Wpisy z tagiem: Lechia Gdańsk

sobota, 04 listopada 2017
Rzadko się zdarza

Przez polską ekstraklasę przewinęło się wielu zagranicznych trenerów. Niewielu miało jednak znane w Europie nazwisko i CV, a jeszcze mniej było takich, którzy po pracy w Polsce znaleźli lepsze miejsce zatrudnienia. To się naprawdę rzadko zdarza, a tymczasem Stanisław Czerczesow, po zakończeniu współpracy z Legią został selekcjonerem reprezentacji Rosji! Zostało to ogłoszone 11 sierpnia 2016 r.

Czerczesow podobno miał oferty ze Spartaka Moskwa, Lokomotiwu Moskwa i Red Bull Salzburg. Ostatecznie jednak został trenerem Sbornej, co po pracy w Legii, należy uznać za spory awans i docenienie pracy, którą wykonał w Polsce.

Czerczesow_(Legia)_podczas_konferencji_prasowej

Stanisław Czerczesow podczas konferencji prasowej jako trener Legii Warszawa.

Źródło: legia.net.

Czerczesow_(Rosja)_podczas_konferencji_prasowej

Stanisław Czerczesow podczas konferencji prasowej jako selekcjoner Sbornej.

Źródło: sport.tvp.pl.

Lepsze miejsca pracy pod względem prestiżu i poziomu gry (a nie finansowym!), po przygodzie z ekstraklasą znalazło tylko pięciu trenerów. Wspomniany Czerczesow, Dan Petrescu, Frantisek Straka, Rivardo Moniz i następca Czerczesowa w Legii, czyli Besnik Hasi.

Dan Petrescu miał niewielkie doświadczenie (Sportul Studentesc, Rapid Bukareszt), gdy trafił pod Wawel, gdzie nie zagrzał zbyt długo miejsca. Później wywalczył z nieistniejącym już klubem Unirea Urziceni – mistrzostwo Rumunii (2009) i awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, co otworzyło mu drogę do kontraktów w Kubaniu Krasnodar, Dynamie Moskwa, Targu Mures, CFR Cluj oraz w klubach z Chn, Kataru i ZEA.

Frantisek Straka, legenda Sparty Praga, po spuszczeniu Arki Gdynia do 1. ligi, co przypłacił płaczem podczas konferencji prasowej objął, choć na krótko, stery w… największym rywalu Sparty, czyli Slavii Praga. Później prowadził znane w Polsce kluby zza południowej granicy, czyli 1. FK Pribam i Slovan Bratysława.

Holender Ricardo Moniz całkiem nieźle spisywał się w roli trenera Lechii Gdańsk, ale z powodów osobistych zrezygnował z kontynuowania współpracy i… odnalazł się w TSV 1860 Monachium. Wprawdzie to klub tylko z 2. Bundesligi, ale o sporym potencjale, zainteresowaniu i prestiżu.

Ostatnim w tym prestiżowym gronie jest Besnik Hasi. Albańczyk zastąpił Czerczesowa na stanowisku trenera Legii i osiągnął historyczny sukces w postaci awansu do Ligi Mistrzów po dwudziestu latach przerwy, jednak o reszcie jego pobytu w Warszawie lepiej nie mówić. W kolejnym sezonie Hasi prowadził Olympiakos Pireus i powtórzyła się sytuacja z Warszawy, czyli awans do Ligi Mistrzów i szybkie zwolnienie.

Ciekawie potoczyły się losy czeskiego szkoleniowca Josefa Csaplara, który po niespodziewanym wywalczeniu z Wisłą Płock Pucharu Polski i Superpucharu w 2006 zapracował sobie na pracę w lepszych klubach czeskiej ligi, czyli Viktorii Żiżkov i Slovanie Liberec. Młodym i utalentowanym trenerem, co udowodnił w NAC Breda był Robert Maaskant, ale później nie było lepiej – Groningen, Dynamo Mińsk, asystent w Columbus Crew, ponownie NAC Breda i Go Ahed Eagles. W 2017 r. zakończył karierę trenera

Portugalczyk Quim Machado miał budować potęgę Lechii, a tymczasem mocno zawiódł. Później pracował w klubach o podobnym, średnim poziomie jak np. Vitoria Setubal, Belenenses. Podobnie wyglądała historia innego portugalskiego trenera Jorge Paixao, który mając doświadczenie w postaci pracy z Estrelą Amadora i Farense objął Zawiszę Bydgoszcz. Później pracował m.in. w Olhanense i znowu w Farense, czyli prowadził kluby o podobnym poziomie sportowym.

Ciekawą grupę stanowią szkoleniowcy, którzy po prowadzeniu polskich ligowców w końcu prowadzili młodzieżowe reprezentacje (U-21). Dragomir Okuka po przygodzie z Legią szkolił serbską młodzieżówkę, z którą dotarł nawet do półfinału mistrzostw Europy (2006). Poza tym pracował bez sukcesów w Omonii Nikozja, Lokomotiwie Sofia, Kavalii i klubach chińskich (wicemistrzostwo Chin i trener roku w 2012). Pavel Hapal po zakończeniu pracy z Zagłębiem Lubin prowadził FK Senica, a później młodzieżową reprezentację Słowacji, z którą wystąpił nawet podczas polskiego UEFA Euro U-21 w 2017 r. Werner Liczka prowadził natomiast po przygodzie z „Czarnymi koszulami” młodzieżową reprezentację Czech, a później Górnika Zabrze, Wisłę Kraków, Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski i dwukrotnie tymczasowo Banika Ostrawa. Znany z Wisły Płock Drażen Besek prowadził reprezentację Chin do lat 23.

Znamiennym jest, że część trenerów (zwłaszcza z Czech i Słowacji) po podjęciu pracy w polskim klubie kontynuuje tutaj karierę i tylko zmienia kluby, albo co jakiś czas wraca do Polski (Bohumil Panik, Libor Pala, Petr Nemec, Jan Kocian, Dusan Radolsky).

Polskie kluby prowadziło kilku trenerów, którzy byli znakomitymi i znanymi w Europie piłkarzami, ale w karierze trenerskiej już się nie popisali, a po zakończeniu przygody z ekstraklasą, nie otrzymali żadnej interesującej oferty. Wyjątkami byli Petrescu, Czerczesow i Straka, ale wspomnianą tendencję potwierdzają Jose Maria Bakero, Henning Berg (po ponad półrocznej przerwie od zwolnienia w Legii objął Videoton), Jan Kocian, Lubos Kubik, Radoslav Latal, Thomas von Heesen, czy legendarny (nie żyjący już) piłkarz i trener Vitesse Arnhem – Theo Bos.

Polskie kluby nie stać jeszcze na zatrudnianie znanych i uznanych trenerów, dlatego pojawiają się raczej znani byli piłkarze, którzy różnie sprawdzają się w roli szkoleniowców. Raczej są na początku swojej trenerskiej kariery, dlatego łatwiej sprowadzić ich do Polski. Niektórzy po przygodzie z ekstraklasą robią jednak postęp, a przykłady Petrescu, czy Czerczesowa muszą napawać optymizmem.

 

Źródła: własne, sport.pl, pl.wikipedia.org, legia.net, sport.tvp.pl. A. Dawidziuk, Czerczesow nie dostał ofert, „Przegląd Sportowy” z dnia 30 maja 2016 r., s. 10.

czwartek, 25 maja 2017
Nie będzie Lotto Lubelskie Cup 2016

Zeszłoroczny turniej zakończył się frekwencyjną porażką, ale organizatorzy nie mieli sobie nic do zarzucenia. Co więcej przekonywali, że kluby chwaliły sobie funkcjonalność obiektu, murawę i boiska treningowe. Przedstawiciel urzędu marszałkowskiego przekonywał natomiast, że impreza na stałe wpisze się w kalendarz wydarzeń promujących Lubelszczyznę. Podkreślano też, że turniej ma duży potencjał, bo… jest duże zapotrzebowanie na futbol w regionie.

To było w 2015 roku, a co się okazało w 2016 r.? Turniej nie został zorganizowany. A jak w sezonie 2015/2016 zaprezentowali się uczestnicy Lotto Lubelskie Cup 2015?

Zwycięzca turnieju, czyli Hannover’96 zaliczył najgorszy sezon spośród wszystkich uczestników turnieju. Niemiecki klub zajął ostatnie – 18. Miejsce w Bundeslidze. W 34 meczach zdobył zaledwie 25 punktów (średnia 0,74), do przedostatniego (także spadkowicza) – VfB Stuttgart stracił 8 punktów, zaś do miejsca barażowego, szesnastego aż jedenaście. To przepaść. Puchar Niemiec (DFB Pokal) także zakończył się niepowodzeniem „Die Roten”. Odpadli już w II rundzie po wyjazdowej porażce 1:2 z SV Darmstadt 98.

Lechia Gdańsk zajęła w Lublinie 2. miejsce, a w lidze zaprezentowała się dużo lepiej niż H96. Lechiści zajęli 5. miejsce w Ekstraklasie, choć po zakończeniu sezonu zasadniczego byli dopiero na 7. miejscu. W 37 meczach zdobyli 52 punkty (średnia 1,41). W Pucharze Polski odpadli w 1/8 finału po wyjazdowej porażce 1:4 z późniejszym zdobywcą Pucharu, czyli Legią Warszawa.

Szachtar Donieck sezon 2015/2016 może uznać za naprawdę udany. Niecałe dwa tygodnie po lubelskim turnieju pokonał w Odessie Dynamo Kijów i sięgnął po Superpuchar Ukrainy. Po drugie trofeum „Górnicy” sięgnęli na zakończenie sezonu, gdy pokonali Zorię Ługańsk 2:0 w finale Pucharu Ukrainy, rozegranym na Arenie Lwów. Jedyne niepowodzenie zaliczyli w lidze, którą ukończyli na drugim miejscu ze stratą siedmiu punktów do Dynama Kijów. Szachtar wywalczył 63 punkty w 25 meczach (średnia 2,52). Dodatkowo, Alex Teixeira został królem strzelców z 23 golami. Drugiego w klasyfikacji strzelców – Andrija Jarmolenkę (Dynamo Kijów) wyprzedził aż o dziesięć trafień.

Szachtar_z_Pucharem_Ukrainy_2015-2016

Piłkarze Szachtara Donieck wywalczyli Puchar Ukrainy 2016.

Źródło: sport.tvp.pl.

W europejskich pucharach Szachtar zaprezentował się ze zmiennym szczęściem. Po wyeliminowaniu Fenerbahce Stambuł (0:0, 3:0) i Rapidu Wiedeń (1:0, 2:2) awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Tam zajął trzecie miejsce, choć w sześciu meczach zdobył tylko trzy punkty, a rywalizował z Realem Madryt (0:4, 3:4), PSG (0:3, 0:2) i Malmo FF (0:1, 4:0). Na wiosnę 2016, Szachtar startował już w fazie pucharowej Ligi Europy, w której wyeliminował Schalke Gelsenkirchen (0:0, 3:0), Anderlecht Bruksela (3:1, 1:0), Sporting Braga (2:1, 4:0) i zatrzymał się dopiero w półfinale na rywalizacji z Sevillą (2:2, 1:3).

AS Monaco zakończyło lubelski turniej na ostatnim miejscu, ale sezon 2015/2016 był dla klubu z malutkiego księstwa naprawdę niezły. Klub zakończył Ligue 1 na trzecim miejscu z dorobkiem 65 punktów w 38 meczach (średnia 1,71). ASM wywalczyło tyle samo punktów, co wicemistrzowie, czyli Olympique Lyon, ale strata do zasilanego katarskimi pieniędzmi PSG wyniosła aż 31 punktów! Rozgrywki w Pucharze Francji (Coupe de France), Monaco zakończyło już na 1/8 finału po wyjazdowej porażce 1:2 z Sochaux. Występy w europejskich pucharach też nie wypadły dla Monaco okazale. Czerwono-biali bezskutecznie rywalizowali o awans do Ligi Mistrzów. Wprawdzie wyeliminowali szwajcarski Young Boys Berno (3:1, 4:0), ale w IV decydującej rundzie eliminacji okazali się gorsi od Valencii (1:3, 2:1). Monaco wystąpiło więc w fazie grupowej Ligi Europy, gdzie rywalizowało z Anderlechtem Bruksela (1:1, 0:2), Tottenhamem Hotspur (1:1, 1:4) i Karabachem Agdam (1:0, 1:1). Zajęło trzeciej miejsce w grupie, co zakończyło przygodę z rozgrywkami europejskimi na jesieni 2015 r.

Przypomnieć trzeba, że przedstawiciel urzędu marszałkowskiego, który na organizację Lotto Lubelskie Cup 2015 wydał prawie milion złotych brutto, powiedział: „(…) jednokrotne wydanie pieniędzy na taką imprezę jest wyrzuceniem kasy w błoto.”. Skoro nie było kontynuacji turnieju, więc wniosek jest taki, że urząd marszałkowski wyrzucił ten milion złotych w błoto.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, pl.soccerway.com, sport.tvp.pl, pl.wikipedia.org, de.wikipedia.org.

sobota, 06 maja 2017
Szkoda Podbeskidzia?

Podbeskidzie Bielsko-Biała przez kilka chwil było w grupie mistrzowskiej Ekstraklasy sezonu 2015/2016, ale na skutek zamieszania proceduralnego, zagrało w grupie spadkowej i z hukiem spadło do I ligi.

Po 30. (ostatniej) kolejce sezonu zasadniczego ekstraklasy 2015/2016 Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów i Podbeskidzie Bielsko-Biała zgromadziły po 38 punktów. Bilans bezpośrednich meczów między klubami ustalał kolejność – Lechia, Ruch i Podbeskidzie, co powodowało, że Ruch grał w grupie mistrzowskiej, a Podbeskidzie w grupie spadkowej.

Wtedy do Lechii… wrócił jeden punkt! Kilka miesięcy wcześniej Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN ukarała Lechię Gdańsk odjęciem jednego punktu za zaległości finansowe. Komisja Odwoławcza podtrzymała decyzję, ale Lechia napisała skargę do Trybunału Arbitrażowego przy PKOl, który wstrzymał wykonanie decyzji. Do Lechii wrócił więc odebrany punkt i Gdańszczanie mieli 39 pkt, zaś Ruch Chorzów i Podbeskidzie po 38 pkt. O wyprzedzeniu Ruchu przez Podbeskidzie decydowała… klasyfikacja Fair Play, która powodowała, że to Ruch miał grać w grupie spadkowej. „Niebiescy” protestowali. Ostatecznie Lechia (chyba po mediacji Zbigniewa Bońka, Prezesa PZPN) wycofała swoją skargę, czyli pogodziła się z utratą punktu. W takim układzie, to Ruch był w grupie mistrzowskiej, a nie Podbeskidzie. Tym razem protestowali „Górale”, ale to już nie miało żadnego znaczenia.

Spadek_Podbeskidzia_2016_(2)

Źródło: radiobielsko.pl.

W grupie spadkowej Podbeskidzie nie wygrało żadnego meczu! Co więcej w siedmiu spotkaniach, w tym czterech u siebie, wywalczyło tylko jeden punkt! Można żałować Podbeskidzia, że było już w grupie mistrzowskiej i przez proceduralne rozgrywki straciło pewne utrzymanie. Z drugiej jednak strony wszystko było w rękach, a raczej w nogach piłkarzy spod Klimczoka, tymczasem, oni w bezpośrednich pojedynkach z rywalami do utrzymania się w ekstraklasie polegli na całej linii i potwierdzili, że nie zasługują na ekstraklasę. Bo przecież w decydujących meczach nie przegrywali z potężnymi (jak na polskie warunki) klubami jak Legia, czy Lech. Nie przegrywali też z rewelacyjnym Piastem Gliwice, tylko grali z tymi, od których podobno byli lepsi.

Spadek_Podbeskidzia_2016_(2)

Źródło: bielskobiala.naszemiasto.pl.

Damian Chmiel, pomocnik Podbeskidzia trafnie podsumował spadek „Górali”: „To co zrobiliśmy wcześniej zasługiwało na szacunek. Podnieśliśmy się po rundzie jesiennej. Zimowaliśmy na ostatnim miejscu, a potem byliśmy bardzo blisko grupy mistrzowskiej. Ale umówmy się, nie byliśmy w niej. Znaleźliśmy się w niej tylko na chwilę, przez zamieszanie, które gdzieś się pojawiło (…) powiedzmy sobie jednak szczerze, jakbyśmy byli drużyną to byśmy się utrzymali (…) nie jestem jeszcze w stanie wytłumaczyć tego spadku (…) życie skarało nas za minimalizm.” (cyt. za: „Przegląd Sportowy”).

Nie czas żałować Podbeskidzia, gdy nie dało piłkarskich argumentów do pozostania w ekstraklasie.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, radiobielsko.pl, bielskobiala.naszemiasto.pl. A. Bugajski, J. Radomski, Liga utknęła w martwym punkcie, „Przegląd Sportowy z dnia 11 kwietnia 2016 r., s. 14-15. To się w pale nie mieści! – wywiad red. M. Treli z Damianem Chmielem, „Przegląd Sportowy” z dnia 12 maja 2016 r., s. 7.

niedziela, 23 kwietnia 2017
Stadion Legii przed meczem z Lechią Gdańsk [Fotorelacja]

W sobotę 2 kwietnia 2016 r. warszawska Legia, lider piłkarskiej ekstraklasy, podejmowała w meczu XXIX kolejki Lechię Gdańsk. Jak wyglądał stadion gospodarzy przed meczem?

Na dwa dni przed meczem nie było już dostępnych biletów, a przynajmniej taką informację podał klub. Na dwie i pół godziny przed meczem przed obiektem „kręciło” się jednak trochę ludzi. Dwie godziny przed meczem na stadion przyjechał prezes i współwłaściciel Legii, czyli Bogusław Leśnodorski. Stadion był jednak jeszcze pusty:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(1)

Wyjątek stanowił sektor zajmowany przez kibiców gości, który stopniowo zapełniał się:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(2)

Jeśli chodzi o kibiców gospodarzy, to trybuna zajmowana przez najzagorzalszych i najgłośniejszych fanów Legii, czyli „Żyleta” była jeszcze pusta, ale widoczne były elementy oprawy przygotowanej na ten mecz:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(3)

Piłkarze Legii przyjechali na stadion klubowym autobusem około półtorej godziny przed rozpoczęciem meczu:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(4)

Na godzinę i 15 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego za bramkami wejściowymi, czyli na terenie stadionu było trochę, dosłownie „trochę” kibiców:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(5)

Na koronie stadionu było niewiele lepiej, choć akurat poniższe zdjęcie prezentuje trybunę zachodnią, na której VIPy pojawiają się w ostatniej chwili:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(6)

Ponad trzy kwadranse przed rozpoczęciem meczu to czas, w którym na rozgrzewkę udali się bramkarze Legii:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(7)

Jakieś dziesięć minut później na murawie pojawili się pozostali piłkarze gospodarzy:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(8)

Niecałe dwadzieścia minut przed początkiem spotkania kibicom ukazała się część przygotowanej przez kibiców Legii oprawy. Nie da się ukryć, że robiła wrażenie:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(9)

Wreszcie nadeszła pora na rozpoczęcie meczu:

2016.04.02_Przed_meczem_Legia_-_Lechia_Gdańsk_(10)

 

Źródło: własne.

sobota, 11 marca 2017
Legijny kompleks Maricia

Marko Marić, dziewiętnastoletni chorwacki bramkarz Lechii Gdańsk zaprezentował się jesienią 2015 r. z bardzo dobrej strony, ale dziwnym trafem trzy poważne błędy popełnił w meczach z warszawską Legią.

Marko Marić dołączył do Lechii latem 2015 r. Wcześniej rozegrał w barwach Rapidu Wiedeń osiem ligowych meczów, z czego siedem w zeszłym sezonie. Bramkarz odmówił podpisania długoletniego transferu z austriackim klubem, dlatego został sprzedany za pół miliona euro do SG 1899 Hoffenheim. Niemiecki klub natychmiast wypożyczył go do „Biało-Zielonych”. „Nie było to niespodzianką, gdyż interesy tego piłkarza reprezentuje Roger Wittmann, który jest m.in. jednym z inwestorów zagranicznych w gdańskim klubie.” (cyt. za: sport.trojmiasto.pl). Marić ma za sobą występy w reprezentacji Austrii U16 oraz reprezentacji Chorwacji U16, U17 i U18, ale do pierwszej jest mu daleko, choć uchodzi za duży talent.

Chorwat wpuścił jesienią 31 goli w 22 meczach (21 ligowych i 1 w Pucharze Polski), ale 7 było dziełem Legii (22,6%). Młody bramkarz prezentował się bardzo solidnie, ale gdy przychodziło do meczów z Legią, zapominał o swoich nie małych już umiejętnościach i przy trzech golach popełnił błędy. Problem w tym, że w żadnym innym meczu nie zdarzyło mu się zaliczyć takich „baboli”.

24 września 2015 r. Legia pokonała Lechię w 1/8 finału Pucharu Polski 4:1, a Marić nie popisał się przy dwóch bramkach. Najpierw, w 24. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego nieporadnie zachował się przy próbie nie tyle łapania, co obserwowania podbitej piłki, którą głową do bramki skierował Aleksandar Prijović. W 62. minucie piłka po strzale Tomasza Brzyskiego z rzutu wolnego trafiła w poprzeczkę i spadła wprost pod nogi Nemanji Nikolicia, który pewnie skierował ją do bramki. Błąd Maricia polegał na tym, że za bardzo wyszedł przed bramkę, co uniemożliwiło mu skuteczną interwencję. Thomas von Heesen, trener Lechii Gdańsk, powiedział na pomeczowej konferencji:Proszę mnie nie pytać o Marko Maricia. Patrząc na to, co dziś robił jestem w szoku i muszę się z tym przespać. To młody zawodnik, chcę porozmawiać z nim w szatni o tym, co się stało i dopiero to komentować.” (cyt. za: przegladsportowy.pl). Lechia odpadła z Pucharu Polski, a Marić miał o czym myśleć i mówił „Już nie mogę się doczekać ligowego spotkania z Legią. Bardzo chciałbym zrehabilitować się za spotkanie w Pucharze Polski, gdzie kompletnie zawaliłem. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej i wygramy.” (cyt. za: eurosport.onet.pl). Niestety Marić myślał o Legii chyba za dużo…

Marić_i_Jodłowiec

Marko Marić w walce o piłkę z Tomaszem Jodłowcem.

Źródło: legionisci.com.

Miesiąc później, a dokładnie 31 października 2015 r. oba kluby spotkały się w Gdańsku w meczu XIV kolejki T-Mobile Ekstraklasy. Tym razem Marić ponownie popełnił błąd, ale jaki! W 50. minucie Gerson wycofał piłkę ze środkowej strefy boiska do bramkarza. Futbolówka podskoczyła ma nierówności odbiła się od kolana Maricia i poleciała w kierunku Nikolicia, który pewnym strzałem zdobył bramkę.

Nikolić_pokonał_Maricia

Nemanja Nikolić cieszy się po bramce. W tle główny winowajca – Marko Marić.

Źródło: legia.com.

Lechia po jesieni zajmuje 10. miejsce w lidze, ale pod względem straconych bramek jest na siódmym miejscu. Za Piastem, Legią, Pogonią, Lechem, Koroną i Wisłą. Marić, jeśli dalej będzie grał w Lechii, spotka się z Legią w rundzie rewanżowej, a może także w grupie mistrzowskiej, jeśli klub z Gdańska awansuje do czołowej „ósemki”. Mniej meczów z Legią, to mniej stresów dla Maricia.

 

Źródła: własne, 90minut.pl, legionisci.com, sport.trojmiasto.pl, transfermarkt.pl, eurosport.onet.pl, legionisci.com, przegladsportowy.pl, legia.com. R. Błoński, Legia skuteczna i walcząca do końca, „Przegląd Sportowy” z dnia 2 listopada 2015 r., s. 6-7.

niedziela, 14 sierpnia 2016
Polskie transfery last minute

Ostatni dzień okienka transferowego przynosił gorączkowe godziny w wielu klubach, jak również redakcjach sportowych gazet i serwisów internetowych. W ostatnich dniach, a nawet w ostatnich godzinach każdego sierpnia było i ciekawie i nerwowo, ale w Polsce jakoś spokojnie. W tym roku to się zmieniło. Przeprowadzonych zostało wiele transferów między polskimi klubami, jak również z udziałem polskich piłkarzy za granicą.

Na pierwszy plan wysuwają się transfery polskich piłkarzy z udziałem włoskich klubów. Przede wszystkim Jakub Błaszczykowski zamienił Borussię Dortmund na Fiorentinę. Dwaj Polacy z Sampdorii Genua zmienili kluby. Bartosz Salamon na zasadzie transferu definitywnego przeszedł do występującego w Serie „B” Cagliari, a Paweł Wszołek został wypożyczony z opcją pierwokupu do Hellas Verona. Poza włoskim kierunkiem dwa transfery były związane z klubami niemieckimi. Bramkarz Łukasz Załuska, z którym Celtic Glasgow nie przedłużył kontraktu związał się z beniaminkiem Bundesligi, czyli Darmstadt. Dodatkowo, jeden z polskich piłkarzy wrócił do kraju. Sławomir Peszko przeszedł z FC Koeln do Lechii Gdańsk.

Jakub_Błaszczykowski_z_koszulką_Fiorentiny

Jakub Błaszczykowski z koszulką Fiorentiny.

Źródło: gazzettaworld.gazzetta.it.

Skoro o Lechii Gdańsk mowa, to jeśli chodzi o transfery w Polsce, to „Lechiści” byli najbardziej aktywni spośród polskich klubów. Wypożyczyli serbskiego obrońcę Nikolę Lekovicia do Partizana Belgrad, Bartłomieja Pawłowskiego do Korony Kielce, a Adama Dźwigałę do Górnika Zabrze. Lechia sprowadził dwóch pomocników – Aleksandra Kovacevicia z Crveny Zvezdy Belgrad i Michała Chrapka (ostatnio Calcio Catania). Niewiele brakowało, żeby Damian Łukasik został wypożyczony do portugalskiej Vitorii de Setubal. Dwa bardzo ciekawe transfery przeprowadziła Jagiellonia Białystok, bo z jednej strony sprzedała Macieja Gajosa, co było kwestią czasu, zwłaszcza, że poważne zainteresowanie wykazywały dwa najlepsze polskie kluby. Ostatecznie za kwotę 400 tys. euro Gajos trafił do Lecha Poznań. W jego miejsce „Jaga” sprowadziła z Górnika Łęczna reprezentanta Litwy – Fedora Cernycha. Polską ekstraklasę opuścił natomiast wyróżniający się Słowak – Robert Pich, który za 350 tys. euro (według sport.pl) trafił do 2. Bundesligi do 1. FC Kaiserslautern, gdzie dołączył do Mateusza Klicha, Kacpra Przybyłko, znanego z Lechii Gdańsk Antonio Colaka i zakontraktowanego ledwie kilka godzin wcześniej Marcusa Piosska (SC Preussen Munster 06).

Maciej_Gajos_z_koszulką_Lecha_Poznań

Maciej Gajos prezentuje koszulkę Lecha Poznań.

Źródło: esktraklasa.net.

Ciekawie było też w I lidze. Sylwester Patejuk zamienił ekstraklasowe Podbeskidzie Bielsko-Biała na Zawiszę Bydgoszcz, a dwaj piłkarze, którzy rozwiązali kontrakty z klubami ekstraklasy dołączyli do I ligi. Bartosz Iwan (wcześniej Górnik Zabrze) został piłkarzem GKS Katowice, a Adrian Paluchowski (wcześniej Termalika Bruk-Bet Nieciecza) Zagłębia Sosnowiec.

Wspomnieć należy o kilku interesujących transferach, które miały miejsce w ciągu kilku ostatnich dni sierpnia, ale nie były transferami ostatniego dnia. Absolutnym hitem było zakontraktowanie przez Lechię Gdańsk chorwackiego pomocnika – Milosa Krasicia, który w ostatnich latach notuje spadek po równi pochyłej. Ludovic Obraniak po powrocie do Werderu Brema z wypożyczenia do Rizesporu, znalazł nowego pracodawcę w postaci Maccabi Hajfa. Legia ściągnęła z Lechii bośniackiego pomocnika – Stojana Vranjesa i rozwiązała kontrakt z niechcianym Henrikiem Ojamaą. Były piłkarzy klubu z Warszawy – Wladimir Dwaliszwili, po rozwiązaniu kontraktu z duńskim Odense BK, zakotwiczył w Pogoni Szczecin. Portowców opuścił natomiast utalentowany Dominik Kun i przeniósł się do pierwszoligowej Wisły Płock. Poza tym, Górnik Zabrze zasilił bułgarski obrońca Paweł Widenow, który kiedyś grał w Zagłębiu Lubin, a ostatnio w Serie „B” w Trapani Calcio.

Koniec tegorocznego okienka transferowego w Polsce był niezwykle ciekawy, ale wydaje się, że polskie kluby dopiero uczą się przeprowadzania transferów „last minute”. Inna sprawa, że wiele klubów czeka na piłkarzy, którzy nigdzie nie znajdą zatrudnienia i są do wzięcia bez kwoty odstępnego. Ciekawe które kluby skorzystają na takiej promocji?

 

Źródła: własne, 90minut.pl, sport.pl, weszlo.com, transfermarkt.pl, polskapilka24.pl, gazzettaworld.gazzetta.it, esktraklasa.net.

sobota, 13 sierpnia 2016
Transfer Krasicia zaprzecza medialnym spekulacjom

Obiecywałem, że miało nie być emocjonowania się przymiarkami transferowymi znanych piłkarzy do polskich klubów? Obiecywałem. Letnie doniesienia medialne mogły rozbawić, ale już transfer Milosa Krasicia już nie.

Wiosenne występy Olivera Kapo w Koronie Kielce powinny uprawdopodobnić możliwe transfery „piłkarzy z nazwiskiem” nawet takie na pół roku, ale po wielu latach medialnych spekulacji i prima aprilisowych żartów trudno w nie uwierzyć.

Latem media informowały, że Lechia zaproponowała kontrakty naprawdę znanym francuskim piłkarzom, którymi byli Djibrill Cisse (ostatnio Basta, a wcześniej Olympique Marsylia, Liverpool, Auxerre, Southampton, Panathinaikos Ateny) i Florent Malouda (ostatnio FC Metz, a wcześniej m.in. Trabzonspor). Może i Lechia złożyła takie oferty, tak samo jak mało poważne oferty za Marco Paixao i Roberta Picha składała Legia. Nie można też zapominać, że dyrektorem sportowym Lechii jest Marek Jóźwiak, który do Legii sprowadził m.in. takie „asy” jak Marijan Antolović, Srdja Kneżević, Alejandro Cabral, Bruno Mezenga, czy Dejan Kelhar. Jóźwiak mając pieniądze ITI lubił opowiadać, że Legia przedstawiła konkretne propozycje Robertowi Piresowi i Sylvianowi Wiltordowi, ale obaj nie zdecydowali się na transfery, bo polska liga nie jest znana i atrakcyjna finansowo. Później mówił, że Legii zaproponowano m.in. Ludovica Giuly, ale znający francuskie realia Stefan Białas zripostował, że listy bezrobotnych piłkarzy francuska federacja wysyła po niemal całej Europie. Ta cała dygresja służy tylko pokazaniu, że znane nazwiska i Marek Jóźwiak, to raczej opowieści dziwnej treści, choć trzeba mu przyznać, że potrafił sprowadzić do Legii Danijela Ljuboję i wyszukać Moussę Ouattarę.

Wracając do letniego okienka transferowego, to Wisła Kraków podobno negocjowała z Czarnogórcem Simonem Vukcevicem (kiedyś Sporting Lizbona), a Piast Gliwice, jak wcześniej Podbeskidzie Bielsko-Biała, namawiał do gry w Polsce Milana Barosa, którego przedstawiać nie trzeba. Podobno piłkarz nie zdecydował się na transfer, bo… sprzeciwiła się żona. Polskie media powołując się na greckie donosiły, że Legia interesuje się greckim napastnikiem Sotorisem Ninisem, ale weszlo.com wykazało, że nic nie było na rzecz, a polscy dziennikarze niewłaściwie przetłumaczyli greckie publikacje.

Milos_Krasić_z_koszulką_Lechii_Gdańsk

Milos Krasić po podpisaniu kontraktu z Lechią Gdańsk.

Źródło: t-mobile.trendy.pl.

Wreszcie pod koniec sierpnia stało się to, co było już tylko kwestią czasu – Lechia Gdańsk sprowadziła znanego piłkarza. Milos Krasić mający za sobą występy m.in. w Juventusie Turyn i Fenerbahce zawitał do Polski! Niezależnie od upadającej kariery Krasić to kolejny znany piłkarz, który trafia do ekstraklasy. Można ustawić go w jednym rzędzie z takimi piłkarzami jak: Anatolij Demjanenko, Oleg Salenko, Ulrich Borowka, Inaki Descarga, Angelo Hughes, Danijel Ljuboja, Nacho Novo, Ismael Blanco, czy Oliver Kapo.

Dwa ciekawe transfery przeprowadziła Legia Warszawa, ale trudno zaliczyć tych piłkarzy do górnej półki. Mam na myśli króla strzelców ligi węgierskiej i supersnajpera – Serba z węgierskim paszportem Nemanję Nikolica i Macedończyka Ivana Trickovskiego mającego za sobą występy m.in. w Crvenie Zveździe Belgrad, APOEL Nikozja i Club Brugge. Media informowały o zainteresowaniu Urbym Emanuelsonem (kiedyś AC Milan), co było o tyle prawdopodobne, że od półtora roku w Warszawie bezskutecznie szukają lewoskrzydłowych, a zimą testowali Nigeryjczyka Taye Taiwo. Na spekulacjach się skończyło.

Tymczasem niespodziewanie na zapleczu ekstraklasy zakotwiczył piłkarz z doświadczeniem w Primera Division. Hiszpański pomocnik Marquitos podpisał kontrakt z Miedzią Legnica. W zeszłym sezonie występował w drugoligowym CE Sabadell, a wcześniej m.in. w Villareal, Realu Sociedad, Realu Valladolid i Xerez. Na początku listopada 2014 r. dziennikarze zachwycali się Kameruńczykiem Armando Ellą, który zasilił Sandecją Nowy Sącz, a miał za sobą grę w juniorach FC Barcelony i Karpatach Lwów. Transfer Marquitosa przebija jednak przyjście Elli. Natomiast, co do Miedzi, to osiem lat temu w jej barwach występował szesnastokrotny reprezentant Austrii – Gilbert Prilasnig. Kto będzie następny?

 

Źródła: własne, sport.pl, eurosport.onet.pl, legionisci.com, przegladsportowy.pl, weszlo.com, pl.wikipedia.org, 90minut.pl, t-mobile.trendy.pl.

piątek, 12 sierpnia 2016
Lechia Gdańsk jak klub z Bundesligi

Lechia Gdańsk stopniowo upodabnia się do klubu z Bundesligi. Najpierw byli właściciele (albo „inwestorzy”), menadżerowie, trenerzy i tabuny piłkarzy – związani z ligą niemiecką. Przed startem sezonu 2015/2016 doszli do tego także sparingpartnerzy.

Latem 2015 Lechia rozegrała sześć meczów sparingowych, w których trzej rywale pochodzili z Bundesligi, a pozostali byli zagraniczni i równie mocni. Najpierw 27 czerwca Lechia pokonała mistrza Cypru – APOEL Nikozja 4:1. Następnie w dniach 4-5 lipca wystąpiła w turnieju Lotto Lubelskie Cup. W półfinale pokonała Szachtar Donieck (0:0 k. 15:14), a w finale przegrała z Hannoverem’96 (1:1 k. 2:4). Następnie 12 lipca przed własną publicznością (6 tys.) zremisowała z Vfl Wolfsburg 1:1. Mecz został zorganizowany w Gdańsku tylko dlatego, że został przeniesiony z Krakowa. Pierwotnie Wolfsburg miał zmierzyć się z Cracovią. Następnie (już po rozpoczęcie rozgrywek ligowych) 22 lipca Lechia przegrała u siebie (7.786 widzów) z Schalke (0:1).

Lechia_-_Schalke_sparing_2015

Sparing Lechia – Schalke.

Źródło: sport.interia.pl.

Wreszcie ukoronowaniem letnich sparingów był rozegrany 29 sierpnia 2015 r. w obecności 26 tys. widzów SuperMecz z finalistą Ligi Mistrzów – Juventusem Turyn (1:2).

Już dwa lata wcześniej Lechia miała rozegrać na własnym stadionie sparing z Schalke, ale zamiast niego zagrała SuperMecz z FC Barceloną (2:2), a później sparing z Metalistem Charków (0:3). Rok wcześniej planowany była mecz towarzyski z Benfiką Lizbona (w ramach rozliczenia za transfer Pawła Dawidowicza), ale nie doszedł do skutku. Był jeszcze.

Sparingpartnerzy robią wrażenie. Szkoda tylko, że za tym całym upodabnianiem się do Bundesligi, nie idzie w parze upodabnianie się w najważniejszym aspekcie, czyli piłkarskim…

 

Źródła: własne, 90minut.pl, sport.interia.pl. MAT, Ukraiński koszmar, „Przegląd Sportowy” z dnia 14 października 2013 r., s. 12. M. Borek, Dawidowicz jedzie do Jesusa, „Przegląd Sportowy” z dnia 31 marca 2014 r., s. 2-3. M. Trela, Potrenowali rzuty karne, „Przegląd Sportowy” z dnia 6 lipca 2015 r.

poniedziałek, 25 lipca 2016
Daisuke Matsui – piłkarz, który boi się zimy

W lipcu 2013 r. piłkarzem Lechii Gdańsk został reprezentant Japonii, uczestnik mundialu w RPA w 2010 r., doświadczony Daisuke Matsui. Japończyk wytrwał w Polsce tylko do końca roku. Wprawdzie o jego decyzji podobno zdecydowały sprawy rodzinne, to śledząc wypowiedzi ludzi, którzy z nim współpracowali, a także jego samego, można dojść do wniosku, że Matsui przestraszył się polskiej zimy…

Etap japoński – początek kariery

Początki przygody Matsui’ego z piłką związane są z jego rodzinnym miastem Kioto i juniorami klubu Kyoto Municipal Fujimori Junior High School. Później przeniósł się do Kagoshima Jitsugyō High School, a w 2000 r. Matsui podpisał zawodowy kontrakt z klubem Kyoto Sanga FC. Występował z nim zarówno w J-League, jak i w drugiej lidze, a w 2002 r. zdobył swoje pierwsze trofeum – Puchar Cesarza. W finale drużyna Matsui’ego pokonała Kashima Antlers 2:1. Japończyk grał w klubie z Kioto do 2004 r. Łącznie zaliczył w nim 126 ligowych występów (na obu poziomach rozgrywkowych), w których strzelił 16 goli. Matsui grał całkiem nieźle, dlatego zadebiutował w reprezentacji w 2003 r. i na poważnie zaczęły interesować się nim kluby z Europy.

Le Mans – szczyt formy

Latem 2004 r. Matsui przeniósł się do Francji, a dokładniej do Le Mans UC 72. W pierwszym sezonie klub występował w Ligue 2, a Matsui z trudem klimatyzował się narzekając na przewagę gry fizycznej nad techniczną. Po awansie do elity zachwycał swoją grą. W styczniu 2006 r. został wybrany piłkarzem miesiąca Ligue 1, a dodatkowo zapracował na pseudonim „Słońce z Le Mans”, co nawiązywało zarówno do jego umiejętności, jak i pogodnego usposobienia. Mimo bardzo dobrych występów w klubie i zapewne najlepszej rundy w całej karierze brazylijski trener reprezentacji Japonii – Zico nie powołał Matsui’ego do reprezentacji na mundial w Niemczech w 2006 r. Dla Daisuke to było wielkie rozczarowanie, zresztą nie tylko dla niego, ale także dla kibiców, czy dziennikarzy. W Le Mans spędził łącznie cztery sezony. Wystąpił w 119 ligowych meczach, strzelając w nich 15 bramek.

Matsui_w_reprezentacji

Daisuke Matsui w meczu reprezentacji Japonii.

Źródło: sport.tvp.pl.

AS Saint-Étienne – początek odcinania kuponów

Matsui chciał grać w lepszym zespole, z większymi możliwościami, dlatego latem 2008 r. podpisał kontrakt z AS Saint-Étienne Loire, choć zainteresowanie jego umiejętnościami wyrażały znacznie silniejsze kluby, jak np. Lazio, Celtic, czy Werder. Saint-Étienne nie było jednak dobrym wyborem. Matsui najpierw nie znalazł porozumienia z trenerem Laurentem Rousseyem, a następnie z jego następcą – Alainem Perrinem. Dodatkowo, narzekał na niego jeden z prezesów klubu – Roland Romeyer. W tym jednym sezonie w Saint-Étienne – 2008/2009, Matsui wystąpił w 22 meczach i strzelił jedną bramkę.

Grenoble Foot 38, rosyjskie zimno… i Puchar Azji

Przed sezonem 2009/2010 Matusi przeszedł do Grenoble Foot 38 (według transfermarkt.pl za milion euro), ale to też nie był dobry wybór. Wprawdzie w Ligue 1 wystąpił w 29 meczach i strzelił w nich 4 gole, to jednak spadł z ligi. Co ciekawe, w tym jednym sezonie występował wspólnie z Danijelem Ljuboją, którego bilans był lepszy niż Japończyka – 34 mecze, 10 goli. Po takim przeciętnym sezonie Matsui pojechał jednak na mundial w RPA. Trener Takeshi Okada traktował go jak pewniaka w pierwszej „jedenastce”, dlatego Matsui wystąpił w pierwszym składzie we wszystkich meczach swojej reprezentacji (łącznie 268 minut). Japonia odpadła wtedy w 1/8 finału z Paragwajem (0:0 karne 3:5).

Jesienią 2010 r. wystąpił w dwóch meczach w Ligue 2 i… został wypożyczony do przeciętnego rosyjskiego Toma Tomsk, gdzie był traktowany jak gwiazda, głównie przez licznych japońskich turystów. W lidze rosyjskiej rozegrał tylko siedem meczy. Jurij Stepanow, dyrektor generalny klubu z Tomska skomentował występy Japończyka w następujący sposób: (…) gdy tylko pojawił się mróz i spadł śnieg, nagle wszystko się u niego waliło. Mówiąc wprost, nie zdołał się zaadaptować (…) wiem, że tak się dzieje z Japończykami. (cyt. za „Przegląd Sportowy”). Potwierdził to estoński bramkarz Siergiej Pareiko, który wówczas także występował w Tomsku. Dla „Przeglądu Sportowego” powiedział: Dopóki było ciepło, grał bardzo dobrze. Gdy zrobiło się zimno, to jakby stracił umiejętności”. Ciekawe, czy przed jego transferem do Lechii ktokolwiek z gdańskiego klubu sprawdził dlaczego liczba występów Matsui’ego w Tomsku zatrzymała się na siedmiu?

Chociaż występy klubowe pozostawiały wiele życzenia, to Matsui został powołany do reprezentacji Japonii, z którą zdobył swoje drugie trofeum. W styczniu 2011 r. Japonia wywalczyła Puchar Azji, a w dniu 13 stycznia 2011 r. Daisuke rozegrał swój ostatni mecz w barwach narodowych (2:1 z Syrią w fazie grupowej). Matsui szybko wrócił z wypożyczenia do Rosji. W Ligue 2 w barwach Grenoble nie błyszczał, choć wiosną 2011 r. wystąpił w 14 meczach, w których zdobył 1 gola.

Dijon – nieudana próba powrotu do wielkiej piłki

Występy na zapleczu francuskiej elity wcale go nie interesowały, dlatego podpisał kontrakt z Dijon Football Cote-d’Or. Przygodę z Grenoble zakończył na 45 ligowych meczach i 5 bramkach. Natomiast w Dijon w całym sezonie 2011/2012 rozegrał… 3 mecze (!!!), zresztą wszystkie w październiku 2011 r. Szybko stało się jasne, że w klubie jest niepotrzebny. Japończyk znowu zaczął rozglądać się za nowym klubem. W styczniu 2012 r. Matsui stawił się nawet na testach w Legii, ale nie przekonał do siebie ówczesnego trenera klubu z Łazienkowskiej – Macieja Skorży. Marek Jóźwiak, który wtedy był dyrektorem sportowym w Legii powiedział: „O tym, że go nie wzięliśmy, nie zdecydowały pieniądze. To był inny zawodnik niż dawniej. Miał problemy ze stawem skokowym, leczył uraz” (cyt. za „Przegląd Sportowy”). Po nieudanej próbie zakotwiczenia w Warszawie wrócił do Dijon, gdzie doczekał do zakończenia sezonu zwieńczonego spadkiem do Ligue 2 i rozwiązał kontrakt. Następnie związał się z bułgarską Slawiją Sofia, ale w całym sezonie 2012/2013 zaliczył tylko 11 występów.

Matsui_i_Ljuboja_w_Legii

Daisuke Matsui podczas testów w Legii ze swoim byłym kolegą klubowym – Danijelem Ljuboją.

Źródło: wprost.pl.

Lechia – nowe rozdanie

3 lipca 2013 r. roku Matsui podpisał z Lechią roczny kontrakt z opcją przedłużenia. Analizując umiejętności Japończyka wszyscy zawracają uwagę na jego technikę i inteligencję gry, które nie są wsparte warunkami fizycznymi i wydolnością. Trener Jerzy Jastrzębowski, który sięgnął z Lechią po Puchar Polski w 1983 r. stwierdził, że „Matsui to technik, lubi mieć piłkę przy nodze, potrafi wygrać pojedynek na małej przestrzeni.” (cyt. za „Przegląd Sportowy”). Były piłkarz Piotr Rzepka: „Myśleniem i przewidywaniem sytuacji na boisku rekompensuje z nawiązką gorsze warunki fizyczne. Nie boi się ryzykować (…) Matsui trzeba dać wolną rękę na boisku. A także na pewno nie można się starać, aby wydolnością dorównał ligowym atletom, gdyż nie to ma być jego atutem.” (cyt. za „Przegląd Sportowy”). W podobnym tonie jak Rzepka wypowiadał się Rafał Dębiński (komentator NC+): „Zanim dostanie piłkę, już wie, co z nią zrobić.” (cyt. za „Przegląd Sportowy”), a także Pareiko: „Wyróżnia się głównie techniką. Nie lubi walki.” (cyt. za „Przegląd Sportowy”). Choć co do tego unikania walki, to na meczu Legia – Lechia (0:1) w sierpniu 2013 r. trudno było oprzeć się wrażeniu, że Matsui za dużą uwagę przykłada do fizycznego atakowania rywala.

Matsui_podpisuje_kontrakt_z_Lechią_Gdańsk

Daisuke Matsui tuż po podpisaniu kontraktu z Lechią Gdańsk.

Źródło: lechia.pl.

Niezależnie jednak od ograniczeń fizycznych w klubie z PGE Areny zwracano uwagę przede wszystkim na jego umiejętności techniczne i doświadczenie. Michał Probierz, ówczesny trener Lechii powiedział m.in.: „Fajnie, że ktoś taki jest w naszej drużynie, to naprawdę świetny zawodnik. Młodzi piłkarze mają się od kogo uczyć, czasami na treningach pokazuje takie zagrania, że aż sami nie możemy w to uwierzyć.” (cyt. za trojmiasto.gazeta.pl). A Paweł Buzała, który wtedy grał w zielono-białych stwierdził, że: „Grać z takim zawodnikiem w jednym zespole to wielka przyjemność (…) Nie tylko dlatego, że jest znakomitym piłkarzem, ale również bardzo sympatycznym, otwartym człowiekiem.” (cyt. za trojmiasto.gazeta.pl).

O grze Matsui’ego w Gdańsku było całkiem głośno, nawet pojawiło się trochę turystów. Podobno po jego transferze do Lechii serwery, na której działała strona internetowa gdańskiego klubu zostały zablokowane przez dużą liczbę wyświetleń. O tym jak jest postrzegany doskonale świadczą słowa innego japońskiego piłkarza występującego w Polsce, tyle, że w Pogoni Szczecin – Takuya Murayamy. Powiedział on: „Nie mogę się doczekać, kiedy uścisnę mu  rękę. To wielki zawodnik.” (cyt. za trojmiasto.gazeta.pl). Obaj panowie spotkali się 15 września zeszłego roku. Pogoń zremisowała u siebie z Lechią 1:1, a wyrównującą bramkę w ostatniej minucie gry zdobył inny Japończyk – Takafumi Akahoshi. Wszyscy trzej wystąpili w tym meczu w pełnym wymiarze czasowym.

W trakcie sezonu były piłkarz m.in. Widzewa, a obecnie piłkarski ekspert i komentator – Tomasz Łapiński podkreślał, że Matsui nie angażuje się w grę zespołu i wydaje się nieprzygotowany do sezony, ale to był jeden z nielicznych głosów krytyki.

Zimowe rozstanie z Polską

W grudniu 2013 r. Matsui niespodziewanie rozstał się z klubem z Gdańska. „O jego decyzji zadecydowały głównie sprawy rodzinne - żona byłego reprezentanta Japonii spodziewa się dziecka i obydwoje chcą, aby przyszło ono na świat w ojczyźnie.” (90minut.pl). Ciekawe jest to, że na początku lipca żona (Rosa Kato, popularna aktorka i modelka) Matsui’ego ujawniła, że jest w drugim miesiącu drugiej ciąży, ale mimo tego Daisuke podpisał kontrakt z Lechią. Podobno planowali, że ich potomek przyjdzie na świat w Gdańsku. Zresztą sam Matsui mówił o mieście Neptuna: „Uważam, że to bardzo dobre miejsce do życia.” (cyt. za trójmiasto.gazeta.pl). Dołączyła do niego żona, ale w końcu zdecydowali na powrót do ojczyzny. Matsui w jednym z wywiadów na pytanie o zimę przyznał jednak: „Delikatnie rzecz ujmując nie przepadam za tą porą roku, a słyszałem, że w Polsce jest ona sroga (…)Na pewno trochę się tego boję, bo uwielbiam ciepło (…) Cóż, jakoś będę sobie musiał z tym poradzić.” (cyt. za trójmiasto.gazeta.pl).

Do Lechii zgłosiła się drużyna Jubilo Iwata i skorzystała z kwoty odstępnego zapisanej w kontrakcie (według transfermarkt.pl – 400 tys. euro). Nowy klub Matsui’ego zajął w J-League przedostatnie 17. miejsce i po raz pierwszy w historii spadł do drugiej ligi.

Matsui_w_zimowym_meczu_z_Legią

Daisuke Matsui w grudniu 2013 r. w meczu z Legią skutecznie wykorzystał dwa rzuty karne.

Źródło: sport.interia.pl.

Matsui zakończył występy w barwach Lechii na 16 ligowych meczach, w których zdobył 4 gole i dwóch meczach Pucharu Polski. Do ojczyzny wrócił po 9 latach gry poza granicami kraju. W swoim dorobku miał m.in. 31 występów w reprezentacji (1 gol), 25 występów w reprezentacji U-23 (2 gole) i przede wszystkim 148 występów w Ligue 1 z 17 bramkami w barwach Le Mans, Saint-Etienne, Grenoble i Dijon.

Jubilo Iwata – ostatni akord bogatej kariery?

W Jubilo Iwata Matsui spotkał polskiego bramkarza – Krzysztofa Kamińskiego, z którym wspominali grę w Polsce. Matsui powtarzał, że brakuje mu Sopotu, co nie powinno dziwić, zwłaszcza, że klimaty Zakopanego, czy Szklarskiej Poręby są mu raczej obce.

Kamiński_i_Matsui

Krzysztof Kamiński i Daisuke Matsui – najpierw spotkali się w Polsce (lipiec 2013), a następnie w Japonii.

Źródło: weszlo.com.

Kamiński mówił, że żona Matsui’ego jest bardziej znana niż on i wszędzie jej pełno w reklamach. „To on jest mężem słynnej żony. Ale czasem zdarzają mu się zachowania typowe dla sławnych osób w Japonii. Ktokolwiek cieszy się choć minimalną popularnością, zakłada maseczkę na twarz.” (cyt. weszlo.com). Jeśli natomiast chodzi o grę, to polski bramkarz zauważył, że podobnie jak w Polsce Japończyk nie jest tytanem biegania, ale daje duży przegląd pola i kreatywność. W 2014 r. wystąpił w 36 ligowych meczach, w których strzelił 6 goli, ale Jubilo Iwata zajęła 4. miejsce w lidze i nie awansowała do J-League. W 2015 r. jego statystyki były gorsze (26 meczów, 3 gole), ale klub wywalczył awans (2. miejsce).

35-letni piłkarz ma przed sobą co najmniej sezon w J-League, ale to już ostatnie lata jego kariery, bo chyba mało prawdopodobne, aby jak legenda japońskiej piłki – Kazuyoshi Miura, grał do „pięćdziesiątki”. Niemniej jednak Matsui pozostaje jednym z tych piłkarzy, którzy w swojej bogatej karierze na krótko pojawili się w Polsce. Wprawdzie nie było fajerwerków, ale można odnotować, że w Polsce grał.

 

Źródła: trojmiasto.gazeta.pl, 90minut.pl, pl.wikipedia.org, en.wikipedia.org, transfermarkt.pl, lechia.pl, przegladsportowy.pl, j-league.or.jp, wprost.pl, sport.tvp.pl, sport.interia.pl, weszlo.com. M. Kaliszuk, Daisuke Matsui. Ciepłolubny celebry ta, „Przegląd Sportowy” z dnia 26 lipca 2013 r., s. 12-13. J. Główczyński, Walka o władzę na boisku, „Przegląd Sportowy” z dnia 22 sierpnia 2013 r., s. 8. KAST, Matsui wraca do Japonii, „Przegląd Sportowy” z dnia 27 grudnia 2013 r., s. 8.

piątek, 08 lipca 2016
Frekwencyjna porażka Lotto Lubelskie Cup 2015

Lubelski turniej zakończył się frekwencyjną kompromitacją. Liczba widzów nie przekroczyła dwóch tysięcy dziennie, a wydawało się, że zainteresowanie turniejem będzie większe. Organizatorzy przekonywali, że na pierwszy dzień sprzedali 3,8 tys. wejściówek, a na drugi 6,2 tys.

Lotto_Lubelskie_CUP_2015_(320)

Kibice z Lubelszczyzny podkreślali, że w turnieju zabrakło drużyny z regionu, a zwłaszcza Motoru Lublin, który mógłby przyciągnąć znacznie więcej kibiców. Zresztą na Lubelszczyźnie jest sporo klubów, które mają wielu wiernych kibiców, jak Motor, Avia Świdnik, czy Górnik Łęczna. Można rozmarzyć się i zorganizować nieoficjalne mistrzostwa regionu, które (pewnie) odniosłyby sukces frekwencyjny, ale biorąc pod uwagę relacje między kibicami zakończyłyby się co najmniej festiwalem bluzgów. Antagonistycznie nastawione grupy kibiców spowodowałyby konieczność odpowiedniego zabezpieczenia imprezy, co wiązałby się z dodatkowymi kosztami. Poza tym, medialność turnieju i liczba transmisji telewizyjnych i internetowych byłaby znacznie, znacznie mniejsza.

Brak lokalnego klubu, a zwłaszcza Motoru Lublin, niewątpliwie wpłynął na obniżenie frekwencji, ale twierdzenie, że Motor przyciągnąłby kilka tysięcy kibiców jest nietrafione. Rozegrane 25 października 2014 r. derby Lublina przyciągnęły 6.500 widzów, ale na wiosnę, kiedy Motor i Lublinianka na stałe grały na Arenie Lublin frekwencja była znacznie niższa. Średnia na siedmiu meczach Motoru wyniosła dokładnie 1.857 widzów, a na ośmiu meczach Lublinianki zaledwie 462 osoby (dane na podstawie 90minut.pl). Majowe derby przyciągnęły dwa tysiące widzów. Abstrahując jednak od frekwencji, to nie jest pewne, czy udałoby się zorganizować turniej z udziałem Motoru i zagranicznych klubów z najwyższej klasy rozgrywkowej. Szachtar, Hannover, Monaco, czy nawet Lechia nie musiały być zainteresowane meczem z Motorem.

Lotto_Lubelskie_CUP_2015_(329)

Drugi dzień turnieju.

Zastanawiając się nad przyczynami niskiej frekwencji można wskazać ponad trzydziestostopniowy upał i okres wakacyjny. Z drugiej jednak strony w Lublinie w weekend, podczas którego rozgrywano turniej, było sporo ludzi. Większym zainteresowaniem niż Lotto Lubelskie Cup cieszył się „Latający Klub Dwójki”, ale on był wieczorem, a udział bezpłatny. Jeśli chodzi o turniej piłkarski, to ceny nie były wygórowane, ale jak na towarzyski turniej za wysokie, zwłaszcza, że Monaco i Hannover’96 nie wystąpiły w najsilniejszy składach. Poza tym, w Lublinie nie ma aż tak wielkich tradycji piłkarskich, co może też tłumaczyć nikłe zainteresowanie turniejem. Motor Lublin spędził w ekstraklasie dziewięć sezonów (ostatni – 1991/1992) i 22 na drugim poziomie rozgrywek. Jego największe sukcesy to 9. miejsce w lidze (1984/1985) i dwa ćwierćfinały Pucharu Polski (1978/1979 i 1981/1982). Lublinianka występowała przez jedenaście sezonów na drugim poziomie rozgrywkowym, a jej największym sukcesem był ćwierćfinał Pucharu Polski w sezonie 1969/1970. Poza tym, w Lublinie nigdy nie zagrała reprezentacja Polski, a finał Pucharu Polski rozegrano tylko w 1979 roku. Brak tradycji piłkarskich i futbolu na wysokim poziomie mógł też spowodować odwrotny efekt, czyli głód piłki wśród kibiców spragnionych piłki nożnej w najlepszym wydaniu. Tak się jednak nie stało.

Lotto_Lubelskie_CUP_2015_(257)

Przyznać trzeba, że organizatorzy wykonali sporo pracy, bo reklama turnieju była na wysokim  poziomie. Informacje o imprezie pojawiły się na najważniejszych portalach internetowych, a także w prasie codziennej, nie wspominając o transmisji „na żywo” w TVP Sport. Reklamy turnieju były także widoczne w samym Lublinie w wielu widocznych miejscach. Tablice reklamowe były w pobliżu starego miasta na placu Piłsudskiego, a także przy stadionie „Bystrzyca”, czy hali „Globus”. Będąc w Lublinie nie dało się nie zauważyć reklam turnieju. Cieniem na organizację na pewno kładzie się zmiana godzin meczów dzień przed rozpoczęciem imprezy.

Zbigniew Bartnik, prezes Lubelskiego Związki Piłki Nożnej narzekał jednak na promocję i sposób dystrybucji biletów! Uznał, że gdyby LZPN i MOSiR zajęły się dystrybucją biletów, to wtedy byłoby lepiej. Bartnik uważa, że związek ma większe możliwości dotarcia do klubów i jako przykład dodaje frekwencję na jesiennym meczu U-20 Polska – Włochy (14,5 tys.). Tyle tylko, że był to mecz otwarcia i on musiał przyciągnąć kibiców zainteresowanych nie tyle meczem, co nowym obiektem. Tomasz Grodzki, prezes MOSiR podsumowując organizację turnieju stwierdził: Jesteśmy rozczarowani frekwencją. Ale nie widzę, żebyśmy popełnili jakieś duże błędy. (cyt. za: lublin.wyborcza.pl).

Zdziwienia niską frekwencję nie ukrywał Mircea Lucescu, trener Szachtara Donieck, który nie mógł zrozumieć dlaczego jego piłkarze grają przed "tysiącem" kibiców. Lucescu słusznie zauważył, że skoro organizatorzy wiedzieli, że nie uda się zapełnić stadionu, to należało wpuścić na obiekt dzieci i studentów. Takim prostym zabiegiem można było ratować wizerunek turnieju i podnieść frekwencję, ale, jak widać organizatorzy są z siebie zadowoleni…

 

Źródła: własne, sport.pl, lublin.wyborcza.pl, weszlo.com, fakt.pl, 90minut.pl.

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi