musieli chować głowy w piasek przy kolejnych „popisach” bramkarza. A może Drągowski na obczyźnie oprócz umiejętności czysto piłkarskich, poprawi również umiejętność zachowania „chłodnej głowy”.

 

Źródła: własne, weszlo.com, przegladsportowy.pl, sport.pl, slask.sport.pl, trojmiasto.sport.pl eurosport.onet.pl, legionisci.com, legia.com, 90minut.pl. M. Wąsowski, Nerwy Drągowskiego, „Przegląd Sportowy” z dnia 5 października 2015 r., s. 11. P. Wiśniewski, Zmiennicy Piotra Nowaka zagrali na piątkę, „Przegląd Sportowy” z dnia 7 marca 2016 r., s. 6-7.

niedziela, 21 maja 2017
Białostocka fabryka transferów

W ostatnich latach Jagiellonia Białystok stała się klubem, z którego przed rozpoczęciem sezonu odchodzą kluczowi i wyróżniający się piłkarze. Zmieniają się trenerzy, kibice i piłkarze, a „Jaga” zarabia na transferach.

Jagiellonia nie osiąga zbyt wielu sukcesów, ale stale zarabia na transferach. Klub, który nie jest tak medialny i rozpoznawalny, jak Legia, Lech, czy Wisła w ostatnich latach do perfekcji opanował sztukę promowania mniej znanych piłkarzy i sprzedawania ich (głownie) zagranicę. Duża w tym zasługa Michała Probierza, ale przyznać trzeba, że kolejni trenerzy otrzymywali i otrzymują w Białymstoku dużą swobodę we wprowadzaniu do składu nowych piłkarzy, a zwłaszcza młodych i dobrze rokujących wychowanków.  Oczywiście Jagiellonii jeszcze daleko do transferowego rozmachu Legii, czy Lecha, ale w Białymstoku trudniej o wypromowanie piłkarzy. Jagiellonia albo nie grała w pucharach wcale, albo grała przez chwilę, dlatego tym bardziej należy docenić umiejętność transferowania kolejnych piłkarzy, zwłaszcza przy niewielkim  budżecie i dużo mniejszych możliwościach finansowych niż Legia i Lech.

20 spośród 23 najdroższych, czyli opiewających na najwyższą kwotę, transferów z Jagiellonii zostało przeprowadzone po sezonie 2006/2007. To właśnie w tym sezonie Jagiellonia awansowała do ekstraklasy, w której gra nieprzerwalnie. Łatwo więc dojść do wniosku, że awans do ekstraklasy zwiększył przychody Jagiellonii z tytuły transferów.

Herb_Jagiellonii_Białustok_ligapolska.net

Źródło: ligapolska.net.

Od sezonu 2015/2016 „Jaga” przeprowadziła aż pięć z czołowej „dziesiątki” najdroższych transferów z klubu. Przyniosły one zysk w kwocie 5,9 mln euro, podczas gdy transfery tej „dziesiątki” przyniosły łącznie 10,9 mln euro. Jak więc widać najdroższe transfery są przeprowadzane w ostatnim czasie. Dzieje się tak dlatego, że „Jaga” gra całkiem niezłą piłkę.

Nie może więc dziwić, że zimą 2017 r., gdy na transfer do Białegostoku zdecydował się Ziggy Gordon, to powiedział: „Wiem też, że Jagiellonia jest takim klubem, w którym piłkarze często robią duże postępy i wskakują na wyższy poziom. To dobre miejsce, żeby się wypromować (…)” (cyt. za: sportowefakty.wp.pl).

 

Najdroższe transfery z Jagiellonii Białystok (stan na dzień 21 maja 2017 r.):

  1. Bartłomiej Drągowski – 2016/2017, AC Fiorentina, 3,2 mln euro.
  2. Grzegorz Sandomierski – 2011/2012, Genk, 1,9 mln euro.
  3. Patryk Tuszyński – 2015/2016, Rizespor, 1 mln euro.
  4. Maciej Makuszewski – 2012/2013, Terek Grozny, 1 mln euro
  5. Kamil Grosicki – 2010/2011, Sivasspor, 900 tys. euro
  6. Dani Quintana – 2014/2015, Al. Ahli, 700 tys. euro.
  7. Michał Pazdan – 2015/2016, Legia, 700 tys. euro.
  8. Maciej Gajos – 2015/2016, Lech, 500 tys. euro.
  9. Tomasz Kupisz – 2013/2014, Chievo Verona, 500 tys. euro.
  10. Nika Dżalamidze – 2015/2016, Rizespor, 500 tys. euro

 

Źródła: własne, transfermarkt.pl, weszlo.com, ligapolska.net.

niedziela, 14 maja 2017
„Polski” zaciąg w APOEL Nikozja

Latem 2015 r. APOEL Nikozja sprowadził bezpośrednio z polskiej ligi trzech piłkarzy – Mateusza Piątkowskiego, Inakiego Astiza i Semira Stilicia. W sumie to nic nowego, bo APOEL sprowadził już wcześniej wielu piłkarzy z polskiej ligi, ale nie zdarzyło się, aby w jednym okienku transferowym sprowadził trzech z ekstraklasy. Jak zaprezentowali się w sezonie 2015/2016?

Po latach rozpasania i sprowadzania byłych gwiazd europejskiej piłki, w APOELu wprowadzono trochę oszczędności. Pensje gwiazdorów nie zawsze są wysokie, ale też władze klubu starają się szukać doświadczonych, acz tanich piłkarzy. Nic więc dziwnego, że wszyscy trzej piłkarzy, którzy zasilili APOEL z polskiej ligi byli wolnymi zawodnikami. Wszystkim trzem skończyły się kontrakty – hiszpańskiemu obrońcy Inakiemu Astizowi z Legią, bośniackiemu pomocnikowi Semirowi Stiliciowi z Wisłą Kraków, a napastnikowi Mateuszowi Piątkowskiemu z Jagiellonią Białystok.

Inaki_Astiz_w_APOEL_Nikozja

Inaki Astiz po podpisaniu kontraktu z APOEL Nikozja.

Źródło: legionisci.com.

Co ciekawe, już wcześniej w APOELu wystąpiło dziesięciu piłkarzy, którzy wcześniej wystąpili w polskiej lidze – Kamil Kosowski (44 ligowe mecze / 5 bramek), Marcin Żewłakow (43/14), Jean Paulista (Portugalia, 26/3), Roman Oreszczuk (Rosja, 23/5), Wojciech Kowalczyk (16/3), Dudu Biton (Izrael, 13/6), Jarosław Popiela (12/0), Bartłomiej Jamróz (4/0), Adrian Sikora (3/2), Ivan Udarević (Chorwacja, 3/1). Dodatkowo, w kadrze APOELu był jeszcze bramkarz Andrzej Krzyształowicz. Nie wszyscy wymienieni piłkarze trafili do cypryjskiego klubu bezpośrednio z polskiej ligi, ale wszyscy mieli za sobą grę w polskiej ekstraklasie. W odwrotnym kierunku podążyło tylko trzech piłkarzy, przy czym tylko jeden przeszedł do Polski bezpośrednio z APOELU, ale jaki! Portugalczyk Helio Pinto przez siedem sezonów rozegrał w APOELu 189 ligowych meczów, w których zdobył 16 bramek. W tym czasie wywalczył 4 mistrzostwa, 1 puchar i 3 superpuchary Cypru. Stawkę uzupełniają dwaj Macedończycy – Ivan Trickovski (Macedonia, 50/17) i Aleksandar Todorovski (3/0).

Semir_Stilić_w_APOEL_Nikozja

Semir Stilić po podpisaniu kontraktu z APOEL Nikozja.

Źródło: apoelfc.com.cy.

Wracając do trójki piłkarzy z ekstraklasy, to sezon 2015/2016 nie był dla nich zbyt udany. APOEL nie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów; wyeliminował macedoński FK Vardar Skopje (0:0, 1:1) i duński FC Midtjylland (2:1, 0:1), ale przegrał z kazachskim FK Astana (0:1, 1:1), przeciwko któremu bramkę zdobył Semir Stilić. W grupie Ligi Europy, APOEL nie sprostał Schalke 04 Gelsenkirchen (0:3, 0:1), Sparcie Praga (0:2, 1:3) i Asterasowi Tripolis (2:1, 0:2). Całe szczęście APOEL obronił mistrzostwo Cypru, ale udział „ekstraklasowej trójki” w tym sukcesie nie był znaczący. Stilić rozegrał 16 meczy i zdobył 3 gole, aczkolwiek z reguły grywał tzw. „ogony”. Astiz rozegrał 16 meczów, najczęściej w pełnym wymiarze czasowym. Piątkowski, jak na napastnika, raczej zawiódł. W 14 ligowych meczach zdobył tylko jedną bramkę.

Mateusz_Piątkowski_w_APOEL_Nikozja

Mateusz Piątkowski podczas składania podpisu pod kontraktem z APOEL Nikozja.

Źródło: futbolplus.pl.

W sezonie 2016/2017 wszyscy trzej wymienieni piłkarze pozostawali w kadrze APOEL, ale grał tylko Astiz. Stilić rozwiązał kontrakt już we wrześniu 2016 r., a na początku 2017 r. związał się z klubem, który po raz kolejny wyciągnął do niego pomocną dłoń, czyli z Wisłą Kraków. Piątkowski został zesłany do tamtejszego „klubu kokosa” i postanowił walczyć o swoje pieniądze w FIFA. Podobnie jak Stilić na początku 2017 r. podpisał kontrakt z Wisłą, tyle że Płock. Jak widać przygoda trzech piłkarzy z ekstraklasy z cypryjskim klubem raczej nie była udana.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, transfermarkt.pl, legionisci.com, apoelfc.com.cy, futbolplus.pl.

niedziela, 14 sierpnia 2016
Polskie transfery last minute

Ostatni dzień okienka transferowego przynosił gorączkowe godziny w wielu klubach, jak również redakcjach sportowych gazet i serwisów internetowych. W ostatnich dniach, a nawet w ostatnich godzinach każdego sierpnia było i ciekawie i nerwowo, ale w Polsce jakoś spokojnie. W tym roku to się zmieniło. Przeprowadzonych zostało wiele transferów między polskimi klubami, jak również z udziałem polskich piłkarzy za granicą.

Na pierwszy plan wysuwają się transfery polskich piłkarzy z udziałem włoskich klubów. Przede wszystkim Jakub Błaszczykowski zamienił Borussię Dortmund na Fiorentinę. Dwaj Polacy z Sampdorii Genua zmienili kluby. Bartosz Salamon na zasadzie transferu definitywnego przeszedł do występującego w Serie „B” Cagliari, a Paweł Wszołek został wypożyczony z opcją pierwokupu do Hellas Verona. Poza włoskim kierunkiem dwa transfery były związane z klubami niemieckimi. Bramkarz Łukasz Załuska, z którym Celtic Glasgow nie przedłużył kontraktu związał się z beniaminkiem Bundesligi, czyli Darmstadt. Dodatkowo, jeden z polskich piłkarzy wrócił do kraju. Sławomir Peszko przeszedł z FC Koeln do Lechii Gdańsk.

Jakub_Błaszczykowski_z_koszulką_Fiorentiny

Jakub Błaszczykowski z koszulką Fiorentiny.

Źródło: gazzettaworld.gazzetta.it.

Skoro o Lechii Gdańsk mowa, to jeśli chodzi o transfery w Polsce, to „Lechiści” byli najbardziej aktywni spośród polskich klubów. Wypożyczyli serbskiego obrońcę Nikolę Lekovicia do Partizana Belgrad, Bartłomieja Pawłowskiego do Korony Kielce, a Adama Dźwigałę do Górnika Zabrze. Lechia sprowadził dwóch pomocników – Aleksandra Kovacevicia z Crveny Zvezdy Belgrad i Michała Chrapka (ostatnio Calcio Catania). Niewiele brakowało, żeby Damian Łukasik został wypożyczony do portugalskiej Vitorii de Setubal. Dwa bardzo ciekawe transfery przeprowadziła Jagiellonia Białystok, bo z jednej strony sprzedała Macieja Gajosa, co było kwestią czasu, zwłaszcza, że poważne zainteresowanie wykazywały dwa najlepsze polskie kluby. Ostatecznie za kwotę 400 tys. euro Gajos trafił do Lecha Poznań. W jego miejsce „Jaga” sprowadziła z Górnika Łęczna reprezentanta Litwy – Fedora Cernycha. Polską ekstraklasę opuścił natomiast wyróżniający się Słowak – Robert Pich, który za 350 tys. euro (według sport.pl) trafił do 2. Bundesligi do 1. FC Kaiserslautern, gdzie dołączył do Mateusza Klicha, Kacpra Przybyłko, znanego z Lechii Gdańsk Antonio Colaka i zakontraktowanego ledwie kilka godzin wcześniej Marcusa Piosska (SC Preussen Munster 06).

Maciej_Gajos_z_koszulką_Lecha_Poznań

Maciej Gajos prezentuje koszulkę Lecha Poznań.

Źródło: esktraklasa.net.

Ciekawie było też w I lidze. Sylwester Patejuk zamienił ekstraklasowe Podbeskidzie Bielsko-Biała na Zawiszę Bydgoszcz, a dwaj piłkarze, którzy rozwiązali kontrakty z klubami ekstraklasy dołączyli do I ligi. Bartosz Iwan (wcześniej Górnik Zabrze) został piłkarzem GKS Katowice, a Adrian Paluchowski (wcześniej Termalika Bruk-Bet Nieciecza) Zagłębia Sosnowiec.

Wspomnieć należy o kilku interesujących transferach, które miały miejsce w ciągu kilku ostatnich dni sierpnia, ale nie były transferami ostatniego dnia. Absolutnym hitem było zakontraktowanie przez Lechię Gdańsk chorwackiego pomocnika – Milosa Krasicia, który w ostatnich latach notuje spadek po równi pochyłej. Ludovic Obraniak po powrocie do Werderu Brema z wypożyczenia do Rizesporu, znalazł nowego pracodawcę w postaci Maccabi Hajfa. Legia ściągnęła z Lechii bośniackiego pomocnika – Stojana Vranjesa i rozwiązała kontrakt z niechcianym Henrikiem Ojamaą. Były piłkarzy klubu z Warszawy – Wladimir Dwaliszwili, po rozwiązaniu kontraktu z duńskim Odense BK, zakotwiczył w Pogoni Szczecin. Portowców opuścił natomiast utalentowany Dominik Kun i przeniósł się do pierwszoligowej Wisły Płock. Poza tym, Górnik Zabrze zasilił bułgarski obrońca Paweł Widenow, który kiedyś grał w Zagłębiu Lubin, a ostatnio w Serie „B” w Trapani Calcio.

Koniec tegorocznego okienka transferowego w Polsce był niezwykle ciekawy, ale wydaje się, że polskie kluby dopiero uczą się przeprowadzania transferów „last minute”. Inna sprawa, że wiele klubów czeka na piłkarzy, którzy nigdzie nie znajdą zatrudnienia i są do wzięcia bez kwoty odstępnego. Ciekawe które kluby skorzystają na takiej promocji?

 

Źródła: własne, 90minut.pl, sport.pl, weszlo.com, transfermarkt.pl, polskapilka24.pl, gazzettaworld.gazzetta.it, esktraklasa.net.

niedziela, 17 lipca 2016
Weryfikacje

W czwartek, 23 lipca 2015 r. nastąpiła szybka weryfikacja polskich klubów pod kątem ich zdolności do gry w europejskich pucharach. Na etapie II rundy eliminacyjnej Ligi Europy swój udział z europejskimi rozgrywkami zakończyła Jagiellonia Białystok i Śląsk Wrocław. Pozostała tylko Legia Warszawa i Lech Poznań, który uczestniczy w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Przyznać jednak trzeba, że Jagiellonia i Śląsk wylosowały najtrudniejszych rywali spośród wszystkich z jakimi zmierzyły się polskie kluby w tej edycji europejskich pucharów. Czy to zarzut wobec Lecha i Legii? Nie. Oba najlepsze polskie kluby w ostatnich trzech latach zapracowały sobie na handicap w postaci rozstawienia w początkowych rundach, wcześniejszymi korzystniejszymi występami. Ranking nie wziął się znikąd. „Kolejorz” i „wojskowi” kiedyś byli w podobnej sytuacji, jak „Jaga” i WKS, tylko wyeliminowały silniejszych rywali. Jeśli chodzi o ostatnie pięć lat, które liczy się do rankingu, to Lech zagrał w fazie grupowej Ligi Europy eliminując Dnipro Dnieporopietrowsk i tocząc niesamowite boje z „The Citizens”, Juventusem i Salzburgiem. Legia zagrała jeszcze lepiej, bo w ostatnich czterech sezonach aż trzy razy grała w grupie LE. Drogę do rankingu na miarę pierwszej setki UEFA utorowały jej wyjazdowe zwycięstwa z Gaziantepsporem i sensacyjne ze Spartakiem Moskwa.

„Jaga” i Śląsk odpadły, ale wstydu nie przyniosły odpadając po walce. Z drugiej jednak strony oba kluby w czterech meczach nie odniosły zwycięstwa odnosząc bilans dwóch remisów i dwóch porażek. Co więcej, oba kluby nie strzeliły gola i to już powinno martwić.

IFK_Goeteborg_-_Śląsk_Wrocław_(2:0)_2015

IFK Goeteborg – Śląsk Wrocław (2:0)

Źródło: dolnoslaskie.naszemiasto.pl.

Łączny bilans polskich klubów w tym dniu w pucharach był całkiem niezły – osiem zwycięstw, dwa remisy i dwie porażki, przy bilansie bramkowym 20:4. Tyle tylko, że dwa kluby już odpadły… „W III rundzie eliminacji Ligi Europy zagra tylko Legia. To najmniej, odkąd w 2009 roku LE zastąpiła Puchar UEFA, a do fazy grupowej wiodą cztery rundy.” (cyt. za: sport.pl)

Czy coś może cieszyć? Oczywiście, że tak. Nie chodzi o optymizm i wcześniejsze stwierdzenie, że „Jaga” i WKS wstydu nie przyniosły. Obie drużyny w dwóch pierwszych rundach, podobnie zresztą jak Lech i Legia w swoich występach, wygrały wszystkie mecze. To jest ważne, ponieważ do współczynnika krajowego (federacji) liczy się każdy wynik, a więc każde zwycięstwo nawet w I i II rundzie eliminacji. „Dlatego ciułanie punkcików, mecz za meczem, nawet gdy awans wydaje się pewny, jest bardzo ważne (…) Każdy najmniejszy punkt może być na wagę złota. Niekoniecznie tego samego dnia, niekoniecznie za rok, ale za trzy lata może okazać się decydujący.” (cyt. za: sport.pl). Stąd wyjazdowe zwycięstwa Jagiellonii z Kruoją Pakruojis i Śląska z NK Celje nabierają większego znaczenia. Może kiedyś zabraknie tych małych punktów, aby drugi polski klub wystąpił w eliminacjach Ligi Europy? Tak samo, jak w sezonie 2003/2004 w rankingu UEFA zabrakło Polsce do tego osiągnięcia choćby remisu Groclinu Grodzisk Wielkopolski w dwumeczu z Bordeaux.

 

Źródła: własne, sport.pl, legionisci.com, 90minut.pl, dolnoslaskie.naszemiasto.pl.

wtorek, 29 grudnia 2015
Histeria po meczu Legia – Jagiellonia

W środę 20 maja 2015 r. w meczu 33. kolejki T-Mobile Ekstraklasy 2014/2015, Legia pokonała Jagiellonię 1:0 po bramce zdobytej przez Orlando Sa w ósmej minucie doliczonego czasu gry. Reakcja piłkarzy i sztabu szkoleniowego Jagiellonii, a także dziennikarzy, komentatorów i kibiców przypominała zbiorową histerię.

Faktem jest, że sędzia Paweł Gil z Lublina podjął dwie kontrowersyjne decyzje. Najpierw nie podyktował rzutu karnego, gdy Bartosz Bereszyński zahaczył (?) w polu karnym Przemysława Frankowskiego, a po chwili podyktował rzut karny dla Legii, gdy piłka po dośrodkowaniu Łukasza Brozia trafiła w rękę Giorgi Popchadze.

W pierwszej sytuacji nawet trudno powiedzieć, czy był kontakt nóg obu piłkarzy, a nawet jeśli był, to raczej minimalny. Jeśli chodzi o drugą sytuację to niewątpliwie piłka trafiła w rękę piłkarza Jagiellonii. Sędzia mógł podjąć decyzję o rzucie karnym i tak ocenił sytuację, że ją podjął. Tak długo jak długo nie będzie precyzyjnych przepisów odnośnie zagrania ręką w polu karnym, zwłaszcza w sytuacjach, gdy nie są to ewidentnie celowe zachowania, tak długo będą one budziły kontrowersje.

Ręka_G.Popchadze_w_meczu_Legia_-_Jagiellonia

Piłka po zagraniu Łukasza Brozia ewidentnie trafia w rękę Giorgi Popchadze.

Źródło: legionisci.com.

Niewątpliwie wpływ na ocenę sędziego miał fakt, że decyzje zostały podjęte w doliczonym czasie gry, a oba kluby liczyły się w walce o mistrzostwo Polski. Zresztą piłkarz gości Michał Pazdan podkreślał, że najbardziej szkoda, że decyzja była w ostatniej minucie. Żal i goryczy uniemożliwiły realną ocenę zdarzeń na boisku i sprawiły, że media w poszukiwaniu taniej sensacji manipulowały faktami i nakręcały kibiców na myślenie o skandalu. Pisanie przez Mateusza Borka o „piłkarskim Smoleńsku” było mocną przesadą.

Media rozdmuchały sprawę do niebotycznych rozmiarów, bo przez ostatnie lata, gdy Legia zdobywała sukcesy, trendy stały się poważanie sukcesów Legii i wskazywanie, że stoją za nimi błędy sędziów. Media krzykliwie i sensacyjnie epatowały tytułami o skandalu i kontrowersjach.

Przykładowo, Prezes PZPN Zbigniew Boniek wnioskował o natychmiastowe zawieszenie Pawła Gila i Piotra Sadczuka. Media podchwyciły tą informację i podawały jako tytuły w swoich publikacjach, a dopiero w tekście była bardzo ważna informacja. Boniek rzeczywiście wnioskował o zawieszenie sędziów, ale nie dlatego, że popełnili błędy, tylko dlatego, że chciał dać mi spokój na wyjaśnienie podjętych przez nich decyzji.

Poza tym, sędzia doliczył do regulaminowego czasu gry aż osiem minut i to stało się pożywką dla hejtów o sprzyjaniu Legii. Nie wszystkie media zechciały zauważyć, że doliczony czas gry wynikał przede wszystkim z faktu, że w drugiej połowie, około 79. minuty meczu kibice Legii odpalili race i zadymili boisko.

Wracając jeszcze do wydarzeń na boisku, to po ostatnim  gwizdku sędziego działo się jeszcze sporo. Piłkarze Jagiellonii pobiegli w kierunku sędziego Gila. Najbardziej awanturował się Bartłomiej Drągowski. 17-letni golkiper gości, gdyby nie interwencja piłkarzy Legii i sztabu szkoleniowego Jagiellonii, pewnie szukałby siłowych argumentów w „rozmowie z sędzią”. Co więcej, pokazywał kibicom środkowe palce, czym dopuścił się zniewagi niegodnej sportowca. Waldemar Gojtkowski, rzecznik Ekstraklasy SA powiedział: „Jeśli zajmie się tą sprawą [Komisja Ligi – przyp. autor bloga], werdykt powinna wydać w środę.” (cyt. za: eurosportonet.pl). Komisja zajęła się sprawą, ale odwlekała decyzję  obawiając się kolejnych chorych zarzutów o sprzyjanie Legii. W końcu po zakończeniu sezonu podjęła śmieszną decyzję o karze finansowej w wysokości 10 tys. zł, choć zgodnie z regulaminem mogła (a powinna?) zdyskwalifikować młodego bramkarza.

Zachowanie_B.Drągowskiego_wobec_kibiców_Legii

Bartłomiej Drągowski znieważa kibiców Legii.

Źródło: legionisci.com.

Igors Tarasovs kopnął w mikrofon Canal+, który trafił w rzeczniczkę Legii Izabelę Kuś. Miał też w stosunku do niej użyć wulgarnych słów, choć ostatecznie nie zostało to potwierdzone. Zachowanie łotewskiego obrońcy było niewłaściwe, ale niewłaściwie zachowywał się także pauzujący z powodu kontuzji Jakub Kosecki, który chciał wyciągnąć z szatni piłkarza „Jagi” mówiąc: „Dawać mi k…. tego z długimi włosami.” (cyt. za: eurosportonet.pl). Poirytowani piłkarze gości wyładowali swoją złość na drzwiach do szatni.

Swoje dołożył także trener gości, choć wydawało się, że ze sztabu Jagiellonii jest najbardziej rozsądny próbując odciągnąć po meczu swoich piłkarzy od sędziego, aby uniknąć kolejnych kar. Później na konferencji prasowej Probierz powiedział jednak: „Przyjadę do domu i sobie whisky Pier….., tylko mi tyle zostało.” (cyt. za: sport.pl). Później powiedział: „dalej zastanawiamy się, jaki to wszystko ma sens? Co jeszcze mogę zrobić, żeby wygrać?”. Trener wskazywał, że Jagiellonia jest drużyną, na niekorzyść której najczęściej mylą się sędziowie. Probierz, podobnie jak część dziennikarzy sugerował, choć niezbyt wyraźnie, że jest jakaś zmowa przeciwko Jagiellonii.

Poza tym, zarzucił Henningowi Bergowi, że naruszył zasady etyki trenerskiej, bo ośmielił się powiedzieć, że Legia w tym meczu była lepsza i powinna wygrać 4:1, a decyzje sędziego były słuszne, choć sytuacje trudne do oceny. Probierz zasugerował, że przeciwko Legii karnych się nie gwiżdże – „Ciekawe, jak on by się zachował gdyby dostał tego karnego? Ale wiadomo, że on się w takiej sytuacji nie znajdzie.” (cyt. za: sport.pl). Berg miał rację w swojej wypowiedzi, bo Legia rzeczywiście była lepsza w tym meczu, choć to oczywiście nie jest uzasadnieniem do podyktowania wątpliwego rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Legia częściej była w posiadaniu piłki (59% - 41%), oddała więcej strzałów (14:13), więcej celnych strzałów (10:4) i częściej wykonywała rzutu rożne (13:2; statystyki za: legionisci.com). Jagiellonia miała swoją szansę, gdy w 55. minucie Rafał Grzyb mając przed sobą pustą bramkę trafił w słupek. O tym jednak nikt już nie pamiętał, bo „sędzia wypaczył wynik meczu”…

Najbardziej niepohamowany w słowach był jednak Sebastian Madera. W pomeczowej wypowiedzi dla Canal+ powiedział: „Nie może być, że w Poznaniu, k…., tracimy bramkę ze spalonego i ustawiają [sędziowie – red.] nam mecz. Tutaj przyjeżdżamy i gwiżdżą przeciwko nam. Już któryś mecz z rzędu, to nie jest pierwszy raz. Pracujemy na boisku, jeździmy te kilometry, żeby wygrywać mecze, k…., a oni cały czas zasrani na tym boisku ci sędziowie. Nie może tak być k….” (cyt. za: bialystok.sport.pl). Bartłomiej Dąbrowski był niewiele lepszy mówiąc: „sędzia po raz któryś ustawia nam wynik” (cyt. za: przegladsportowy.pl).

Odkładając kontrowersje na bok należy zastanowić się, jak uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.

„Przegląd Sportowy” wykazał nieprofesjonalne podejście PZPN do tak ważnego meczu, istotnego w kontekście walki o mistrzostwo Polski: „(…) asystentem liniowym był arbiter, który w ubiegłym miesiącu nie zaliczył testów wytrzymałościowych (…) W kwietniu na testach w Spale sędziowie zaliczali bieg interwałowy na dziesięć okrążeń. Sadczuk bardzo się starał, ale nie dał rady, zszedł w połowie dystansu (…) w roli sędziego technicznego akurat teraz wystąpiła Monika Mularczyk. Starcie na ligowym szczycie to nie jest dobra okazja na takie eksperymenty (…) PZPN musi robić wszystko, by popełnianie błędów było maksymalnie utrudnione.” (cyt. za: przegladsportowy.pl).

Media (choć nie wszystkie) zatraciły w tej sprawie obiektywizm i wpisały się w ogólną niechęć do Legii i sugerowanie, że sędziowie gwiżdżą „pod Legię”, pozwalając de facto na takie wypowiedzi ze strony piłkarzy i działaczy innych klubów. Błędy błędami. Będą się zdarzać. Gorsze jednak, że PZPN sam sobie utrudnia sprawę podejmując decyzje, które skutkują kontrowersjami i poczuciem pokrzywdzenia przez niektóre kluby.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, eurosport.onet.pl, bialystok.sport.pl, legia.sport.pl, sport.pl, przegladsportowy.pl, weszlo.com,  legionisci.com, jegiellonia.pl, sportowe fakty.pl.

niedziela, 16 marca 2014
Przerwany mecz Legii i Jagiellonii. Chuligani triumfują.

Rozgrywany w niedzielę 2 marca 2014 r. mecz piłkarskiej ekstraklasy między Legią Warszawa a Jagiellonią Białystok został rozwiązany w przerwie meczu z powodu bijatyki między kibicami obu drużyn.

Wstyd, hańba, złość i niedowierzanie – to myśli i słowa, które krążyły w głowie po zamieszkach i decyzji Biura Bezpieczeństwa miasta stołecznego Warszawy o rozwiązaniu imprezy masowej. Zastanawianie się nad tym, „kto zaczął” nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Żadnego. Tak samo jak sugerowanie przez strony internetowe kibiców Legii, że decyzja o rozwiązaniu meczu była „pochopna”. Nie. Nie była.

Pełną odpowiedzialność za to, co się wydarzyło ponosi organizator meczu, czyli Legia Warszawa, a dokładniej jej prezes, współwłaściciel i sojusznik „kibiców”, czyli Bogusław Leśnodorski. To, co się stało w meczu z Jagiellonią może nie było kwestią czasu, ale było konsekwencją działań podjętych przez Pana Prezesa. To prawda, że popularny „Leśny” zrobił dużo dla klubu z Warszawy. Zaprezentował innym model zarządzania klubem i w przeciwieństwie do ITI od początku swojej prezesury rozpoczął dialog z „kibicami” Legii. Były sukcesy sportowe (dublet, awans do Ligi Europy), były sukcesy medialne i finansowe. Legia do tego sezonu przystąpiła z rekordowym budżetem, który w kolejnych latach ma jeszcze wzrastać. Tyle tylko, że Pan Prezes na zbyt wiele pozwalał kibicom, wspierał ich, tłumaczył, a sam, mimo że jest prawnikiem, zaczął lobbować za odpalaniem rac na stadionach. Mocno krytykował Jacka Kozłowskiego, wojewodę mazowieckiego, ale teraz to wojewoda może powiedzieć: „a nie mówiłem”. Problem Pana Prezesa polegał na tym, że pozwalał kibicom na zbyt wiele, a oni od rozpoczęcia sezonu w mniejszy lub większy sposób sprawdzali co mogą zrobić. Podczas meczu z Koroną Kielce zaprezentowali rabowisko i pokaz sztucznych ogni, ale Pan Prezes nie wyciągnął z tych wydarzeń żadnych wniosków.

2014.03.02_Legia_-_Jagiellonia_(1)

Dzisiaj Pan Prezes jest zdziwiony zachowaniem kibiców. Dzisiaj mówi, że nie wie, jak to się stało, że kibice wnieśli flagi na stadion, nie wie, że flagi są tak ważne dla kibiców. A jeszcze niedawno przekonywał, że z flagą „Wild Boys” jest wszystko dobrze, bo od kilkunastu lat jest używana przez kibiców. Tak, tylko że najistotniejszy element został na niej zmieniony w lutym zeszłego roku. Prezes nie wiedział, nie rozumiał, zaprzeczał. Klasyka. Pozwolił „kibicom” na przeniesienie się na trybunę południową, gdy UEFA zamknęła Żyletę na mecz ze Steauą. I nie oszukujmy się, że nie wiedział o planowanej choreografii, czyli o „sektorówce” i racach. Teraz pozwolił im zasiąść na trybunie wschodniej, choć zapewnia, że nie była to zorganizowana akacja. Może i zorganizowana z udziałem klubu, to nie była, ale klub zgodził się na rozmieszczenie na tej trybunie „sektorówki” uniemożliwiając części kibiców (także posiadaczom karnetów) na obejrzenie meczu na ich miejscach.

Nowi właściciele Legii zachowują się trochę tak, jak dziecko, które dostało supernowoczesną i bardzo drogą zabawkę, ale nie wie, jak się nią bawić, więc sprawdza metodą prób i błędów. Legia zawiodła w meczu z Jagiellonią jako organizator. Od wejścia na trybunę wschodnią było wiadomo, że „coś się święci”. W końcu tzw. „kibice” Legii mieli znacznie bliższy i łatwiejszy dystans do pokonania do swoich „przyjaciół” z Białegostoku. Prezes Leśnodorski i jego współpracownicy w ogóle o tym nie pomyśleli. Nie wzmocniono zabezpieczeń, a ochrona w trakcie bójki zachowywała się tak, żeby tylko nie przeszkadzać kibolom Legii, co więcej przez kilka minut, gdy widać było, że lada chwila dojdzie do konfrontacji „kibiców” obu drużyn, nie działo się nic. Osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwio na stadionie chyba czekały, że „kibice” Legii odstąpią od szturmu sektora zajmowanego przez fanów z Białegostoku. Ochrona tylko patrzyła…

2014.03.02_Legia_-_Jagiellonia_(2)

Po wydarzeniach z meczu z Jagiellonią Pan Prezes zawiódł. Zupełnie nie przygotował się do obrony swojego klubu. Co z tego, że powiedział dobrze nam znane formułki, że to się nie powinno stać. Zapowiedział tylko nałożenie kilkudziesięciu zakazów stadionowych i nic konkretnego ponadto. W jego wypowiedziach zabrakło przeprosin, szczerej skruchy i przyznania, że pozwolił kibicom na zbyt wiele. Niektórzy nazywają rzecz po imieniu i mówią, że Pan Prezes poszedł z kibicami na „układ”, a oni w pierwszą niedzielę marca potwierdzili, że z bandytami i przestępcami się nie negocjuje i nie współpracuje. Znane powiedzenie mówi, że „dać dziecku palec, to weźmie całą rękę”, a Pan Prezes wyciągnął do kibiców dłoń, to po roku odrąbali mu ją aż przy barku…

Wizerunkowo i finansowo Legia ogromnie straci, ale czytając wpisy w internecie, to dla „zadymiarzy” i ich popleczników nie ma to, żadnego znaczenia. Po pierwsze, dla nich Legia mogłaby grać i w czwartej lidze, a po drugie są dumni z tego, że przy Łazienkowskiej nie ma takiej atmosfery, jak na stadionach w Anglii, czy Hiszpanii. W swojej bezczelności potrafili nawet skrytykować legendę klubu – Lucjana Brychczego, który w oficjalnym komunikacie potępił zachowania tzw. „kibiców”. Kiedyś myślałem, że różnimy się z „zadymiarzami” wartościami, które wyznajemy, ale zmieniam zdanie. Oni nie mają wartości.

2014.03.02_Legia_-_Jagiellonia_(3)

Zamiast drugiej połowy stadion opustoszał…

Najbardziej smutna refleksja jest taka, że przegrał sport, skoro piłkarze zostali ukaranie brakiem możliwości rozegrania drugiej połowy meczu. Ukarani zostali także normalni kibice, bo dodatkowo Komisja Ligi zdecydowała o zamknięciu stadionu na szlagierowy mecz z Wisłą Kraków. Przykro zauważyć, że jest dokładnie tak samo, jak w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia i w latach następnych. Jest rozróba, są kary, „mądre głowy” radzą, ale nic z tego nie wynika, choć wszyscy zapowiadaj ą konieczność zmian. Później następna rozróba i scenariusz zachowań jest powtarzany. Problem w tym, że lata płyną, zmieniają się ludzie – piłkarze, prezesi, kibice, ale także stadiony, ale wzorce kulturowe pozostają bez zmian.

poniedziałek, 04 czerwca 2012
Legia nie chce mistrzostwa

W rozegranym w niedzielę 29 kwietnia 2012 r. meczu 28. kolejki T-Mobile Ekstraklasy prowadząca w tabeli Legia tylko zremisowała z Jagiellonią Białystok 1:1 (0:0). Legioniści utrzymali się jeszcze na prowadzeniu, ale Śląsk Wrocław zrównał się z Legią punktami, zaś Ruch Chorzów traci zaledwie jeden punkt.

Tuż po pierwszym gwizdku sędziego Dawida Piaseckiego kibice gospodarzy rzucili serpentyny na boisko i zaprezentowali oprawę w podziękowaniu za zdobycie Pucharu Polski. Sędzia został zmuszony do przerwania meczu na około sześć minut, które być może wybiły gospodarzy z rytmu, bowiem zupełnie nie przypominali drużyny, która zaledwie kilka dni wcześniej zagrała świetny mecz w Kielcach i demolując Ruch Chorzów sięgnęła po piętnasty w historii klubu Puchar Polski. W meczu z Jagiellonią piłkarzom Legii daleko było od pucharowej dyspozycji. Dlaczego tak się stało? Wygląda na to, że świetna gra w meczu finałowym była… wypadkiem przy pracy!

2012.04.29_Legia_-_Jagiellonia_(1)

Pierwszą groźną akcję w tym meczu przeprowadziła nie Legia, która podobno walczyła o mistrzostwo Polski, tylko goście. W 10 min. Maciej Makuszewski sprytnie podciął piłkę w środkowej strefie boiska nad atakującym wślizgiem Michałem Żewłakowem. Następnie pobiegł w kierunku pola karnego, ale nie zdecydował się na podanie, legioniści wrócili, a jego zagranie do Tomasza Frankowskiego było na tyle niecelne, że przeciął je Iñaki Astiz. „Chwilę potem dogodną okazję mogła mieć Legia, ale Miroslav Radović stracił piłkę przed polem karnym po bardzo dobrym podaniu Danijela Ljuboji.” (cyt. za: 90minut.pl). W 14 min. znowu groźnie zaatakowała Jagiellonia. Frankowski biegał na linii spalonego, ale w trzymaniu linii ofsajdu przysnął Jakub Wawrzyniak i podanie Marcina Burkhardta sprawiło, że Frankowski mógł znaleźć się w doskonałej sytuacji. Tak się jednak nie stało, bo trudności w opanowaniu piłki sprawiły, że dogonił go Żewłakow, a strzał Frankowskiego był bardzo niecelny. „W 18. minucie gospodarze oddali pierwszy strzał na bramkę rywali. Radović wycofał piłkę przed pole karne do Ivicy Vrdoljaka, który uderzył obok bramki.” (cyt. za: 90minut.pl).

Legioniści grali tak, jakby w ogóle nie zależało im na mistrzostwie. Dowodem na to, że drużyna nie jest przygotowana na tytuł i nie ma pomysłu na grę, było bezsensowne i bezproduktywne podawanie piłki na własnej połowie między Żewłakowem a Astizem, które z reguły kończyło się wycofaniem piłki do Dusana Kuciaka. Z kolei bohater z Kielc – Michał Żyro grał tak, że boisko było dla niego zbyt wąskie i co rusz tracił piłkę tuż przy linii bocznej, albo piłka uciekała mu poza boisko. Janusz Gol z kolei sprawiał wrażenia jakby wszedł na boisko, żeby sobie „troszkę” pobiegać, żeby nie napisać, że „pohasać”. Tak grała Legia, która na własne mistrzostwo traciła tytuł, który od kilku tygodni pozostałe drużyny wciskały jej na siłę, tyle że legioniści tego tytułu nie chcieli a trener Skorża nie wiedział co ma zrobić, żeby poprawić grę, a przede wszystkim skuteczność. W 36. min. Radović podał do Michała Kucharczyka, który z narożnika pola karnego strzelił wysoko nad bramką Grzegorza Sandomierskiego. „Najlepszą okazję do zdobycia bramki w pierwszej połowie miała Legia w doliczonym czasie gry. Z rzutu rożnego dośrodkował Michał Żyro, a Ljuboja uderzył głową nad poprzeczką.” (cyt. za: 90minut.pl). „Ljubo”, ku uciesze Wojtka Kowalczyka, po raz kolejny potwierdził, że nie potrafi grać głową i nie zmienią tego gole zdobywane z Ruchem na wyjeździe i Hapoelem Tel Awiw u siebie.

2012.04.29_Legia_-_Jagiellonia_(2)

W drugiej połowie działo się o wiele więcej, ale Legia i tak zawiodła grając chwilami nieporadnie i jak ma to w zwyczaju za trenera Skorży „bijąc głową w mur”. „W 47. minucie Ljuboja dośrodkował z prawej strony w pole karne, Michał Kucharczyk zagrał głową do Janusza Gola, który jednak poślizgnął się i nie zdołał oddać strzału na bramkę.” (cyt. za: 90minut.pl). Sześć minut później Żyro zagrał piłkę po podaniu Astiza wzdłuż linii pięciu metrów (nie wiadomo, czy strzelał, czy próbował podawać do Ljuboji), a Sandomierski dla świętego spokoju wybił piłkę nogą.

Gdyby wydawało się, że gospodarze budują swoją przewagę na boisku gola niespodziewanie zdobyła Jagiellonia. W kontrataku Frankowski dograł piłkę do Luki Pejovicia, który dośrodkował z trudnej pozycji, a Frankowski wbiegł między Astiza i Wawrzyniaka i strzelił głową nad Kuciakiem! Najmniejszy piłkarz na boisku zdobył gola, mimo że (nie licząc Kuciaka) Legia miała przewagę w polu karnym – pięciu piłkarzy na trzech Jagiellonii. Co więcej był to pierwszy w historii gol Jagiellonii zdobyty przy Łazienkowskiej. Wprawdzie dwa lata temu Thiago Rangel strzelił Legii gola w Warszawie, ale Legia czyniła wtedy honory gospodarza przy Konwiktorskiej.

Odpowiedź Legii była niemalże natychmiastowa. W 63 min. Ljuboja wykonywał rzut wolny z dwudziestu czterech metrów po faulu na nim samym. Uderzył piłkę lewą nogą tuż przy lewym słupku bramki strzeżonej przez Sandomierskiego. Legia wyrównała, a Ljuboja (co symptomatyczne) zanim zaczął cieszyć się z kolegami pobiegł wyściskać się z Maciejem Skorżą. Czyżby nie ufał kolegom?

2012.04.29_Legia_-_Jagiellonia_(3)

Po tej bramce wydawało się, że Legia pójdzie za ciosem, ale tak się nie stało. Przez niemal kolejne dziesięć minut gospodarzy nie było stać na przeprowadzenie żadnej składnej akcji. Dopiero „W 72. minucie legioniści oddali drugi celny strzał na bramkę białostoczan. W pole karne wbiegł Artur Jędrzejczyk i silnie uderzył lewą nogą, ale Sandomierski zdołał sparować piłkę na rzut rożny.” (cyt. za: 90minut.pl). Kilkadziesiąt sekund później Tomasz Kupisz wymienił podania z Makuszewskim, który podał w pole karne do Dawida Plizgi, który z kolei natychmiast strzelił, ale Kuciak fantastycznie rzucił się w jego kierunku i odbył piłkę (po prawdzie, to Plizga trafił piłką w Kuciaka). Dobitka Rafała Grzyba z dwudziestu metrów była fatalna, a piłka przeleciała kilka metrów od bramki gospodarzy.

Dopiero w ostatnim kwadransie Legia zagrała z taką zawziętością, jaką kibice oczekiwali od niej od pierwszego gwizdka sędziego. Piętnaście minut to było jednak za mało, aby wygrać mecz z ambitną i waleczną Jagiellonią. „W 77. minucie Ljuboja dośrodkował w pole karne do Radovicia, który uderzył głową nad poprzeczką.” (cyt. za: 90minut.pl). Sześć minut później po zagraniu Ljuboji w pole karne Radović wycofał piłkę głową do nabiegającego Ismaela Blanco, któremu przy przyjęciu piłka odskoczyła i uderzył ją jeden z obrońców tak, że Sandomierski z trudem wybył ją na rzut rożny. W 84 min. Gol podał do Nacho Novo, który z sześciu metrów (z narożnika pola bramkowego) strzelił prosto w Sandomierskiego! Niemoc, a właściwie fatalna skuteczność Legii dalej trwała, bo w 87. minucie Blanco stojąc na jedenastym metrze przejął piłkę po strzale Gola i strzelił lewą nogą w środek bramki a Sandomierski wybił piłkę nogami. W 89.minucie drugą żółtą kartkę otrzymał Pejović i opuścił boisko, ale Legii nie starczyło już czasu, aby wykorzystać przewagę jednego gracza.

Novo i Blanco w kolejnym już meczu dochodzili do sytuacji bramkowych i nie potrafili ich wykorzystać. Nie chce się wierzyć, że ci piłkarze (z sukcesami!!!) reprezentowali barwy odpowiednio Glasgow Rangers i AEK Ateny. O ile Blanco we wcześniejszych meczach, albo nie dostawał podań albo skakał do wysokich piłek, o tyle w tym meczu mógł się wykazać jako skuteczny strzelec, ale tego nie zrobił.

Legioniści chyba jednak zlekceważyli Jagiellonię i ponieśli za to karę w postaci poważnego utrudnienia w walce o tytuł mistrzowski. Martwiło jednak, że piłkarze cały czas mówili, że są liderami i są w grze…

 

29 kwietnia 2012, godz. 17:00 – Warszawa (Stadion Wojska Polskiego / Pepsi Arena)

28. kolejka T-Mobile Ekstraklasy 2011/2012

Legia Warszawa 1-1 Jagiellonia Białystok 

Bramki: Danijel Ljuboja (63 min. z rzutu wolnego) – Tomasz Frankowski (61 min.) 

Legia: 12. Dušan Kuciak – 2. Artur Jędrzejczyk, 6. Michał Żewłakow, 15. Iñaki Astiz, 14. Jakub Wawrzyniak – 18. Michał Kucharczyk (69 min., 9. Nacho Novo), 21. Ivica Vrdoljak, 5. Janusz Gol, 32. Miroslav Radović, 33. Michał Żyro (81 min., 22. Ismael Blanco) – 28. Danijel Ljuboja.

Trener: Maciej Skorża.

Jagiellonia: 12. Grzegorz Sandomierski – 17. Alexis Norambuena, 24. Tomasz Porębski, 15. Thiago Rangel, 16. Luka Pejović – 8. Tomasz Kupisz, 22. Rafał Grzyb, 5. Tomasz Bandrowski, 10. Marcin Burkhardt (69 min., 6. Dawid Plizga), 7. Maciej Makuszewski (90 min., 25. Robert Arzumanjan) – 21. Tomasz Frankowski (65 min., 11. Nika Dzalamidze).

Trener: Tomasz Hajto.

żółte kartki: Novo (90 + 4 min. – niesportowe zachowanie) – Grzyb, Pejović (45 + 1 min. – faul), Norambuena (86 min. – niesportowe zachowanie), Makuszewski (90 min. – niesportowe zachowanie), Sandomierski (90 + 2 min. – gra na czas), Thiago Rangel (90 + 4 min. – niesportowe zachowanie).

czerwona kartka: Luka Pejović (89 min., za drugą żółtą).

sędziował: Dawid Piasecki (Słupsk) jako główny oraz Wierzbowski i Cwalina.

widzów: 22.528.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, ekstraklasa.tv, sport.pl i „Przegląd Sportowy” z dnia 30 kwietnia – 1 maja 2012 r., s. 15-16.

sobota, 08 stycznia 2011
Nagrody za 2010 r.

Tradycyjnie postanowiłem dokonać podsumowania minionego roku w polskiej piłce nożnej, choć przyznam, że rok 2010 był wyjątkowy. Z jednej strony reprezentacja grała w sparingach wyjątkowo słabo, a z drugiej słaby w lidze poznański Lech był bliski wygrania grupy Ligi Europy. Do tego doszła niezwykle wyrównana rywalizacja w ekstraklasie. Nieoczekiwanym liderem została Jagiellonia, a przez znaczną część jesieni potentaci znajdowali się w drugiej połówce ligowej tabeli. Oprócz tego zainaugurowano długotrwały proces otwierania nowych stadionów, a jak się okazało nowe stadiony spowodowały, że wreszcie coś drgnęło w polskiej kopanej.

Piłkarz roku – JAKUB BŁASZCZYKOWSKI

Wprawdzie „Kuba” narzekał na swoje jesienne występy w Bundeslidze, które przypieczętował fatalnym pudłem w meczu z Freiburgiem, to jednak był najlepszym polskim piłkarzem w minionym roku. Stanowi mocny punkt pewnie zmierzającej po mistrzostwo Borussii, a dobre występy w Bundeslidze przeplatał świetnymi meczami w reprezentacji, jak np. z Bułgarią, czy USA. Zdecydowanie najlepszy, choć w jego przypadku można spokojnie powiedzieć, że nie pokazał pełni swoich możliwości.

Jakub_Błaszczykowski

Zdjęcie pochodzi z serwisu epilka.pl.

Obcokrajowiec roku – MANUEL ARBOLEDA

Kolumbijczyk był jedynym piłkarzem, który wysoki poziom utrzymał przez obie rundy, choć ciekawe, jak zaprezentowaliby się jesienią Jan Mucha i Iljan Micanski, gdyby nie odeszli do zagranicznych klubów. Arboleda błysnął swoją nieustępliwością zarówno w Polsce, jak i Lidze Europy. Może czasami jest zbyt impulsywny, i niestety symuluje, ale spośród wszystkich obcokrajowców w ekstraklasie jest zdecydowanie najlepszy. Z drugiej jednak strony w tym roku, o ile zostanie w Polsce, o powtórzenie sukcesu będzie niezwykle trudno, bo latem pojawiło się w Polsce kilku ciekawych zawodników, jak Artjoms Rudnevs, Ivica Vrdoljak, Cristian Diaz Abdou Razack Traoré czy Deleu. Dodatkowo rośnie forma Darvydasa Sernasa i choćby Semira Stilicia, czy Sergieja Kriwca. Arboleda podpisał gwiazdorski kontrakt w Lechu i zamierza grać przy Bułgarskiej najlepiej jak potrafi.

Manuel_Arboleda

Zdjęcie pochodzi z serwisu sport.pl.

Odkrycie roku – PRZEMYSŁAW TYTOŃ

Gdy wydawało się, że polski golkiper popadł w głębokie rezerwy Rody Kerkrade jego talent nagle eksplodował. Wiosną rozegrał w barwach „Dumy Południa” 16 meczy w eredivisie. Na jesieni rozegrał w 18 meczy, w których puścił 24 bramki. Należał do najlepszych piłkarzy Rody, która zajmuje sensacyjne 5. miejsce. Tytoń ma duże umiejętności, co potwierdził na holenderskich boiska. Dodatkowo jest doskonałym przykładem na to, że systematyczną pracą i cierpliwością można sporo osiągnąć, co w przypadku Polaka grającego zagranicą wydawało się wprost niemożliwe. Dobra gra Tytonia nie uszła uwadze innych holenderskich klubów, a także Franza Smudy, u którego Tytoń zagrał już cztery razy. Tytoń, czyli „Polak potrafi!”.

Przemysław_Tytoń

Zdjęcie pochodzi ze strony newshopper.sulekha.com.

Trener roku – MICHAŁ PROBIERZ

Trenerem roku powinien zostać Jacek Zieliński, czyli człowiek, który doprowadził Lecha do Mistrzostwa Polski i miał spory udział w awansie do kolejnej fazy Ligi Europy. Rysą na jego osiągnięciach kładzie się jednak fatalna dyspozycja Lecha w rundzie jesiennej obecnego sezonu i potwierdzone zarzuty korupcyjne. Potwierdzone, bo sam Zieliński przyznał się do nich. Wprawdzie wina musi zostać udowodniona a w przedmiotowej sprawie nie było jeszcze postępowania sądowego, nie zamierzam wyróżniać i chwalić kogokolwiek, kto ma poważne zarzuty korupcyjne. Będąc zagorzałym przeciwnikiem korupcji, nie wyobrażam sobie nie tylko jakiejkolwiek nagrody, ale również wykonywania zawodu trenera przez wspomnianego już Zielińskiego, Wdowczyka czy Wąsikiewicza.

Trochę z powodu wyjątkowych okoliczności na nagrodę trenera roku, moim zdaniem, zasłużył Michał Probierz. Zrobił „coś z niczego”. Budując drużynę wokół Grosickiego i Frankowskiego zapewnił jej spokojne utrzymanie w minionym sezonie, mimo kary minus 10 punktów, a później doprowadził ją do zdobycia Pucharu Polski i mistrza jesieni 2010 r. Ten młody i ambitny, o czym było już dawno wiadomo, wykonuje dobrą „robotę”, za którą należy mu się wyróżnienie.

Michał_Probierz

Zdjęcie pochodzi z serwisu sports.pl.

Drużyna roku – LECH POZNAŃ

Niewątpliwie najlepszą drużyną wiosny był Lech Poznań, który we wspaniałym stylu, choć przy pomocy Mariusza Jopa, sięgnął po Mistrzostwo Polski 2010 r. Druga część roku była dla „Kolejorza” znacznie gorsza. Lechici w słabym stylu odpadli z eliminacji Ligi Mistrzów z przeciętną Spartą Praga, zaliczając wcześniej sensacyjną porażkę z Interem Baku. Później podnieśli się eliminując Dnipro Dniepropietrowsk w walce o fazę grupową Ligi Europy. W rozgrywkach ligowych spisywali się fatalnie, ale znakomity występ w Lidze Europy i awans do fazy pucharowej w połączeniu z Mistrzostwem Polski 2010 r. spowodował, że najlepszą drużyną roku można uznać tylko poznańskiego Lecha! Mecze Lecha z Juventusem, Manchesterem City i Red Bullem Salzburg na długo zapadną w pamięci kibiców, zresztą nie tylko Lecha. „Kolejorz” dzielnie broni polskiego honoru na arenie międzynarodowej i jest na dobrej drodze do regularnego występowania w fazie grupowej Ligi Europy.

Lech_Poznań_-_Mistrz_Polski_2010

Zdjęcie pochodzi z serwisu sport.interia.pl.

Specjalne wyróżnienie – MARCIN WASILEWSKI

Za spektakularny powrót do zdrowia i wyczynowego uprawniania sportu. Wprawdzie było wiadomo, że popularny „Wasyl” zaciśnie zęby i wcześniej, czy później wróci do sportu, to jego postawa zasługuje na wyróżnienie. Polak nie przejmował się rehabilitacją, długotrwałą absencją, zapowiedziami o nieprzedłużeniu kontraktu i szukaniu przez Anderlecht jego następcy. Robił swoje i wrócił w wielkim stylu stając się kluczowym graczem formacji defensywnej „Fiołków”.

Marcin_Wasilewski_i_Axel_Witsel

„Wasyl” ze swoim „oprawcą” Axelem Witselem.

Zdjęcie pochodzi z serwisu sport.interia.pl.

 

Nagrodzonym gratuluję i życzę powtórzenia sukcesu w Nowym Roku 2011.

sobota, 20 listopada 2010
Legia ograła lidera

W rozegranym 6 listopada 2010 r. meczu 12. kolejki piłkarskiej ekstraklasy Legia pokonała przy Łazienkowskiej lidera tabeli – Jagiellonię Białystok 2:0 (1:0) i zwiększyła do czterech liczbę kolejnych zwycięstw, a wliczając w to pucharową potyczkę ze Śląskiem – do pięciu.

Mecz był całkiem niezłym widowiskiem prowadzonym w szybkim tempie. Legia miała przewagę w tym meczu. Stworzyła więcej sytuacji do strzelenia gola, ale przyznać trzeba, że goście, jak na lidera przystało zaprezentowali się bardzo dobrze i przy odrobienie szczęścia mogli wrócić z Warszawy z punktem.

Legia - Jagiellonia

Za chwilę sędzia Paweł Gil gwizdnie po raz pierwszy.

Przed meczem trener Legii – Maciej Skorża powiedział, że chodzi o to, aby podpuścić rywala a następnie to wykorzystać. Jeśli taka była taktyka, to gospodarze przesadzili z nią, bo goście po prostu stłamsili Legię, nie pozwalając jej na wyjście z własnej połowy. Już w 2 min. Marcin Burkhardt ograł Inakiego Astiza, ale jego odważną szarżę przerwał Marcin Komorowski. Napór gości przyniósł efekt już w 14 min., gdy po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Marcina Burkhardta głową strzelił Thiago Rangel „Cionek”, Kostiantyn Machnowskyj z trudem odbił piłkę a trzech legionistów tak wybijało piłkę z pola bramkowego, że Andrius Skerla skierował ją do bramki. Sędzia nie uznał jednak gola wskazując, że Tomasz Frankowski znajdował się na pozycji spalonej. Wprawdzie nie oddał strzału, ale stał tuż przed bramkarzem Legii i absorbował jego uwagę. Legia wyciągnęła jednak wnioski z tego ostrzeżenia i ruszyła do przodu zacieśniając szeregi w obronie.

Groźnie z zza pola karnego, ale tylko obok słupka strzelał Ariel Borysiuk. W odpowiedzi w 25 min. bardzo mocno strzelił Frankowski, a Machnowskyj odbił piłkę przed siebie. Niedługo później goście wykonywali rzut z autu na wysokości własnego pola karnego. Manu przeciął głową wrzutkę. Kucharczyk zagrał do Szałachowskiego, a ten wpuścił Miroslava Radovica w uliczkę prowadzącą do bramki Sandomierskiego. Radović, mimo że miał blisko siebie obrońcę, mógł dokładnie przymierzyć, jednak huknął Panu Bogu w okno. W 33 min. Legia przeprowadziła składną akcję. Borysiuk zagrał w pole karne do Sebastiana Szałachowskiego, które cofnął piłkę do znajdującego się przed polem karnym Ivicy Vrdoljaka. Chorwat zdecydował się na mocny strzał pod poprzeczkę, ale Grzegorz Sandomierski z trudem odbił piłkę. W 43 min. miała miejsce kluczowa akacja dla losów meczu. Tomasz Kiełbowicz dośrodkował z rzutu rożnego a naciskany przez Vrdoljaka, Skerla skierował piłkę do własnej bramki po uderzeniu głową.

Atakuje_Jagiellonia

Wrzutka w pole karne Legii. W takich sytuacjach Machnowskyj zachowywał zimną krew.

Ten kto myślał, że bramka do szatni podcięła gościom skrzydła grubo się mylił, bowiem Jagiellonia rozpoczęła drugą połowę, niemalże tak samo, jak pierwszą, czyli mocno zaatakowała. Legioniści chwilami wybijali piłkę na oślep, ale Jagiellonia nie stworzyła groźnej sytuacji. Natomiast Legia atakowała jednak coraz groźniej. W 58 min. Radović zamiast podawać do kolegi z zespołu zdecydował się na ni to starzał ni próbę lobowania Grzegorza Sandomierskiego. W każdym razie bramkarz gości spokojnie złapał lekko uderzoną piłkę. W 68 min. pod dośrodkowaniu Jarosława Lato i zamieszaniu w polu karnym gospodarzy niepilnowany Kamil Grosicki podał piłkę do bramkarza gospodarzy, choć gdyby się przyłożył do strzału to zapewne byłaby bramka. Chwilę później Jakub Rzeźniczak mocno strzelił z ponad 20 metrów, a w piłkę odbitą przez Sandomierskiego nie trafił Maciej Iwański. W 79 min. Radović wbiegł w pole karne gości, a po wycofaniu piłki do Iwańskiego, popularny „Ajwen” trafił tylko w słupek. Jagiellonia miała jeszcze niepowtarzalną szansę na strzelenie bramki w tym meczu, ale Bartłomiej Pawłowski zamiast podawać do nieobstawionego Frankowskiego zdecydował się na strzał, który był podaniem do Machnowskyj’ego. Zresztą tak wyglądały strzały Jagiellonii w drugiej połowie – niezbyt groźne i pewnie wyłapywane przez bramkarza gospodarzy.

W 81 min. stało się pewne, że Legia nie da sobie odebrać zwycięstwa w tym meczu. Rafał Grzyb chciał, no właśnie, co chciał zrobić wie tylko on sam. Prawdopodobnie próbował główkować do własnego bramkarza z połowy boiska. Niefrasobliwość pomocnika gości wykorzystał Iwański, który wyprzedził Grzyba i przejął piłkę mając przed sobą tylko Sandomierskiego. Grzyb pociągnął Iwańskiego za koszulkę za co otrzymał czerwoną kartkę. W czwartej minucie doliczonego czasu gry Sandomierski pobiegł w pole karne Legii, co tylko potwierdza, jak gościom zależało na zdobyciu choćby punktu w tym meczu. Zresztą już wcześniej zapędził się w okolice jedenastki gospodarzy. W dużym zamieszaniu w polu karnym gospodarzy Machnowskyj wypiąstkował piłkę przed siebie po dośrodkowaniu gości. Przejął ją Borysiuk, a Rzeźniczak, choć źle przyjął podanie od swojego kolegi skierował piłkę do bramki pieczętując zwycięstwo wojskowych.

Legia_-_Trybuna_Pólnocna

Piłkarze Legii mogli liczyć na wsparcie swoich kibiców, a zwłaszcza tych zasiadających na Trybunie Północnej, czyli na "Żylecie".

Legia wygrała po niezłym meczu, ale w dalszym ciągu, chyba jak niemalże każda drużyna w naszej ekstraklasie, pozostaje wielką niewiadomą. To, że legioniści odnieśli kolejne zwycięstwo wcale nie oznacza, że nie przegrają trzech następnych meczy. Kluczem do sukcesu legionistów w meczu na szczycie było całkowite wyłączenie dwóch najlepszych zawodników lidera, czyli Frankowskiego i Grosickiego. Dodatkowo Burkhardt zagrał poniżej oczekiwań, zaś Pawłowski wykazał się egoizmem. W Legii oprócz obrońców, wśród których najlepiej prezentował się Astiz, wyróżnić należy środkowych pomocników – Vrdoljaka, Borysiuka i Iwańskiego, choć ten był zdecydowanie najsłabszy. Wracając jeszcze do gości z Białegostoku, to mimo opinii dziennikarzy, że od lidera można oczekiwać więcej, Jagiellonia potwierdziła, że nie przypadkiem została liderem, a swoją drogą zalicza się do grona niewielu klubów, które można policzyć na palcach jednej ręki, a które przyjeżdżają na Łazienkowską prowadzić otwartą grę.

 

6 listopada 2010, 15:45 - Warszawa (Stadion Wojska Polskiego)

Legia Warszawa 2-0 Jagiellonia Białystok

Bramki: Andrius Skerla (44 min. – sam.), Jakub Rzeźniczak (90+4 min.)

Legia: 55. Kostiantyn Machnowskyj - 25. Jakub Rzeźniczak, 15. Iñaki Astiz Ventura, 17. Marcin Komorowski, 11. Tomasz Kiełbowicz - 9. Manú (90, 2. Artur Jędrzejczyk), 16. Ariel Borysiuk, 21. Ivica Vrdoljak, 32. Miroslav Radović, 20. Sebastian Szałachowski (66, 8. Maciej Iwański) - 18. Michał Kucharczyk (88, 80. Bruno Mezenga).

Jagiellonia: 12. Grzegorz Sandomierski - 24. Tadas Kijanskas, 5. Andrius Skerla, 15. Thiago Rangel, 17. Alexis Patricio Norambuena Ruz (42, 8. Tomasz Kupisz) - 10. Kamil Grosicki (76, 18. Bartłomiej Pawłowski), 11. Hermes, 22. Rafał Grzyb, 23. Marcin Burkhardt (62, 7. Franck Leopold Essomba Tchoungui), 13. Jarosław Lato - 21. Tomasz Frankowski.

żółte kartki: Rzeźniczak (76 min.), Machnowskyj (90 min.) – Kijanskas (55 min.), Thiago Rangel „Cionek” (69 min.), Kupisz (90 min.).

czerwona kartka: Grzyb (81. min., Jagiellonia, za faul).

sędziował: Paweł Gil (Lublin).

widzów: 21 963.

 

Dane statystyczne na podstawie serwisów: 90minut.pl i gazeta.pl.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi